Żyć i umrzeć w Los Angeles – recenzja Blu-Ray | FILM.ORG.PL

Żyć i umrzeć w Los Angeles – Blu-Ray








Jacek Lubiński
03.11.2012


Żyć i umrzeć w Los Angeles – recenzja wydania Blu-Ray

 

 

 

 

FILM   

O fabule krótko: jest sobie zły, zły człowiek w postaci przebiegłego fałszerza $, o twarzy Willema Dafoe. I jest dobry (ale nie nieskazitelny) agent służb specjalnych o aparycji Williama Petersena. Ten drugi ma fajnego partnera, który za chwilę przechodzi na emeryturę (a jakże!), lecz w skutek własnej nieuwagi ginie z rąk tego pierwszego (a jakże!). Odtąd fabuła, jakkolwiek niejednoznaczna i mająca wiele ciekawych zwrotów akcji, podąża w kierunku oczywistej konfrontacji pod tytułem: zemsta/udupienie groźnego przestępcy za wszelką cenę. Petersenowi do pomocy zostaje oczywiście przydzielony nowy kumpel o dobrodusznym spojrzeniu i nieco nieporadnym wyglądzie Johna Pankowa, co jednak nie oznacza ani lżejszego zadania, ani taniego, gejowskiego romansu, ani też zabawnej konwencji rodem z „Gliniarza z B.H.” – wręcz przeciwnie…[pullquote]Opisywane tu wydanie amerykańskie jest bez polskiej wersji językowej, ale za to region free, więc można je odtwarzać nie tylko nad Wisłą, ale też i np. nad Nilem czy w dolinie Mekongu.[/pullquote]

Choć słówko “kultowy” przez ostatnie lata mocno się wyczerpało, to jednak wciąż pasuje do niektórych filmów. I „Żyć i umrzeć w LA” jest jednym z nich. Nigdy przesadnie spopularyzowana (zwłaszcza w Lechistanie), nigdy też specjalnie doceniana, a jednak mająca sporą rzeszę zagorzałych fanów (również i u nas – dzięki ci, o VHS!), produkcja ta to esencja amerykańskiego kina lat 80. Zgrabnie łączący w sobie elementy czystej zajebistości, jak i artystycznego kiczu film jest solidnym sensacyjniakiem, który zasłynął głównie niesamowitą sceną pogoni (tudzież ucieczki – zależy, z której strony patrzeć) po ulicach tej olbrzymiej, kalifornijskiej metropolii. Ale i po latach mocno się on broni, stanowiąc ostre, bezpardonowe i po prostu dobrze oglądające się kino dla dorosłych, które wciąga akcją i stroną wizualną, oraz solidnym, wyrazistym aktorstwem. Słowem: warto, zwłaszcza w dobie „Szklanych pułapek” w PG-13.

Z oczywistych względów opisywane tu wydanie nie pochodzi z polskich półek Media Markt (w końcu nie dla idiotów). Filmu bowiem nie wydano u nas na niebieskim krążku i w najbliższej przyszłości raczej się to nie zmieni. Swego czasu można było co prawda dostać wydanko dvd, ale mocno ograniczone do pojedyńczej ścieżki lektorskiej, bez napisów i tym bardziej bez jakichkolwiek dodatków. Opisywane tu wydanie amerykańskie jest więc bez polskiej wersji językowej, ale za to region free, więc można je odtwarzać nie tylko nad Wisłą, ale też i np. nad Nilem czy w dolinie Mekongu. Co ciekawe, Amerykanie zdążyli już wydać u siebie reedycję, która różni się od pierwszego tłoczenia tym, iż pozbawiono ją dołączonej kopii na… dvd (tego samego filmu żeby nie było). Ja mam przyjemność opisywać pierwsze wydanie – niestety, będące już na chwilę obecną do dostania jedynie z drugiej ręki.

 

OBRAZ    

 

Zapisany na płycie 50 GB w MPEG-4 AVC (choć okładka mówi co innego) film zaprezentowany jest na szczęście w oryginalnym formacie 1.85:1 (niby banał, ale często filmy panoramiczne są kastrowane do pełnoekranowego 1.78:1 – a więc, dla nieobeznanych, bez tych czarnych pasów na dole i górze ekranu). I choć reżyser osobiście nadzorował odnowę, to nie ma się czego obawiać – jego nonszalancja z pierwszego wydania „Francuskiego łącznika” nie ma tu miejsca. Obraz jest więc bardzo filmowy, z naturalnym ziarnem, a przy tym bogaty w detale i żywy. Kolory zostały wyraźnie wzmocnione względem dvd, czerń jest solidna, podobnież i ostrość. Całość bardzo ładnie oczyszczona jest z wszelkich zabrudzeń i zniszczeń (choć parę ‘paproszków’ da się dojrzeć tu i ówdzie, zwłaszcza w scenach nocnych), a jednocześnie pozbawiona brzydkich ingerencji komputera w fakturę filmu. „Żyć i umrzeć w L.A.” z pewnością nie może posłużyć za test nowego telewizora, ani tym bardziej równać się z dzisiejszymi blockbusterami, ale i tak sprawia pozytywne wrażenie i podejrzewam, że osoby powracające do filmu po latach mogą być miło zaskoczone faktem, jak dobrze wygląda on po przenosinach na błękitny krążek. Ja byłem, toteż nieznacznie zawyżam notę za wizualny całokształt.

 

DŻWIĘK  

Film Friedkina także i w kwestii dźwiękowej mocno ustępuje współczesnym filmom (ścieżkę dźwiękową nagrywano jeszcze w stereo), niemniej i tutaj blu-ray zalicza kciuk w górę. Choć film oparty jest głównie na dialogach (brzmiących czysto i przejrzyście), to jednak nie brakuje w nim także piszczących opon, mnóstwa klaksonów, krzyków i, rzecz jasna, wystrzałów z wszelkiej maści broni palnej. Wszystkie te efekty zgrabnie przetworzono na DTS-HD Master Audio 5.1, który przy odpowiedniej głośności z pewnością może sprawić, iż ciekawska policja zajrzy nam o północy do chałupy z mandatem za zakłócanie spokoju. Dla jasności: „Transformers”, ani inny wyśróbowany do dźwiękowych granic film to dalej nie jest, niemniej film odnajduje się w nowej przestrzeni bardzo dobrze i nie tylko nie brakuje mu powietrza, ale i z powodzeniem zostawia jeszcze miejsce na hipnotyzującą ilustrację i piosenki autorstwa Wang Chung, które świetnie dopełniają osobliwy klimat produkcji. Kolejna ważna poprawa względem dvd. 

   

Poza oryginalną ścieżką dźwiękową, do wyboru mamy jeszcze francuski i hiszpański, oba w Dolby Digital 5.1. A napisy pomogą nam poduczyć się w angielskim, hiszpańskim, koreańskim i tradycyjnym mandaryńskim.

 

DODATKI SPECJALNE  

Tutaj właśnie jest pies pogrzebany – zwłaszcza jeśli idzie o różnicę między pierwszą edycją, a dodrukiem. Sama płyta blu-ray zawiera jedynie trailer filmu (w 1080p, czas ok. 2 min.). Całej reszty bonusowego materiału jakoś nie chciało się producentom przenosić, wobec czego dołączyli do wydanka kopię dvd, ze znacznie bardziej rozwiniętym asortymentem bonusów – oczywiście w standardowej, biedniejszej rozdzielczości. Znajdziemy tam przede wszystkim dość ciekawy komentarz reżysera, który zawsze był dobrym gawędziarzem. Dodatek ten jest więc tyleż informatywny, co zwyczajnie interesujący. Poza nim mamy półgodzinny dokument „Counterfeit World: The Making of To Live and Die in L.A.” w którym możemy zajrzeć za kulisy filmu i posłuchać wywiadów; alternatywne zakończenie i sceny wycięte, które zajmują circa 13 minut oraz galerię fotosów w liczbie ok. 60-ciu (przewijamy za pomocą strzałek na pilocie albo wychodzimy zagrzać herbatę, a one sobie lecą w swoim tempie). Tyle. Ilościowo więc dodatki nie porywają, a i należy się duży minus za zwyczajnie lenistwo w ich prezentacji. Z drugiej jednak strony zestaw blu-ray+dvd satysfakcjonuje pod względem informacji nań zawartych, jak i wygody użytkowania (bo film odtworzymy wszędzie, a w razie jak jedna płyta się spier… ekhm zepsuje, to zostajemy z kopią zapasową). Tak więc, choć i na tym polu musimy uznać pierwszeństwo najnowszych superprodukcji, tym razem będę wyjątkowo łagodny i pozostanę przy ocenie środka.

 

WYDANIE   

Zwykły, niebieski ecopack (czyli amaray, który łatwiej potem przetworzyć powtórnie, a który charakteryzuje się ‘dziurami’ w pudełku – w Ameryce to niestety bardzo popularny sposób wydawania filmów). W środku żadnych grafik, żadnych książeczek i nawet żadnych reklam. Słowem: bieda, niczym w PRL-u.

 

PODSUMOWANIE  

Film kontrastów, to i w wydaniu rewelacja miesza się z nędzą. Dlatego też trudno polecić mi amerykańskie, coraz trudniej dostępne wydanko osobom innym, aniżeli fani filmu, tudzież twórczości Friedkina, lat 80 lub dobrej, pełnokrwistej sensacji. Oni powinni polować nań głównie przez wzgląd najpełniejszej zawartości – obok poprawionego obrazu i dźwięku dostajemy bowiem wszystkie najważniejsze bonusy i dwa formaty w jednym – choć i tak trzeba przygotować się na lekki zawód. Jeśli jednak komuś nie zależy na dodatkach albo posiada już jakieś wydanie specjalne dvd, to reedycja z samym tylko blu-rayem jest zarówno tańsza, jak i lepiej dostępna. Wszyscy pozostali mogą natomiast uzbroić się w cierpliwość i czekać aż film zawita do Polski (bo jeśli idzie o Europę, to można go już kupić np. w Niemczech i Finlandii). Jeśli zawita…

 

  

Jacek Lubiński

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.
Jacek Lubiński











Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Louie

Następny tekst

Miłość



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE