CANNES 2015 – festiwalowy alfabet | FILM.ORG.PL

CANNES 2015 – festiwalowy alfabet








Krzysztof Bogumilski
04.06.2015


Mieliśmy już sporo recenzji, mieliśmy podsumowanie festiwalu, teraz czas na podsumowanie kolejne, ale trochę inne formie. 

 

 A jak Antoine de Saint-Exupery. Czyli "Mały książę". Nie jest to typowa ekranizacja. Na filmie Marka Osborne'a nie sposób się nudzić. Przy realizacji zastosowano aż trzy różne techniki animacji. Współczesny wątek opowiedziano przy pomocy nowoczesnej animacji komputerowej, książkową historię Małego Księcia zaprezentowano w animacji poklatkowej, a resztę rzeczy dopowiedziano posiłkując się klasyczną animacją. Równie bogaty jest scenariusz, dbający o odpowiednią ilość wzruszeń i śmiechu, podnoszący emocje energetyczną sceną akcji, a przy tym obfitujący w głębsze treści, garść ciekawych przemyśleń na temat dorastania, umierania, a nawet kultury korporacyjnej. Perełka.


A jak Antoine de Saint-Exupery. Czyli „Mały książę”. Nie jest to typowa ekranizacja. Na filmie Marka Osborne’a nie sposób się nudzić. Przy realizacji zastosowano aż trzy różne techniki animacji. Współczesny wątek opowiedziano przy pomocy nowoczesnej animacji komputerowej, książkową historię Małego Księcia zaprezentowano w animacji poklatkowej, a resztę rzeczy dopowiedziano posiłkując się klasyczną animacją. Równie bogaty jest scenariusz, dbający o odpowiednią ilość wzruszeń i śmiechu, podnoszący emocje energetyczną sceną akcji, a przy tym obfitujący w głębsze treści, garść ciekawych przemyśleń na temat dorastania, umierania, a nawet kultury korporacyjnej. Perełka.

B jak buczenie. Canneńska widownia nie bierze jeńców. Jeżeli coś nie przypada zebranym na sali do gustu, można być pewnym, że zostanie na koniec bezlitośnie wygwizdane. Doświadczył tego "Macbeth", w pewnym stopniu również "Sicario" i "Youth", oba jednak zebrały równie dużo oklasków, ale nic chyba nie spotkało się w tym roku z tak zgodną i czystą niechęcią jak "The sea of trees" Gusa Van Santa. Zasłużenie.

B jak buczenie. Canneńska widownia nie bierze jeńców. Jeżeli coś nie przypada zebranym na sali do gustu, można być pewnym, że zostanie na koniec bezlitośnie wygwizdane. Doświadczył tego „Macbeth”, w pewnym stopniu również „Sicario” i „Youth”, oba jednak zebrały równie dużo oklasków, ale nic chyba nie spotkało się w tym roku z tak zgodną i czystą niechęcią jak „The sea of trees” Gusa Van Santa. Zasłużenie.

C jak Cannes. Urocze, piękne, tętniące żywymi barwami, cudownie błękitną taflą wody, zielonymi palmami, ładnym niebem, urokliwymi zakamarkami skrywającymi się w bocznych uliczkach, pięknymi kobietami i błyszczącymi sportowymi autami. Żałuję, że nie ma się tutaj dość wolnego czasu, żeby przystanąć i należycie się tym wszystkim nacieszyć.

C jak Cannes. Urocze, piękne, tętniące żywymi barwami, cudownie błękitną taflą wody, zielonymi palmami, ładnym niebem, urokliwymi zakamarkami skrywającymi się w bocznych uliczkach, pięknymi kobietami i błyszczącymi sportowymi autami. Żałuję, że nie ma się tutaj dość wolnego czasu, żeby przystanąć i należycie się tym wszystkim nacieszyć.

D jak Dope. Piękne uczucie, bycie świadkiem narodzin legendy. Film Ricka Famuyiwa zawiera polityczno-społeczny kościec rodem z wczesnej twórczości Spike'a Lee, szczerość przekazu "Boyz n the Hood" oraz szaloną energię i bezpretensjonalny humor murzyńskich stoner movies z lat 90. Za dziesięć lat znajdziemy go w każdym szanującym się zestawieniu tytułów ważnych dla kultury afroamerykańskiej.

D jak Dope. Piękne uczucie, bycie świadkiem narodzin legendy. Film Ricka Famuyiwa zawiera polityczno-społeczny kościec rodem z wczesnej twórczości Spike’a Lee, szczerość przekazu „Boyz n the Hood” oraz szaloną energię i bezpretensjonalny humor murzyńskich stoner movies z lat 90. Za dziesięć lat znajdziemy go w każdym szanującym się zestawieniu tytułów ważnych dla kultury afroamerykańskiej.

E jak ewakuacja z sali. Bynajmniej nie z powodu zagrożenia przeciwpożarowego. W Cannes nie jest to tak nagminne, jak podczas biletowanych festiwali filmowych w Polsce, gdzie trafia się sporo publiczności nieprzygotowanej na artystyczne kino, ale również i tutaj trafia się sporo osób wychodzących z pokazu. W tym roku chyba najwięcej osób uciekało z filmów filipińskich. Generalnie dziennikarze filmowi należą jednak do raczej twardego gatunku i siedzą do końca nawet jeżeli im się coś bardzo nie podoba, pewnie po to, żeby mieć później satysfakcję z wygwizdania czegoś złego.

E jak ewakuacja z sali. Bynajmniej nie z powodu zagrożenia przeciwpożarowego. W Cannes nie jest to tak nagminne, jak podczas biletowanych festiwali filmowych w Polsce, gdzie trafia się sporo publiczności nieprzygotowanej na artystyczne kino, ale również i tutaj trafia się sporo osób wychodzących z pokazu. W tym roku chyba najwięcej osób uciekało z filmów filipińskich. Generalnie dziennikarze filmowi należą jednak do raczej twardego gatunku i siedzą do końca nawet jeżeli im się coś bardzo nie podoba, pewnie po to, żeby mieć później satysfakcję z wygwizdania czegoś złego.

F jak francuskie kino. Nie ma co się czarować, festiwal faworyzuje rodzimą kinematografię i każdego roku pojawia się w konkursie kilka tytułów o dość wątpliwej wartości. Dużo osób na to narzeka, sporo krytyki spada później na organizatorów za wciskanie kolejnego przeciętnego (bądź zwyczajnie bardzo złego, jak np. tegoroczne "Marguerite & Julien") francuskiego filmu, ale najwyraźniej zupełnie się tym nie zrażają. Ot, taka francuska buta. No cóż, chyba należy się do tego przyzwyczaić.

F jak francuskie kino. Nie ma co się czarować, festiwal faworyzuje rodzimą kinematografię i każdego roku pojawia się w konkursie kilka tytułów o dość wątpliwej wartości. Dużo osób na to narzeka, sporo krytyki spada później na organizatorów za wciskanie kolejnego przeciętnego (bądź zwyczajnie bardzo złego, jak np. tegoroczne „Marguerite & Julien”) francuskiego filmu, ale najwyraźniej zupełnie się tym nie zrażają. Ot, taka francuska buta. No cóż, chyba należy się do tego przyzwyczaić.

Actors Sean Penn, right, and Charlize Theron pose for photographers as they arrive for the screening of the film Mad Max: Fury Road at the 68th international film festival, Cannes, southern France, Thursday, May 14, 2015.  (AP Photo/Lionel Cironneau) ORG XMIT: XCAN171

G jak gwiazdy. Ich udział stanowi o prestiżu festiwalu. Uwaga „wszystkich” jest skupiona na tym, jak spacerują po czerwonym dywanie, w co są ubrani i jak się zachowują. Posiadacz akredytacji dziennikarskiej stosunkowo łatwo może zobaczyć z bliska ulubionych aktorów i aktorki (czy też reżyserów). Problem w tym, że nie ma na to czasu. W zeszłym roku bez większych problemów dostałem się na konferencję z członkami jury oraz późniejszą z Quentinem Tarantino. Zrobiłem to jednak tylko dlatego, że nie miałem akurat nic lepszego do roboty. Zazwyczaj jest to wybór pomiędzy kolejnym, potencjalnie ciekawym, filmem, a zobaczeniem na własne oczy znanej twarzy. Dla mnie wybór jest oczywisty, ale wiadomo, to już kwestia tego, jakie mamy tutaj priorytety.

H jak Homar. Czyli nowy film Giorgosa Lanthimosa, jest naturalną kontynuacją jego dotychczasowej artystycznej kariery ("Kieł", "Alpy"), odrobinę jednak przefiltrowanej z myślą o zachodnim odbiorcy. Colin Farrell trafia do specjalnego hotelu, gdzie ma 45 dni na znalezienie życiowej partnerki, w przypadku niepowodzenia zostanie przemieniony w tytułowego homara i wypuszczony do pobliskiego lasu. Surrealizm, absurdalny humor, Rachel Weisz w roli narratorki, która monotonym głosem oprowadza widza po filmowym świecie. W skrócie: Wes Anderson na mocnych psychotropach.

H jak Homar. Czyli nowy film Giorgosa Lanthimosa, jest naturalną kontynuacją jego dotychczasowej artystycznej kariery („Kieł”, „Alpy”), odrobinę jednak przefiltrowanej z myślą o zachodnim odbiorcy. Colin Farrell trafia do specjalnego hotelu, gdzie ma 45 dni na znalezienie życiowej partnerki, w przypadku niepowodzenia zostanie przemieniony w tytułowego homara i wypuszczony do pobliskiego lasu. Surrealizm, absurdalny humor, Rachel Weisz w roli narratorki, która monotonym głosem oprowadza widza po filmowym świecie. W skrócie: Wes Anderson na mocnych psychotropach.

I jak Inside out. Widownia bywa tutaj bezlitosna, ale jeżeli kocha, to całym sercem. Niczego chyba nie pokochała w tym roku tak mocno, jak nowego filmu Pixara. Absolutnie PRZE-CU-DO-WNA animacja została nagrodzona burzą entuzjastycznych oklasków po wejściu napisów końcowych, widownia ponownie oszalała po zobaczeniu serii żartobliwych scenek towarzyszących liście płac i (w większości) została na sali do samego ich końca, żeby jeszcze raz nagrodzić brawami logo Pixara. Miłość czysta i gorąca. Wszyscy znowu kochają Pixara.

I jak Inside out. Widownia bywa tutaj bezlitosna, ale jeżeli kocha, to całym sercem. Niczego chyba nie pokochała w tym roku tak mocno, jak nowego filmu Pixara. Absolutnie PRZE-CU-DO-WNA animacja została nagrodzona burzą entuzjastycznych oklasków po wejściu napisów końcowych, widownia ponownie oszalała po zobaczeniu serii żartobliwych scenek towarzyszących liście płac i (w większości) została na sali do samego ich końca, żeby jeszcze raz nagrodzić brawami logo Pixara. Miłość czysta i gorąca. Wszyscy znowu kochają Pixara.

 

J jak jakość. Nie powinno to oczywiście specjalnie dziwić na imprezie o takiej renomie, tym niemniej muszę to zaznaczyć. Komfort oglądania filmów jest tutaj naprawdę wysoki. Siedzenia są na tyle wygodne, żeby nawet po zaliczeniu kilkudziesięciu filmów nie narzekać na ból tyłka. Sale są na tyle dobrze rozplanowane, żeby osoby siedzące z przodu nie zasłaniały napisów (co bywa problematyczne podczas Nowych Horyzontów). Oczywiście są miejsca siedzące, których należy unikać, bo elementy konstrukcyjne zasłaniają nieco ekran albo są położone na zbyt skrajnych bokach sali. No ale to rzecz naturalna, a człowiek szybko odkrywa ulubione miejscówki i takie, których należy bezwzględnie unikać. Ekrany są duże, zwłaszcza ten w największej sali -The Grand Theatre Lumiere (zdolnej pomieścić ponad 2000 widzów). Najlepszy jest jednak dźwięk, jakość tego jest tak dobra, że robi mi się zawsze przykro, gdy muszę już wrócić do głośników używanych w multipleksach.

J jak jakość. Nie powinno to oczywiście specjalnie dziwić na imprezie o takiej renomie, tym niemniej muszę to zaznaczyć. Komfort oglądania filmów jest tutaj naprawdę wysoki. Siedzenia są na tyle wygodne, żeby nawet po zaliczeniu kilkudziesięciu filmów nie narzekać na ból tyłka. Sale są na tyle dobrze rozplanowane, żeby osoby siedzące z przodu nie zasłaniały napisów (co bywa problematyczne podczas Nowych Horyzontów). Oczywiście są miejsca siedzące, których należy unikać, bo elementy konstrukcyjne zasłaniają nieco ekran albo są położone na zbyt skrajnych bokach sali. No ale to rzecz naturalna, a człowiek szybko odkrywa ulubione miejscówki i takie, których należy bezwzględnie unikać. Ekrany są duże, zwłaszcza ten w największej sali -The Grand Theatre Lumiere (zdolnej pomieścić ponad 2000 widzów). Najlepszy jest jednak dźwięk, jakość tego jest tak dobra, że robi mi się zawsze przykro, gdy muszę już wrócić do głośników używanych w multipleksach.

K jak kobiety. Stężenie pięknych kobiet na metr kwadratowy jest tu oszałamiające. Turystki, Francuzki, aktorki, aspirujące gwiazdeczki, spragnione sławy naiwne dziewczyny, drapieżne wampy i urocze niewiniątka. Wszystkie śliczne jak z obrazka, często roznegliżowane, o kuszących figurach i błyszczących oczach przepełnionych nadzieją na lepsze jutro.

K jak kobiety. Stężenie pięknych kobiet na metr kwadratowy jest tu oszałamiające. Turystki, Francuzki, aktorki, aspirujące gwiazdeczki, spragnione sławy naiwne dziewczyny, drapieżne wampy i urocze niewiniątka. Wszystkie śliczne jak z obrazka, często roznegliżowane, o kuszących figurach i błyszczących oczach przepełnionych nadzieją na lepsze jutro.

L jak Love. Noe przymierzał się do tego od dawna, konsekwentnie rozciągając kolejnymi filmami granicę tolerancji odbiorców, w końcu jednak naprawdę to zrobił - nakręcił artystycznego pornola. Wysmakowany wizualnie, przepięknie sfilmowany, obsadzonymi ładnymi ludźmi, estetycznie zaprezentowany, doprawiony gitarową muzyką, dwugodzinny porno-teledysk.

L jak Love. Noe przymierzał się do tego od dawna, konsekwentnie rozciągając kolejnymi filmami granicę tolerancji odbiorców, w końcu jednak naprawdę to zrobił – nakręcił artystycznego pornola. Wysmakowany wizualnie, przepięknie sfilmowany, obsadzonymi ładnymi ludźmi, estetycznie zaprezentowany, doprawiony gitarową muzyką, dwugodzinny porno-teledysk.

M jak Mad Max. Z pewną obawą zasiadałem do tego filmu. Nie z obawy przed tym, co zobaczę, ale jak reszta sali to odbierze. Odebrała fantastycznie, wszyscy bawili się przednio, wielokrotnie wybuchały głośne owacje, brawami nagradzano karkołomne akcje, życzliwym śmiechem reagowano na świadomy przesadyzm, a napisom końcowym towarzyszyła burza oklasków. Nie było najmniejszej wątpliwości, Cannes pokochało Maxa i dziewczyny.

M jak Mad Max. Z pewną obawą zasiadałem do tego filmu. Nie z obawy przed tym, co zobaczę, ale jak reszta sali to odbierze. Odebrała fantastycznie, wszyscy bawili się przednio, wielokrotnie wybuchały głośne owacje, brawami nagradzano karkołomne akcje, życzliwym śmiechem reagowano na świadomy przesadyzm, a napisom końcowym towarzyszyła burza oklasków. Nie było najmniejszej wątpliwości, Cannes pokochało Maxa i dziewczyny.

N jak Nie Yin Niang (The Assassin). Czyli nagrodzony za reżyserię nowy film Hsiao-hsien Hou. Dziwna sprawa, większość zachodnich recenzentów się nad nim rozpływała, premierowy pokaz został ponoć nagrodzony długimi brawami. Koleżanka jednak z niego wyszła po godzinie i podobno uczyniła to przed nią znaczna część sali. Ostrzeżony, z pewnymi obawami udałem się więc na następny pokaz, z którego po 30 minutach wyszedł Filip Jalowski oraz Maciek Niedźwiedzki. Wielu polskich recenzentów obchodziło później szerokim łukiem temat tego filmu w swoich podsumowaniach festiwalu, niewiele się nad nim rozwodząc. Wiem, że nie podobał się Michałowi Oleszczykowi. Michał Walkiewicz zdaje się, że również nieco narzekał. Jedynie chyba Tadeusz Sobolewski wyraził zdecydowany zachwyt i zaliczył nawet dwa seanse. Osobiście bezboleśnie wysiedziałem do końca, nawet dostroiłem się do powolnego rytmu filmu i dałem się temu ponieść do końca, ale nie mogę powiedzieć, żeby mi się podobało. Nagroda dziwi, bo technicznie pozostawiał wiele do życzenia, szczególnie styl prowadzenia kamery. Abstrahując jednak od tego, to film o niekończących się dysputach Chińczyków na mało interesujące tematy, pozbawionych napięcia intrygach, nudnym życiu dworskim i chmurkach płynących po niebie. Chmurki były najfajniejsze.

N jak Nie Yin Niang (The Assassin). Czyli nagrodzony za reżyserię nowy film Hsiao-hsien Hou. Dziwna sprawa, większość zachodnich recenzentów się nad nim rozpływała, premierowy pokaz został ponoć nagrodzony długimi brawami. Koleżanka jednak z niego wyszła po godzinie i podobno uczyniła to przed nią znaczna część sali. Ostrzeżony, z pewnymi obawami udałem się więc na następny pokaz, z którego po 30 minutach wyszedł Filip Jalowski oraz Maciek Niedźwiedzki. Wielu polskich recenzentów obchodziło później szerokim łukiem temat tego filmu w swoich podsumowaniach festiwalu, niewiele się nad nim rozwodząc. Wiem, że nie podobał się Michałowi Oleszczykowi. Michał Walkiewicz zdaje się, że również nieco narzekał. Jedynie chyba Tadeusz Sobolewski wyraził zdecydowany zachwyt i zaliczył nawet dwa seanse. Osobiście bezboleśnie wysiedziałem do końca, nawet dostroiłem się do powolnego rytmu filmu i dałem się temu ponieść do końca, ale nie mogę powiedzieć, żeby mi się podobało. Nagroda dziwi, bo technicznie pozostawiał wiele do życzenia, szczególnie styl prowadzenia kamery. Abstrahując jednak od tego, to film o niekończących się dysputach Chińczyków na mało interesujące tematy, pozbawionych napięcia intrygach, nudnym życiu dworskim i chmurkach płynących po niebie. Chmurki były najfajniejsze.

O jak ochrona. Od dwóch lat próbuję doszukać się logiki w działaniach festiwalowej ochrony. Niby przeszukują tutaj ludzi i używają na nich wykrywaczy metalu, ale więcej w tym działania na pokaz, jak spójnego i rzetelnego dbania o bezpieczeństwo na terenie festiwalowego obiektu. Co z tego, że jeden człowiek przejeżdża po ciele wykrywaczem metalu, jak w torbie można spokojnie wnieść małą broń palną, nóż albo teleskopowo wysuwane ostrze. Torby są sprawdzane bez większego przekonania, opieszale i generalnie, to jeżeli coś dziwnego nie rzuci się obsłudze od razu w oczy, to zostanie pominięte. Najczęściej ofiarą ochrony padają śmiertelnie niebezpieczne bułki i butelki z wodą. Wystarczy jednak wsadzić je do reklamówki z Lidla i włożyć do plecaka, żeby bez większego problemu "przemycić" na teren obiektu. Do reklamówki już nikt nie zajrzy. Ale i tak przejadą następnie po ciele wykrywaczem metalu. Nie ogarniam.

O jak ochrona. Od dwóch lat próbuję doszukać się logiki w działaniach festiwalowej ochrony. Niby przeszukują tutaj ludzi i używają na nich wykrywaczy metalu, ale więcej w tym działania na pokaz, jak spójnego i rzetelnego dbania o bezpieczeństwo na terenie festiwalowego obiektu. Co z tego, że jeden człowiek przejeżdża po ciele wykrywaczem metalu, jak w torbie można spokojnie wnieść małą broń palną, nóż albo teleskopowo wysuwane ostrze. Torby są sprawdzane bez większego przekonania, opieszale i generalnie, to jeżeli coś dziwnego nie rzuci się obsłudze od razu w oczy, to zostanie pominięte. Najczęściej ofiarą ochrony padają śmiertelnie niebezpieczne bułki i butelki z wodą. Wystarczy jednak wsadzić je do reklamówki z Lidla i włożyć do plecaka, żeby bez większego problemu „przemycić” na teren obiektu. Do reklamówki już nikt nie zajrzy. Ale i tak przejadą następnie po ciele wykrywaczem metalu. Nie ogarniam.

P jak Polska. Pojawia się tutaj tylko w formie reklam i opłaconych treści w prasie branżowej oraz ewentualnych pokazów przeznaczonych dla dystrybutorów, czyli seansów odbywających się w małych kinach poza terenem festiwalu. W oficjalnej selekcji nieobecna od dawna, nie uwiera mnie to jakoś bardzo, ale trochę później głupio, gdy rozmawia się z ludźmi z całego świata i pada pytanie o to, co z mojego kraju można obejrzeć w tym roku. A rok wcześniej? A dwa lata...?

P jak Polska. Pojawia się tutaj tylko w formie reklam i opłaconych treści w prasie branżowej oraz ewentualnych pokazów przeznaczonych dla dystrybutorów, czyli seansów odbywających się w małych kinach poza terenem festiwalu. W oficjalnej selekcji nieobecna od dawna, nie uwiera mnie to jakoś bardzo, ale trochę później głupio, gdy rozmawia się z ludźmi z całego świata i pada pytanie o to, co z mojego kraju można obejrzeć w tym roku. A rok wcześniej? A dwa lata…?

Q jak Quentin Tarantino. W tym roku go nie było, to niedobrze.

Q jak Quentin Tarantino. W tym roku go nie było, to niedobrze.

R jak rekord. W tym roku pobiłem rekord czekania na seans, w kolejce stałem w sumie przez cztery godziny. Miało to miejsce pierwszego dnia i tak naprawdę były to dwa oddzielne seanse, gdy nie dostałem się na ten pierwszy, to razem z innymi dziennikarzami poszliśmy ustawić się od razu pod inną salą na kolejny pokaz. Bywa i tak. Wyśrubowałem też liczbę obejrzanych filmów, podczas całej imprezy zobaczyłem w sumie 51 tytułów.

R jak rekord. W tym roku pobiłem rekord czekania na seans, w kolejce stałem w sumie przez cztery godziny. Miało to miejsce pierwszego dnia i tak naprawdę były to dwa oddzielne seanse, gdy nie dostałem się na ten pierwszy, to razem z innymi dziennikarzami poszliśmy ustawić się od razu pod inną salą na kolejny pokaz. Bywa i tak. Wyśrubowałem też liczbę obejrzanych filmów, podczas całej imprezy zobaczyłem w sumie 51 tytułów.

S jak stanie w kolejce. Nieodłączna część festiwalu. Szczęśliwi posiadacze lepszych akredytacji mogą sobie przychodzić na ostatnią chwilę, cała reszta ustawia się jednak w kolejce przynajmniej 30 minut wcześniej. Są od tego odstępstwa, jeżeli mówimy o wyjątkowo gorącej premierze, to niektórzy ustawiają się już dwie godziny wcześniej, zdarzało mi się jednak przychodzić na ostatnią chwilę i zobaczyć film. Wbrew krążącym legendom, zaliczanie "gorących premier" wcale nie wymaga koczowania w namiocie albo lepszej akredytacji. Jeżeli nie przeszkadza nam chodzenie na pokazy rano (8.30) i w nocy (22.00), to w zasadzie wszystko można obejrzeć bez większych problemów i spinania się. A żeby nie tracić czasu, to oczekiwanie na filmy można wykorzystywać na pisanie kolejnych recenzji. Profit.

S jak stanie w kolejce. Nieodłączna część festiwalu. Szczęśliwi posiadacze lepszych akredytacji mogą sobie przychodzić na ostatnią chwilę, cała reszta ustawia się jednak w kolejce przynajmniej 30 minut wcześniej. Są od tego odstępstwa, jeżeli mówimy o wyjątkowo gorącej premierze, to niektórzy ustawiają się już dwie godziny wcześniej, zdarzało mi się jednak przychodzić na ostatnią chwilę i zobaczyć film. Wbrew krążącym legendom, zaliczanie „gorących premier” wcale nie wymaga koczowania w namiocie albo lepszej akredytacji. Jeżeli nie przeszkadza nam chodzenie na pokazy rano (8.30) i w nocy (22.00), to w zasadzie wszystko można obejrzeć bez większych problemów i spinania się. A żeby nie tracić czasu, to oczekiwanie na filmy można wykorzystywać na pisanie kolejnych recenzji. Profit.

T jak trendy. Oglądając w krótkim odstępie czasu kilkadziesiąt filmów, nie trudno dopatrzyć się w nich jakiś elementów wspólnych, podobnego zakresu tematycznego, charakterystycznych pomysłów realizacyjnych albo wątków fabularnych, które powracają w kolejnych festiwalowych tytułach. W tym roku takim wspólnym mianownikiem wielu filmów było przemijanie, starość i śmierć czająca się za rogiem. Mieliśmy więc "Youth", do którego jeszcze wrócę, "Mia madre", opowiadające o pożegnaniu z rodzicem, słodko-gorzką "An", hołd złożony naukowcowi gustującemu w mroźnych pustkowiach (dokument "La glace et le ciel") oraz smutną opowieść o tym, że nie każdemu pisane jest odkupienie ("Krisha").

T jak trendy. Oglądając w krótkim odstępie czasu kilkadziesiąt filmów, nie trudno dopatrzyć się w nich jakiś elementów wspólnych, podobnego zakresu tematycznego, charakterystycznych pomysłów realizacyjnych albo wątków fabularnych, które powracają w kolejnych festiwalowych tytułach. W tym roku takim wspólnym mianownikiem wielu filmów było przemijanie, starość i śmierć czająca się za rogiem. Mieliśmy więc „Youth”, do którego jeszcze wrócę, „Mia madre”, opowiadające o pożegnaniu z rodzicem, słodko-gorzką „An”, hołd złożony naukowcowi gustującemu w mroźnych pustkowiach (dokument „La glace et le ciel”) oraz smutną opowieść o tym, że nie każdemu pisane jest odkupienie („Krisha”).

U jak Umimachi diary. Czyli nowy film Koreeda Hirokazu ("Jak ojciec i syn"), okazał się być urokliwą obyczajową historią o budowaniu więzi rodzinnych. Wzorcowy przykład narracji, która spokojnie "płynie", a widz musi wskoczyć do łódki sterowanej przez reżysera, wygodnie się rozsiąść, poddać delikatnemu nurtowi i delektując się pięknem okolicznej przyrody, oglądać obrazki z życia normalnej japońskiej rodziny, śledząc historię ludzi, którzy w naturalny sposób są życzliwi dla innych, nie szukają konfliktów i potrafią cieszyć się z drobnych rzeczy.

U jak Umimachi diary. Czyli nowy film Koreeda Hirokazu („Jak ojciec i syn”), okazał się być urokliwą obyczajową historią o budowaniu więzi rodzinnych. Wzorcowy przykład narracji, która spokojnie „płynie”, a widz musi wskoczyć do łódki sterowanej przez reżysera, wygodnie się rozsiąść, poddać delikatnemu nurtowi i delektując się pięknem okolicznej przyrody, oglądać obrazki z życia normalnej japońskiej rodziny, śledząc historię ludzi, którzy w naturalny sposób są życzliwi dla innych, nie szukają konfliktów i potrafią cieszyć się z drobnych rzeczy.

V jak Vincent Cassel. Nie mogę narzekać na nagrodzonego w kategorii aktorskiej, trofeum trafiło w dobre ręce. Moje serce skradł jednak Cassel, który brawurowo zagrał w "Mon Roi". Francuz stanowi serce filmu, uwodzi odbiorcę charyzmatyczną osobowością, inteligencją, błyskotliwymi żartami, nieprzewidywalnym zachowaniem. Ten film należy do niego. Nagroda również powinna.

V jak Vincent Cassel. Nie mogę narzekać na nagrodzonego w kategorii aktorskiej, trofeum trafiło w dobre ręce. Moje serce skradł jednak Cassel, który brawurowo zagrał w „Mon Roi”. Francuz stanowi serce filmu, uwodzi odbiorcę charyzmatyczną osobowością, inteligencją, błyskotliwymi żartami, nieprzewidywalnym zachowaniem. Ten film należy do niego. Nagroda również powinna.

W jak wyżywienie. Znajomy stwierdził, że jedzenie w Cannes jest ogólnie żałosne, jeżeli nie jesteśmy gotowi zapłacić więcej jak 25 euro od osoby. Coś w tym jest, głównie żywiłem się w McDonaldzie, bo był blisko, jeżeli miałem trochę więcej czasu (czyli ok. godziny), to wtedy szedłem do znalezionej w zeszłym roku restauracji typu fish & chips prowadzonej przez Walijkę. To było dla mnie "coś konkretniejszego". Dwa razy poszedłem na pizze, w jednym miejscu dostałem przypaloną, w drugim nieco przypaloną, zapiłem to coca-colą po złodziejskiej cenie (5 euro). W Cannes nie wiedzą jak zrobić porządną pizze. Spotkałem się z osobą, która każdego dnia wracała do swojego wynajętego apartamentu i sama sobie gotowała. No niby fajnie, ale szkoda czasu, za dużo filmów by uciekło. Sen i porządny obiad to luksus, na który można sobie pozwolić przez resztę roku.

W jak wyżywienie. Znajomy stwierdził, że jedzenie w Cannes jest ogólnie żałosne, jeżeli nie jesteśmy gotowi zapłacić więcej jak 25 euro od osoby. Coś w tym jest, głównie żywiłem się w McDonaldzie, bo był blisko, jeżeli miałem trochę więcej czasu (czyli ok. godziny), to wtedy szedłem do znalezionej w zeszłym roku restauracji typu fish & chips prowadzonej przez Walijkę. To było dla mnie „coś konkretniejszego”. Dwa razy poszedłem na pizze, w jednym miejscu dostałem przypaloną, w drugim nieco przypaloną, zapiłem to coca-colą po złodziejskiej cenie (5 euro). W Cannes nie wiedzą jak zrobić porządną pizze. Spotkałem się z osobą, która każdego dnia wracała do swojego wynajętego apartamentu i sama sobie gotowała. No niby fajnie, ale szkoda czasu, za dużo filmów by uciekło. Sen i porządny obiad to luksus, na który można sobie pozwolić przez resztę roku.

X jak Xavier Dolan. W zeszłym roku pokazywano w konkursie jego ostatni film, "Mama". W tym roku sam oceniał konkursowe filmy jako członek jury. A niedawno zapowiedział, że w przyszłym roku pokaże premierowo w Cannes swój następny film. Tak jest, jeszcze nie zaczął nawet jego realizacji, a już ma pewność, że zostanie zaakceptowany. Fajnie jest być Xavierem Dolanem.

X jak Xavier Dolan. W zeszłym roku pokazywano w konkursie jego ostatni film, „Mama”. W tym roku sam oceniał konkursowe filmy jako członek jury. A niedawno zapowiedział, że w przyszłym roku pokaże premierowo w Cannes swój następny film. Tak jest, jeszcze nie zaczął nawet jego realizacji, a już ma pewność, że zostanie zaakceptowany. Fajnie jest być Xavierem Dolanem.

Y jak Youth. Sorrentino znowu dostarczył kawał genialnego kina. Sporo w jego filmie melancholii, sentymentalnych podróży w przeszłość, nieco smutnego realizmu, że jest już się raczej bliżej końca, jak początku, życiowej drogi, ale też i cieszenia się dniem codziennym, żartów z bolączek starszych panów oraz napawania otaczającym pięknem. Cudowny film, jeden z najlepszych na tegorocznym festiwalu.

Y jak Youth. Sorrentino znowu dostarczył kawał genialnego kina. Sporo w jego filmie melancholii, sentymentalnych podróży w przeszłość, nieco smutnego realizmu, że jest już się raczej bliżej końca, jak początku, życiowej drogi, ale też i cieszenia się dniem codziennym, żartów z bolączek starszych panów oraz napawania otaczającym pięknem. Cudowny film, jeden z najlepszych na tegorocznym festiwalu.

Z jak Złota Palma. Pozornie zaskakujący wybór, ale jeżeli się przez chwilę zastanowić, to zrozumiały. Nagrodzono film poruszający aktualny problem. Historię opowiadającą o emigrantach, uciekinierach z owładniętej konfliktem Sri Lanki, którzy próbują założyć nowe życie w Francji. Jacques Audiard odgrywa wszystkie motywy jakich moglibyśmy się spodziewać po zaangażowanym socjalnie kinie o uchodźcach. Mamy więc oszustów, wykorzystujących trudną sytuację bohaterów, życie w nieciekawej dzielnicy pełnej przestępców, kłopoty z komunikacją w obcym języku oraz przeszłość upominającą się o daninę z krwi. Reżyser zgrabnie maskuje te repetycje, wtłaczając w nie sporo szczerego przekazu, ciekawych spostrzeżeń na temat współczesnego świata oraz pełnokrwistych bohaterów, a na koniec robi do tego małą rewoltę gatunkową. Nie jest to najlepszy film w karierze Audiarda, ale jest to dobry film.

Z jak Złota Palma. Pozornie zaskakujący wybór, ale jeżeli się przez chwilę zastanowić, to zrozumiały. Nagrodzono film poruszający aktualny problem. Historię opowiadającą o emigrantach, uciekinierach z owładniętej konfliktem Sri Lanki, którzy próbują założyć nowe życie w Francji. Jacques Audiard odgrywa wszystkie motywy jakich moglibyśmy się spodziewać po zaangażowanym socjalnie kinie o uchodźcach. Mamy więc oszustów, wykorzystujących trudną sytuację bohaterów, życie w nieciekawej dzielnicy pełnej przestępców, kłopoty z komunikacją w obcym języku oraz przeszłość upominającą się o daninę z krwi. Reżyser zgrabnie maskuje te repetycje, wtłaczając w nie sporo szczerego przekazu, ciekawych spostrzeżeń na temat współczesnego świata oraz pełnokrwistych bohaterów, a na koniec robi do tego małą rewoltę gatunkową. Nie jest to najlepszy film w karierze Audiarda, ale jest to dobry film.

Tyler Durden

https://www.facebook.com/pages/Kinofilia/548513951865584






  • Fidel

    Cannes w pigułce ;) Good Job!






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

BLOOD AND CARPET - Kino klasy Z

Następny tekst

SAN ANDREAS



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE