Cannes, dzień 7: Czasem słońce, czasem deszcz | FILM.ORG.PL

Cannes, dzień 7: Czasem słońce, czasem deszcz








Karol Baluta
23.05.2013


Cytując klasyczny bollywoodzki hit: „Czasem słońce, czasem deszcz”. Dlatego po wczorajszym, jakże udanym dniu, dzisiejszy okazał się mniej szczęśliwy. W sensie: nie padało – dzień wyjątkowo słoneczny, jednak cała reszta – hm, mniej wesoła. Zaczęło się od tego, że Fidel – zaatakowany nagłym zapaleniem spojówki (wychodzi zmęczenie canneńskim maratonem) został na kampingu, aby trochę odpocząć.

Do festiwalowego „pałacu” wyruszyłem więc sam, z nadzieją na obejrzenie najnowszego filmu Takashiego Miike – „Shield of Straw”. Przed salą byłem punkt 10:00, ale mimo praktycznie pustej widowni… nie zostałem wpuszczony. Powód? „Pokaz tylko dla branży filmowej!”. „ALE TAM PRAWIE NIKOGO NIE MA!” – starałem się wytłumaczyć tępo uśmiechającemu się pracownikowi festiwalu. Jednak Pies Ogrodnika był w tym wypadku nieugięty, więc zamiast kolejnej recenzji (czytaj: promocji filmu, jakby nie patrzeć), Miike dostał z trzech potencjalnych dystrybutorów na sali. Prawdziwy sukces.

Jako, że kolejny seans miałem dopiero za półtorej godziny, poszedłem do kącika prasowego, aby obmyślić plan zemsty na pracowniku festiwalu. Nie udało mi się go jednak ziścić, bo zmroczył mnie sen – musicie wiedzieć, że kanapy w Press Roomie są naprawdę wygodne – a kiedy się obudziłem okazało się, że mój film zaczyna się za kilkanaście minut. W półśnie pobiegłem nie do tej sali, co zauważyłem dopiero po kilku minutach projekcji. Okazało się, ze trafiłem na nowy film Lava Diaza – pana, którego dotychczasowe dzieła – jak na przykład słynna „Melancholia” – trwają przeciętnie… 9 godzin. „Norte, the End of the History” było jednak prawdziwym wyjątkiem, trwając zaledwie skromne 250 minut. Opuściłem salę w zorganizowanym pośpiechu. Zanim dotarłem na właściwy pokaz, było już za późno. Kolejny film oczywiście za prawie trzy godziny. Zrezygnowany, postanowiłem udać się na plażę. Udało mi się znaleźć „plażę Nespresso”, na którą ów patron festiwalu tak gorąco zapraszał w jednym z folderów dla prasy. Trzeba dodać, że Nespresso ma w Cannes swoją naprawdę nieocenioną rolę, bowiem w Press Roomie znajduje się jej stoisko (i obsługujące je piękne panie) z darmową kawą, rozdawaną do woli i w różnych wersjach „intensywności”, co nie raz ratowało nas podczas porannych pokazów. Sama plaża natomiast… cóż. Słońce, leżak, piękna pogoda – nareszcie upragniona chwila relaksu. Cieszyłem się nią… 15 minut, bo później przyszedł jeden z pracowników pobliskiej kawiarni i uświadomił mi, że leżak należy wykupić. Grzecznie podziękowałem i wróciłem do Press Roomu. Chyba jednak wolę darmowe kanapy ;).

Wkrótce pojawił się Fidel, który udał się na „Nothing Bad Can Happen”. Film podobno okropny, co było dość niezręczne, bo na sali była spora część ekipy filmu. Przed projekcją podkreślali, że bardzo cieszą się z wizyty na festiwalu, ale ich entuzjazm zniknął wraz z końcem pokazu, kiedy to jakże kulturalna publiczność canneńska wygwizdała ich niemiłosiernie. W sumie żal mi ich trochę, ale z drugiej strony – kto kazał im robić pretensjonalnego gniota? ;) Ja sam poszedłem za to na pokaz z cyklu „Cannes Classics” – przepięknie odrestaurowaną wersję „Jesiennego popołudnia” Yasujiro Ozu. Cudo. Przed filmem pojawili się Hirokazu Kore-Eda („Like father, like son”) i Zhangke Jia („A Touch of Sin”) z krótką prelekcją, po której zostali na seansie – bardzo fajny gest ze strony obu reżyserów.

A jeszcze dziś czeka nas film z Robertem Redfordem „All is Lost”, na którego sesję fotograficzną udało mi się wczoraj prześlizgnąć. Mamy tylko nadzieję, że tym razem zdążymy na autobus do naszego kampingu, który jeździ tylko raz w ciągu godziny. Po wczorajszym „Blood Ties” (o którym jednak dopiero jutro, ale w skrócie: miłośnicy porządnego dramatu gangsterskiego mają na co czekać) spóźniliśmy się 5 minut. Udało nam się wtedy znaleźć na szczęście jeszcze inny autobus, a jego kierowca specjalnie zatrzymał się na rondzie, żeby wypuścić nas możliwie najbliżej drogi do naszego kempingu. Wyobrażacie sobie taki gest w Polsce? No właśnie. Warto też dodać, że na kemping nie wracaliśmy sami – tym samym autobusem, spóźniony po tym samym pokazie, towarzyszył nam Cesar – młody francuski reżyser, który przyjechał do Cannes w poszukiwaniu producenta do nowego krótkometrażowego filmu: science fiction o hipnozie, „innego niż wszystkie” (te określenie wzbudziło wątpliwości Fidela, jednak staramy się nie być zbyt krytyczni wobec sympatycznego Francuza… póki co ;). Cesar wręczył nam bowiem płytę ze swoimi poprzednimi dokonaniami. Jak już je obejrzymy, na pewno podzielimy się z wami wrażeniami.












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Tore Tantz (prosto z Cannes)

Następny tekst

Behind the Candelabra (dyskusja prosto z Cannes)



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE