publicystyka filmowa

CIENIE PRZESZŁOŚCI. Okruchy komunizmu w kinematografii państw byłego bloku wschodniego

Autor: Michał Bleja
opublikowano

Gdy w Polsce upadał komunizm, miałem zaledwie sześć lat, niewiele więc rozumiałem z tego, co się dzieje wokół. Pamiętam tyle, że w przedszkolu krążył wierszyk „chcesz cukierka – idź do Gierka, Gierek da kopa w dupę i papa”. Pamiętam też, że któregoś pięknego dnia do naszego domu przyjechała cała rodzina i wszyscy dorośli bardzo się emocjonowali, oglądając Dziennik telewizyjny, który od tej pory nazywał się Wiadomości.

Im dłużej chodziłem po świecie, tym jaśniejsze stawało się dla mnie, jak kolosalny wpływ doświadczenie komunizmu wywarło na mój kraj, na otoczenie, na społeczeństwo, poziom zaufania i skalę patologii, z jaką mieliśmy do czynienia nawet na tak totalnej prowincji, jak moje rodzinne miasto. Przynajmniej jedna trzecia chłopaków z mojej klasy ze szkoły podstawowej odsiadywała jakiś wyrok. Właśnie tak wyglądała polska rzeczywistość czasów przemian.

Kiedy mocniej zainteresowałem się kinematografią nieanglojęzyczną, szybko zorientowałem się, jak wielu twórców usiłuje ten komunizm wyjaśnić, oswoić, pogodzić się z nim lub rozdrapać dawno zabliźnione rany. Efekty tych zabiegów bardzo często ocierają się o geniusz i muszę w tym miejscu zaznaczyć, że dotyczy to również kina polskiego.

Głęboko w mrok

Efekty tych zabiegów bardzo często ocierają się o geniusz i muszę w tym miejscu zaznaczyć, że dotyczy to również kina polskiego.

Filmy, które bez ogródek pokazują skalę patologii, jaka wyrosła w państwach komunistycznych poza oficjalnym obiegiem informacji, zapadają w pamięć na długo, zupełnie zmieniając spojrzenie na rzeczywistość. Dodajmy, że nie chodzi tu bynajmniej o patologię na najwyższych szczeblach władzy, ale patologię, która dotyczy zwykłych ludzi, takich jak my wszyscy. Najbardziej jaskrawe przykłady takiego podejścia to moim zdaniem rosyjski Ładunek 200 Aleksieja Bałabanowa, polski Dom zły Wojciecha Smarzowskiego oraz rumuńskie 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni Cristiana Mungiu.

Dwa pierwsze wymienione filmy – Ładunek 200 i Dom zły – mają ze sobą wiele wspólnego. Po pierwsze dramatyczne wydarzenia, jakie mają w nich miejsce, rozgrywają się na totalnej prowincji, po drugie stanowią oskarżenie rzucone w twarz służbom, które w czasach komunizmu miały pilnować porządku, tymczasem de facto były znacznie groźniejsze od jakiejkolwiek zorganizowanej przestępczości, z jaką moglibyśmy mieć wówczas do czynienia.

Zacznijmy może od Ładunku 200, a więc obrazu, który przez wielu określany jest mianem najmocniejszego filmu w dziejach kina. Jasne – są tytuły, w których jest więcej krwi, więcej spermy, więcej krzyku, jednak żaden z nich nie osiągnął takiego poziomu autentyzmu. Mimo że zarówno bohaterowie Ładunku 200, jak i wydarzenia, w których biorą udział, stanowią kwintesencję nienormalności, nie możemy pozbyć się wrażenia, że to wszystko mogłoby wydarzyć się tuż obok. Komentarze o treści „takie rzeczy to tylko w Rosji” są niczym innym jak tylko panicznym zaklinaniem rzeczywistości. Owszem, historia miała miejsce za naszą wschodnią granicą, ale polska rzeczywistość tamtych czasów prezentowała się niewiele lepiej. Zwłaszcza na prowincji.

Komentarze o treści „takie rzeczy to tylko w Rosji” są niczym innym jak tylko panicznym zaklinaniem rzeczywistości.

Dom zły z 2009 roku to film, który swoją premierę miał miejsce dwa lata po premierze Ładunku 200. Wpływ opus magnum Aleksieja Bałabanowa zarówno na tę produkcję, jak i na całą późniejszą twórczość Smarzowskiego, jest aż nadto widoczny. Dom zły jest mrocznym i wnikliwym studium na temat tego, co siedzi w człowieku znajdującym się z dala od społecznych mechanizmów regulujących jego zachowanie. W obu filmach niezwykle ważną rolę odgrywa wódka, która z jednej strony pozwala odwrócić uwagę od otaczającego wszystkich wokół syfu, a z drugiej – rozmiękcza mózgi i sprzyja rodzeniu się najbardziej wynaturzonych idei.

Ostatnio dodane