Bogowie śnienia i kobiety, które ich uwielbiają | FILM.ORG.PL

Bogowie śnienia i kobiety, które ich uwielbiają








Jakub Koisz
10.03.2016


Jestem pewny kilku rzeczy w popkulturze – nie powstała ani nie powstanie dobra ekranizacja „Strażników” Alana Moore, która będzie godną wariacją literackiego pierwowzoru. Jestem też pewny, że nie chcę nigdy obejrzeć aktorskiej wersji „Kaczych opowieści”, miałem bowiem koszmar, w którym Sknerus McKwacz grany był przez pokrytego piórami Colina Firtha. Wiem też, że na ekranizację „Neuromancera” już za późno, bo kino cyberpunkowe samym „Matriksem” zaorało całą pulę gatunkowych wyznaczników. Wiem też na sto procent, że człowiek, który podejmie się przekładu na ekran „Sandmana” Neila Gaimana musi być nie tylko znawcą materiały źródłowego, ale również wizjonerem.

1456911

Seria nieszczególnie powiązanych ze sobą fabularnie historii o księciu snu, władcy koszmarów, opiekunie śpiących, Morfeuszu (w różnych kulturach zwany inaczej, w tradycji folkloru niemieckiego nosi imię „Piaskun” lub „Piaskowy dziadek”, sypiącym usypiającym piaskiem w oczy, poświęcili mu kwałek Metallica w „Enter Sandman” oraz The Chordettes) to idealny przykład na twórcze wykorzystanie postmodernizmu. Zanim ktoś jednak uśmiechnie się (a szczególnie redakcyjny kolega Grzegorz Fortuna), że używam wyświechtanego terminu, muszę się przyznać – nie wiem, jak inaczej nazwać subświat, w którym jednocześnie egzystują bóstwa różnych mitologii, bohaterowie ksiażkowi, William Szekspir, a także panteon mało znanych postaci z DC Comics. Postmodernistyczny. „Sandman” jest postmodernistyczny w ciul i ja tutaj nie będę sobie głowy lasował innymi terminami.

Zaczytywałem się w komiksach z tej serii z dwóch powodów. Były wspaniałym wielogłosem, który zrozumieć można, jeśli porzuciło się dotychczasowe myślenie o mainstreamowej pulpie obrazkowej. „Sandman” nobilitował bowiem to, co niskie, właśnie dzięki mieszaniu uniwersów i kreacji dziwacznego bohatera. Nieważne, gdzie Morfeusz trafi, zawsze będzie pasował, bo postać podróżująca między snami jest mniej ograniczona niż jakikolwiek międzygwiezdny podróżnik. Drugi powód był mniej wzniosły – po prostu próbowałem zaimponować kobiecie. Laski kochają „Sandmana”, ale o tym jeszcze później.

death-3-1024x402

Na pewno to, co zauważyłem w „Sandmanie”, istniało w gatunku wcześniej, choć nie w tak przemyślanej i skierowanej do specyficznego odbiorcy formie. Niebywałą frajdę przynosiło młodemu człowiekowi prawidłowe lokalizowanie nawiązań, odkrywanie tajemnic zarówno w tekscie, jak i obrazie. Trudna sprawa do przeniesienia na ekran, bo w opowieściach graficznych koncentrujemy się na tekście oraz pozornie statycznym obrazie, kiedy to, co ważne w interpretacji, rozgrywa się na drugim, trzecim, czwartym planie. Komiks rozumie się lepiej, jeśli jesteś humanistycznym wyjadaczem, ale i bez tego daje radę, bowiem Gaiman korzysta mimo wszystko z języka popkultury, odbieranego już intuicyjnie, strona za stroną, dymek z tekstem za dymkiem. „Sandman” mógł więc stać się przyczynkiem do poznawania nie tylko fantastyki, ale i dzieł klasycznych. Gdzieś między uniwersami, jedną nogą w kulturze wyższej, a drugą w „popie”, stał mój Morfeusz i był w tym staniu naturalny oraz zajebisty.

Proszę się zresztą lepiej przyjrzeć otoczeniu. Graficzne elementy serii są dookoła, idealnie bowiem wpisują się w tak bardzo lubianą przez miłośniczki porozciąganych swetrów stylistykę burtonowsko-new-wave’ową (przepraszam, ale gdy spojrzą Państwo na przypominajacego Roberta Smitha z The Cure głównego bohatera, zrozumieją tego językowego potworka). Kiedyś nawet odkryłem tatuaż na plecach koleżanki, który przedstawiał Śmierć, ukochaną, rezolutną, ale i niepokorną siostryczkę tytułowego bohatera, a dodać trzeba, że dumna nosicielka tego rysunku żadnego innego komiksu w życiu nie przeczytała.

Piszę o tym wszystkim, bo przeczytałem przed chwilą news, że New Line Cinema przejęło od Warner Bros projekt ekranizacji „Sandmana”, którym bardzo aktywnie zajmował się Joseph Gordon-Levitt (miał ponoć zagrać główną postać, ale też być może wyreżyserować). W oświadczeniu na Facebooku aktor podziękował za współpracę ludziom z WB, DC, autorowi komiksu, scenarzystom i stwierdził, że nie może zajmować się w dalszym ciągu jednym ze swoich ulubionych bohaterów, ponieważ wizja nowego studia zgoła różni się od jego. To chyba dobra informacja, bo tak naprawdę zainteresowała mnie ta produkcja dopiero wtedy, gdy zauważyłem, jak bardzo rozpalony jest Gordon-Levitt. Mówił o Sandmanie, jakby był jego największym fanem, z nerdowską wręcz podjarką. Było to analogiczne do cudów, jakie wyprawiał Ryan Reynolds, chcąc dać widzom Deadpoola z prawdziwego zdarzenie. Z takiej miłości rodzą się ładne dzieci.

shakespeare-sandman

Nie mam żadnej siły sprawczej, pisząc o swoim uwielbieniu do „Sandmana”, chciałbym jednak podzielić się z Państwem swoim snem, w którym filmowy „Sandman” dostacza, co trzeba. Morfeusz, aby przeskoczyć między jedną oniryczną projekcją a drugą, potrzebuje pomocy i czegoś więcej niż wielkiego studia. Póki co mogę tylko polecić historię obrazkową Neila Gaimana, aby dać dowód na to, że niektóre opowieści należy kochać, bronić i głaskać, a jeśli to niemożliwe – pozwolić im odejść, bo „Sandman” to bajka kompletna.

Jakub Koisz

Jakub Koisz

Skończył polonistykę i kulturoznawstwo. Pisze więc, a to o komiksach, a to o filmach i książkach, uczy mówienia, uczy pisania... Mógłby całymi dniami biegać za piłką lub opowiadać przyjaciołom o filmach, które go ostatnio podjarały. Zapewne choć raz w życiu polecił Ci "Big Lebowskiego", komedie Franka Capry lub "Avengers". Jeśli byłaś kobietą i uznał, że sympatyczną, bredził Ci o "Przed wschodem słońca". Jeśli Cię nie polubił, kazał Ci obejrzeć "Salę samobójców" lub "Efekt motyla". Lubi boks i kino bokserskie.
Jakub Koisz

Latest posts by Jakub Koisz (see all)







  • Aaron

    Nie czepiałbym się tak Snyderowskiej ekranizacji. Jeśli chodzi o mnie, to jako fana komiksów (ale nie tych od Marvela, gwoli ścisłości) film przyprawił o przysłowiowy opad szczęki i to cały następny tydzień po seansie. Jeszcze większy był kiedy obejrzałem wersję Ultimate Cut. Byłem tak podjarany tym filmem jak nigdy nie byłem od czasu „Batmam Returns”, który przecież nie był książkową ekranizacją, a bardziej wariacją. Fakt, można się przyczepić do nadmiernego epatowania slow-mo, ale bez wątpienia sam film jest wzorem jeśli chodzi o ekranizację komiksów, jak żaden inny. To trochę jak z coverem „No Quarter” Led Zeppelin w wykonaniu Tool’a. Że tak pozwolę sobie zacytować Borysa Bejnarowicza z porcys.com: „Panowie podeszli do klasycznej kompozycji Led Zeppelin z należytym
    respektem, a jakże. Ich problem polega jednak na czymś zupełnie innym,
    niż brak poszanowania dla tradycji. Oni tę tradycję szanują aż za
    bardzo, wynoszą na piedestał, składają jej ofiary i obmywają wodą.
    Tradycja się buntuje, ale już jest za późno! Tool przywłaszcza sobie
    tradycję i zaczyna ją torturować. (…) obolałe od eksperymentów, jakie członkowie Tool na nich przeprowadzają.
    Wśród tych ostatnich jest, by nawiązać do „poetyki” teledysków zespołu,
    wstrzykiwanie zasłużonym rockowym stylom sterydów i innych hormonów,
    które powodują gwałtowną mutację, rozrost komórek, przerost tkanki
    tłuszczowej i inne tego typu smakołyki.” Tak samo jest ze Snyderem. On widocznie komiks Moore’a uwielbiał aż za bardzo. Nie mniej jednak, „No Quarter” Toola to nie tylko moim zdaniem mega utwór i słusznie docenione. Z filmowymi „Watchmenami” jest podobnie, tylko, że nie wielu go doceniło.

  • Rielle

    Jestem pewny kilku rzeczy w popkulturze – nie powstała ani nie powstanie dobra ekranizacja „Strażników” Alana Moore

    W tym miejscu przestałem czytać.

    • Michał Żurawski

      To ja jeszcze dołączę się jako kolejna osoba, którą Strażnicy (Ultimate Cut) zachwycili. Komiksy kupiłem dopiero później. Jeśli w końcu powstanie filmowy Sandman to jest dobra droga do ekranizacji, choć budżet oczywiście musi być wyższy.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

ŻÓŁTA CEGLANA DROGA #14

Następny tekst

W RAMACH OBRAZU #6: IMPRESJONIŚCI, ROMANTYCY I DANTEJSKIE SCENY



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE