Biografie ludzi filmu

Cały ten TATI. Życie i twórczość Jacques’a Tatiego

Geniusz komedii. Jego filmy nadają się do wielokrotnego smakowania i chyba nigdy nie padną ofiarą przemijającego czasu.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Jacques Tatischeff est d’origine franco-russo-néerlando-italienne. Son père, Georges Emmanuel Tatischeff, né en 1875 à Paris (mort en 1957), est le fils naturel du comte Dmitri Tatischeff, général de l’armée russe, attaché militaire à l’ambassade de Russie à Paris, qui meurt peu après la naissance de l’enfant, et d’une Française, Rose Anathalie Alinquant…

Oh, pardon my French!


jacques-tati-youngUrodzony 9 października (środa) 1907 roku, we francuskim Le Pecq (departament Yvelines) Jacques Tatischeff był – jak przystało na dumnego potomka arystokratycznych emigrantów rosyjskich, wywodzących się w prostej linii od rodu Rurykowiczów – kompletnie niewyróżniającym się dzieckiem. No, może poza tym, że był kiepskim uczniem, niegrzeczny i unikał jak mógł surowej, rodzinnej dyscypliny oraz nie szanował autorytetów. Jak sam mówił:

„Cała moja edukacja zmieściłaby się na jednostronnej wizytówce.”

Jego wzrost (1,91 m) pozwolił mu jednak zaistnieć sportowo, m.in. w tenisie, jeździectwie oraz rugby. To ostatnie przez jakiś czas uprawiał także półzawodowo, w przerwie pomiędzy ogródkiem, służbą wojskową, a naukami ramerskimi u swego dziadka, dla których ostatecznie porzucił szkołę, mając na karku ledwie szesnaście wiosen. Popadł przez to w konflikt z ojcem, który gardził rozrywkowym zacięciem syna, uważał je za niegodne (choć to właśnie on po raz pierwszy zabrał go do cyrku). Sprawiło to, że Tati czuł się jak wyrzutek, był zdruzgotany faktem, że nie potrafi sprostać oczekiwaniom ojca, zadowolić go – motyw ten przewijać się przez całą jego późniejszą twórczość. Tati odciął się również od swojej scheffskiej końcówki i wraz z początkiem lat trzydziestych ubiegłego stulecia obrał w końcu kurs na estradę.

   Jacques-Tati5

Sportowe impresje, czyli humorystyczne improwizacje na temat konkretnych dyscyplin, stały się jego gagiem przewodnim. Początkowo uskuteczniał je w szatni ku uciesze kolegów z drużyny. Później przedstawiał publiczności w amatorskim show Alfreda Sauvy’a, londyńskim Finsbury Park Empire, berlińskim Scala oraz paryskim Theatre-Michel, by w końcu trafić do tamtejszego ABC Théâtre, z którym współpracował aż do rozpoczęcia wojny, między innymi w charakterze mima i akrobaty. Ponownie powołany jako kawalerzysta 16 regimentu Dragonów widział trochę walk w Ardenach, po czym wrócił do stolicy Francji już jako w pełni ukształtowany komik.

Na początku filmowej drogi próbował swoich sił aktorskich w krótkometrażówkach, z których pierwsza – Oscar, champion de tennis z 1932 roku – zaginęła w odmętach historii. Zarówno ta, jak i kolejne małe formy, do jakich często pisał także scenariusze, dały mu okazję do eksperymentowania z żartami, ich techniką oraz formą. A także do zawarcia nowych znajomości, z których najważniejszą okazał się bodajże René Clair – francuski reżyser, pisarz i aktor, autor m.in. Antraktu i Wielkich manewrów. Aż w końcu przyszedł czas na większe wyzwania…

jacques-tati8

 

Les  L  O  N  G  S    M  É  T  R  A  G  E  S

Filmów pełnometrażowych Tati nakręcił zaledwie pięć. Wcale się przy tym specjalnie nie śpieszył, dopracowując każdą kolejną produkcję w najmniejszych detalach. W końcu, jak sam zainteresowany kiedyś stwierdził, komedia to szczyt… logiki. Dlatego też jego reżyserska kariera rozciąga się na blisko trzydzieści lat. Przez te trzy dekady był niezmienną, ikoniczną wręcz twarzą francuskiej komedii. Dopiero w latach siedemdziesiątych powoli zaczął ustępować miejsca Pierre’owi Richardowi i innym młodym zdolnym tamtejszej złotej ery gatunku. Ale po kolei…

jour

1949

Wbrew pozorom nie żur z fetą, lecz Dzień świąteczny to, jak sam tytuł wskazuje, dwudziestoczterogodzinny wycinek z życia małego miasteczka, do którego na daną okazję zawija lunapark. Główny, a raczej przewodni bohaterem to listonosz o charakterystycznym wąsiku i fajtłapowatym usposobieniu (choć ważnym przewodnikiem po wydarzeniach jest również skrzywiona w pół babcia z kozą). To człowiek lubiany, ale niezbyt rozgarnięty, naiwny i łatwowierny, mimo dobrych chęci i serca będący ciągłym pośmiewiskiem okolicy (choć daleko mu do wioskowego głupka). Niemniej w jakiś sposób ważny, wszak listy same się nie dostarczą. Aczkolwiek patrząc na niektóre poczynania Françoisa – nieprzypadkowo nazwanego na cześć swej ojczyzny, za której personifikację może zostać uznany przez liczne odniesienia do ówczesnej sytuacji politycznej – można się zastanowić, czy aby na pewno…

Film ten rozpoczyna typowo autorską podróż Tatiego, który nie tylko wcielił się w pociesznego dostarczyciela poczty, lecz także film wyreżyserował i napisał do niego skrypt (z małą pomocą). Jednocześnie nie jest to jeszcze ten Tati, jakiego świat pokochał. Mimo równie epizodycznej, co w późniejszych filmach fabuły, mamy tu raczej do czynienia z długometrażową wprawką łączenia poszczególnych segmentów w jednolitą całość. Eksperyment jak najbardziej udany i, co ważniejsze, zabawny. Aczkolwiek garściami czerpiący z krótkich form komika (ze szczególnym wskazaniem na L’école des facteursSzkołę listonoszy, której jest niejako przedłużeniem), a przez to niezbyt oryginalny, jakby nie do końca wykorzystujący swój potencjał.

To po prostu zbiór mniej lub bardziej udanych gagów, z których nie wszystkie dobrze się lepią i nie wszystkie bawią tak samo. Historia jest co prawda spójna, pozbawiona większych nielogiczności, lecz wydaje się, jakby tytułowy dzień, a co za tym idzie sedno opowieści, z czasem gdzieś uciekało. Szybko ustępuje miejsca kolejnym wpadkom Françoisa, który po obejrzeniu dokumentu zza oceanu za punkt honoru obiera sobie podwyższenie własnych metod dostawczych do światowego poziomu. Jak można się spodziewać, kończy się to całkowitym fiaskiem, a poczciwy listonosz niewiele wynosi z całej lekcji. Niemniej śmiechu jest miejscami co niemiara, acz generalnie nie takiego, od którego rozboli brzuch, tylko raczej wywołującego banana na twarzy. A biorąc pod uwagę, że całość kręcono w autentycznych lokacjach wioski Sainte-Sévère-sur-Indre (gdzie dziś znajduje się poświęcone filmowi muzeum), duże wrażenie robi także bezbłędna koordynacja niektórych scen zbiorowych. Zagrali w nich rzecz jasna głównie mieszkańcy miasteczka, którzy na tę okoliczność włożyli swoje najlepsze ubrania. Ich udział był przy tym spełnieniem obietnicy przez Tatiego, który stacjonując tam kilka lat wcześniej, wymyślił całą historię, a następnie zapowiedział, że wróci i uczyni z miasteczka pełnoprawnego bohatera swojego ruchomego obrazu.

jour2

Już tutaj zwraca swoją uwagę perfekcyjne operowanie przez Tatiego nie tyle mnogością detali i postaci, co swoistym minimalizmem formy.

Mimo że dzieje się dużo, trudno powiedzieć, by choć raz akcja została przekombinowana. Slapstick jest zjadliwy, acz momentami mocno chaplinowski czy też w stylu Harolda Lloyda. Tati mocno wzoruje się tu wszak na i odnosi nie tylko do klasyków amerykańskiej komedii niemej ery, ale do jankeskiego kina w ogóle, które przez pewien okres czasu nie docierało do Francji. Przeważa zatem zdecydowanie dowcip fizyczny, który szczęśliwie nie skutkuje jedynie kolejnymi przewrotkami i wypadkami losowymi. Ze swojej mało użytecznej fizjonomii Tati robi atut – często żartował, że większość znaczących komików to mikrusy, którym łatwiej wzbudzić sympatię. Choć przecież zarówno Lloyd, jak i Buster Keaton zdają się przeczyć tej tezie. Ich całkiem gibkie sylwetki i kaskaderskie popisy z pewnością stanowiły odpowiednią inspirację dla tej produkcji, w której znaleźć można także sporo zbliżonych pomysłów, tylko podanych w bardziej wiarygodnej, odpowiednio wpisującej się w małomiasteczkową normę manierze.

Francuz spotkał ich zresztą obu kilka lat później – z Keatonem nawiązał nawet nić porozumienia i obopólnego szacunku. Tymczasem w dalszym etapie kariery znacząco rozwijał przyjaźń między narodami, ochoczo wprowadzając wątki oraz postaci zza wielkiej wody, gęsto korzystając również z języka angielskiego. W Dniu… pojawia się na przykład jeep z dwoma żandarmami wojskowymi, których François dosłownie wyprowadza w pole. Podobnie do swoich amerykańskich kolegów, Tati skupia się też głównie na opowiadaniu obrazem i dźwiękiem, ich należytym zgraniu, które bawi i stanowi puentę samą w sobie; gestykulacjach, ekspresyjnym (ale nie przeszarżowanym!) zachowaniu bohaterów kosztem oczywistości dialogów. Chociaż nie czyni tego jeszcze na taką skalę, jak w późniejszych projektach, w porównaniu z którymi Dzień świąteczny jest wręcz przegadany. Lecz nawet oglądając film bez tłumaczenia, łatwo się połapać, o co chodzi, bo generalnie słowa nie niosą ze sobą jakichś superistotnych informacji, a i ciętych ripost jest tutaj jak na lekarstwo, niewiele się zatem traci z takiego seansu.

jour3

O wiele większą bolączką może okazać się za to wybór jego odpowiedniej wersji.

Zdobywca nagrody za najlepszy scenariusz na festiwalu w Wenecji ma ich bowiem kilka. I trudno stwierdzić, która bardziej pasuje do reżyserskiej wizji. Debiutujący na kinowych ekranach w czerni i bieli film planowano pierwotnie nakręcić w kolorze (wkraczającym do generalnie szarego, uporządkowanego życia na wsi dzięki wędrownym dostarczycielom rozrywki). Realizowany był zresztą na dwóch kamerach, z których to właśnie czarno-biała stanowiła swoistą kopię bezpieczeństwa, w razie gdyby będąca wciąż techniczną nowinką kolorowa taśma sprawiła jakiekolwiek trudności. I tak też się stało – Thomsoncolor okazał się niewypałem i szybko wycofano go z produkcji, czyniąc nakręcony materiał niemożliwym do wywołania i zarazem jedynym zrobionym pod tym szyldem. Po ładnych paru latach film ponownie wpuszczono na afisz jako częściowo pokolorowany (à la Sin City, gdzie wybrane odcienie pojawiają się na pojedynczych elementach kadru), z inną ścieżką dźwiękową, nieobecnymi wcześniej scenami i zupełnie nową postacią artysty-malarza – niemego świadka wydarzeń, którego dokręcono dla usprawiedliwienia osobliwego eksperymentu.

Tati jednak wciąż próbował doprowadzić swą pierwotną wizję do skutku, na przełomie wielu lat szukając rozwiązań na całym świecie. Poniekąd udało mu się ziścić marzenie w sierpniu 1961 roku, kiedy w paryskiej Olympii wystawił wariację sceniczną z uwzględnieniem fragmentów ruchomego obrazu. Jednak dopiero po kolejnych kilku dekadach publiczność otrzymała w końcu odświeżoną kopię kolorowego negatywu, na której już z pomocą komputera oraz filtru trójchromatycznego starano się odtworzyć tonacje tak, jak chciał tego reżyser (wtedy już nieżyjący). Od tego momentu – a był to rok 1995 – wszystkie te warianty, różniące się od siebie jeszcze nieznacznie czasowo, rozeszły się po całym świecie, co tylko spotęgowało dotychczasowy zamęt.

Jour4

Dość napisać, że za najbardziej właściwą uznaje się dziś tę pierwotną, czarno-białą, która jest jednocześnie najdłuższą. Na którąkolwiek kopię się jednak nie trafi, trzeba oddać tej produkcji bardzo przyjemną aurę swojskości, niespieszne w sumie tempo i duży urok zarówno listonosza-Tatiego, jego bezwstydnie reklamowanego już w napisach początkowych roweru Peugeota (model 1911), jak i miejsca akcji – zaściankowego i naiwnego, ale jakże uniwersalnego, bliskiego, namacalnego. W końcu przywołującego również wspomnienia dziecięcej lub też, w tym wypadku, chłopięcej beztroski.

Nie dziwne zatem, że mimo iż film przeleżał na półce dwa lata, zanim znalazł dystrybutora, oraz ani aktorsko, ani tym bardziej reżysersko nie jest to najlepszy Tatiego, Dzień świąteczny został kinowym hitem – największym w całej jego karierze, niemal siedem milionów widzów – z powodzeniem przyjmując się także za granicą. Dla wielu jego miłośników stanowi najczystszy przykład stylu komika. Choć ten tak naprawdę miał się dopiero wyklarować…

hulot-holiday

1953

Tym razem zamienił Tati wioskę na prowincję, gdzie corocznie zbiera się cała galeria mieszczuchów z różnych klas społecznych. Pozostawił przy tym epizodyczność wydarzeń, pozornie nie mających ze sobą wiele wspólnego prócz tych samych twarzy, z których ponownie to właśnie główny bohater będzie źródłem największych problemów i wybuchów, także śmiechu. W Wakacjach pana Hulot raz jeszcze mamy do czynienia z niewielką komuną, która – chcąc nie chcąc – wpływa wzajemnie na swój leniwy byt. Powraca przekrojowy portret powojennej Francji, dużo bardziej jednak kosmopolitycznej niż poprzednio, acz równie powszedniej. Znów całości towarzyszy melancholijna aura, nutka nostalgii, a spokój przyrody kontrastuje z chaosem cywilizacji. Pretekstową fabułę Tati wynosi jednak o poziom wyżej, odpowiednio dopracowując jej szczegóły.

To najbardziej klasyczna pozycja jego dorobku.

Czytelna i prosta, zrozumiała, otwarta i autentycznie zabawna. No i wciąż aktualna. David Lynch wymienia ją pośród swoich ulubionych dzieł, a biograf Tatiego nazwał najbardziej doskonałym z jego filmów. Z tym można się już kłócić, lecz nie ulega wątpliwości, że nominowana do Oscara za scenariusz produkcja dała światu mnóstwo frajdy i, przede wszystkim, ikoniczną postać, która z czasem przerosła swego twórcę – tytułowego pana Hulota.

Po tym, jak Tati odmówił nakręcenia sequela przygód listonosza z Dnia świątecznego (twierdząc, że był zbyt urzędowy, za bardzo francuski), postanowił powołać do życia innego everymana – swoiste alter ego złożone z własnej wrażliwości oraz oparte po części o poznanego jeszcze w wojsku kolegę, a po części na architekcie, który pracował nad domem Tatiego i był równie osobliwy, co ekranowa postać. Od tego ostatniego Tati pożyczył też nazwisko (z cichym „t” na końcu). Inną inspiracją, acz już czysto fizyczną, okazał się skecz z 1900 roku – Little Tich And His Funny Feet – który bazuje na nietypowej fizjonomii oraz dziwacznych ruchach. Wraz z nieodłączną fajką i osobliwym kapelutkiem stały się one znakiem rozpoznawczym pana Hulota.

hulot-holiday2

Niecodzienna to zresztą postać, wyjęta jakby z innej epoki.

Pozbawiona tożsamości (nigdy nie poznajemy jego imienia!), prawie nic nie mówi (w zachowaniu milczenia pomaga mu wspomniana fajka), podróżuje samotnie starym, rozklekotanym autem (Salmson AL3), które burzy atmosferę spokoju, psuje nastrój i dosłownie zabija klimat wszędzie tam, gdzie się pojawi. To postać bez motywacji, być może nawet celu. Jako jedyny tak naprawdę odpoczywa, jest wolny, nieskrępowany sobą. Wszyscy inni urlopowicze albo przywożą ze sobą pracę (wiecznie ganiający do telefonu biznesman, który zaniedbuje przez to rodzinę), albo nie porzucają na czas wakacji swoich przyzwyczajeń i obyczajów (politycznie zaangażowany student, ciągle wspominający wojnę weteran w typie de Gaulle’a).

Być może dlatego Hulota lubią nieliczni – głównie dzieci i młodzież, a czasem kilku jemu podobnych, odmiennych od ogółu osobników (cichy mąż głośnej małżonki, za którą łazi z przyzwyczajenia; podstarzała miłośniczka tenisa z Anglii). On sam wymyka się często z kadru, niekiedy będąc tylko nieobecnym hasłem na ustach innych (co w kolejnych filmach zyska większy wymiar). Znamiennym również, że wprowadzenie bohatera raz jeszcze następuje dość późno, bo po dobrych dziesięciu minutach prologu, rozpoczynając tym samym właściwą akcję. Jednak w przeciwieństwie do poczciwego Françoisa, który w swoim filmie z impetem wpada na ekran, pojawienie się Hulota jest wręcz celebrowane, owiane nutką tajemnicy. To w ogóle swoisty duch, który przenika przez cały film, zawsze starając się być dyskretnym i nie zwracać na siebie uwagi. A jednak zawsze staje w samym jej centrum.

Obu ich cechuje zbliżone fatum drobnych wpadek, do których przyczyniają się z podobnych powodów. Przypadkowa błazenada nie ma związku z brakiem inteligencji bohatera, a raczej z jego niewinnością, szczerym, nieokrzesanym charakterem i nieporadnym zachowaniem bazującym na szlachetnych zamiarach. Brzmi znajomo? Nic dziwnego, gdyż Hulot bezpośrednio wpłynął na pojawienie się tak klasycznych figur komedii, jak inspektor Clouseau, Jaś Fasola oraz porucznik Frank Drebin z serii Naga broń. Wszyscy oni mają podobne cechy – są sympatyczni i prostoduszni, ale na bakier z resztą ludzkości. Każdy pozostawia po sobie w jakimś stopniu chaos, który często wywołuje, nie mając o tym zielonego pojęcia, a co wynika z dobrych intencji lub zwykłej ciekawości. Ich nieporadność jest rezultatem nie tylko braku społecznego przystosowania, lecz wynikających przypadkiem pomyłek, nieporozumień, problemów komunikacyjnych.

hulot-holiday3

Z Fasolą – którego kinowe Wakacje to dosłowne nawiązanie – łączy go w dodatku analogicznie antyczny styl, ujmujący sposób bycia oraz zabytkowe auto, które dobrze oddaje naturę właściciela. Clouseau i Drebin są z kolei podkręconymi na maksa wizjami Hulota, egzystującymi w mocno abstrakcyjnym uniwersum. W przeciwieństwie do nich poczynania oryginału z reguły wywołują minimalne szkody bez większych konsekwencji dla świata, który tylko wydaje się absurdalny; powodują pojedyncze ofiary – niejednokrotnie takową staje się sam sprawca (w finale Tati naprawdę się poparzył). Patrząc jednak na poszczególne zapożyczenia i dokładnie cytowane sceny (fajerwerki, ręka w akwarium), trudno mieć jakiekolwiek wątpliwości co do genezy tych żartów. A idąc dalej tym tropem, w Gosford Park Roberta Altmana znajdziemy podobny hołd w osobie inspektora Thomsona. Hulot zainspirował także niektórych członków grupy Monty Pythona i w jakimś stopniu z pewnością też Wakacje w krzywym zwierciadle Johna Hughesa.

Wracając jednak do filmu – raz jeszcze czarno-białego (choć tym razem świadomie, w ramach skromnego budżetu) i powstałego również w prawdziwej lokacji (Saint-Marc sur Mer, na którego promenadzie stoi dziś pomnik bohatera). Hôtel de la Plage (czyli po prostu Hotel przy plaży) wybrano jednakże po wielu innych próbach oraz wydatnie uzupełniono dobudówkami, które pomogły ekipie bezproblemowo kręcić materiał bez zaburzania lokalnego życia. To uniwersalny pensjonat – jest nieokreślony, zwykły, niby położony we Francji, ale równie dobrze mógłby znajdować się gdziekolwiek indziej. Trafnie oddaje wielokulturowość swoich gości, gąszcz grup społecznych, z których Tati śmieje się, ale nie szydzi – pozwala widzowi samemu ocenić kuriozalność ich zachowań, charaktery. Żabojad znów sięga po angielszczyznę, jednak podobnie jak samych dialogów jest jej stosunkowo mało – zdecydowanie częściej Hulot wymyka się po angielsku.

Powtarza się zatem schemat, że mówią dużo, lecz tak naprawdę rzadko kiedy jest to ważne. Niektóre dialogi – chociażby te między małżonkami – celowo zostały przy tym sprowadzone do idiotycznie życiowych stwierdzeń. Słowa nigdy nie są autentycznie zbędne, lecz bardzo szybko zamieniają się w bełkotliwy nonsens, w który nie należy się zagłębiać. Co innego odgłosy – wychodzące już zdecydowanie mocniej na pierwszy plan (prawie nigdy nie ma ciszy absolutnej), celnie podkreślające wszystkie wydarzenia oraz postaci, niekiedy będące clou dowcipów dziejącej się na kilku planach akcji (najczęściej dwóch – trzecim jest właśnie strefa dźwiękowa). Dopracowane niemal do perfekcji, tworzą swoistą poetykę – wyjęte z prawdziwego świata, ale nienaturalnie podrasowane, by przykuwać uwagę, określać akcję i jej kontrasty, dodawać scenom głębi. Zwłaszcza w większej przestrzeni dźwięk jest odpowiednio głośniejszy. To substytut wyrażeń, zapowiedź wydarzeń, personalizacja poszczególnych elementów (np. auta Hulota), którym istnieniu nadają sens. Według twórcy:

„Gdy jesteśmy w dziwnym [obcym] otoczeniu, naturalne dźwięki zawsze wydają się głośniejsze.”

pomnik Hulot w Saint-Marc sur Mer

Pomnik Hulota w Saint-Marc sur Mer

Czyni to z Wakacji pana Hulot niezwykle subtelne kino, oferujące gagi, które działają na kilku poziomach, a które owocują niekiedy różnymi interpretacjami, jakie każdy sam wyniesie z seansu. Choć zbudowany na podobnych zasadach i o podobnym wydźwięku co Dzień świąteczny, również odwołujący się do beztroski (tu wakacyjnego lenistwa) humor jest zdecydowanie lepszy, ciekawszy. Tati także tutaj sięga do swoich krótkich form (tenis), a niektóre patenty dosłownie powtarza, jednak stosowne modyfikacje żartów i ich wyraźne podkręcenie tylko filmowi służą. Powtórny sukces artysty był zatem formalnością (ponad pięć milionów widzów w samej Francji), a dobra prasa wisienką na torcie.

Nie przeszkodziło to jednak perfekcjoniście, jakim był Tati, poprawiać dzieło wielokrotnie. Wakacje… również istnieją w trzech różnych wersjach. Pierwszą jest oczywiście oryginalna francuska. Druga to po prostu kopia w całości zdubbingowana głosem Christophera Lee. Natomiast w 1978 roku Tati wypuścił nieznacznie poprawiony wariant, z nową muzyką, jeszcze większym ograniczeniem dialogów, trzema wyciętymi scenami i jedną rozszerzoną, która mimo że została wzięta z oryginalnego konceptu, w chwili premiery była jawną parodią Szczęk Spielberga (motyw, który najbardziej trąci myszką). Różnica pomiędzy nimi to aż dziesięć minut materiału, polecam zatem obejrzeć pierwotny film – ważny dla Tatiego z jeszcze jednego względu. Podczas produkcji pokłócił się on z producentem, Fredem Orainem, co doprowadziło do przerwania współpracy i stworzenia przez komika własnego studia. Specta Films powstało w 1956 roku – niedługo przed śmiercią ojca Tatischeffa i narodzinami kolejnego projektu, którego realizacja opóźniła się o aż cztery lata…

Ostatnio dodane