Biały cień (2013) | FILM.ORG.PL

BIAŁY CIEŃ

W najnowszym filmie Noaza Deshego broni się jedynie temat.




Polowania na białych Murzynów, czyli XXI wiek oczami albinosa.




Jan Dąbrowski
29.04.2015


Prześladowanie albinosów na terytorium Afryki to przerażające zjawisko. Na takie osoby – niezależnie od ich wieku – poluje się w celu pozyskania organów wewnętrznych, genitaliów i kończyn. Według wierzeń niektórych społeczności Czarnego Lądu są to artefakty szczególnie cenne. Przynoszą szczęście, wypełnione są podobno magiczną mocą, pełnią też funkcję afrodyzjaków. Z tego powodu osoby dotknięte albinizmem tropione są niczym zwierzyna łowna. Zorganizowane grupy uzbrojonych w maczety mężczyzn pozyskują narządy, odrąbując je natychmiast po schwytaniu ofiary. Wszystko to dzieje się teraz, w XXI wieku.

cien1

Czy to nie jest gotowy materiał na przejmujące, sugestywne i po prostu mocne kino? Makabryczna rzeczywistość, w której żyją afrykańscy albinosi mogła być przyczynkiem do powstania dramatu, który wstrząsnąłby światem. Samo dzieło miało szanse rozpocząć dyskusję o zjawisku bestialskich mordów na białych Murzynach, w których ich czarni bracia widzą jedynie zestaw cennych amuletów. Niestety dyskusji nie będzie, a film prawdopodobnie nikogo do niczego nie skłoni. Po seansie pozostaje jedynie głębokie rozczarowanie ocierające się o gniew. W najnowszym obrazie Noaza Deshego broni się jedynie temat. Polscy twórcy nauczyli się już, że to za mało, by uznać kolejne nowonarodzone dziecko X muzy za pełnowartościowe. Zagadnienie przedstawić trzeba w taki sposób, by widza absorbowało w możliwie największym stopniu. Na formalne eksperymenty pozwolić sobie mogą jedynie ci, którym szukanie nowych środków wyrazu nie przesłoni samej treści. Noaz Deshe – reżyser, scenarzysta, kompozytor i autor zdjęć do Białego cienia – pogubił się w swojej drodze tak bardzo, że końcowy efekt nie zmusza głowy do myślenia, lecz do tępego bólu.

Bohaterem filmu jest młody Afrykańczyk dotknięty albinizmem, Alias (Hamisi Bazili). Poznajemy go w przykrych okolicznościach – jego ojciec mający tę samą przypadłość zostaje pocięty maczetami i pozbawiony fragmentów ciała przez grupę Murzynów. Po pogrzebie ojca ocalały syn zostaje wywieziony z wioski, by nie podzielił losu rodzica. Alias trafia pod opiekę wuja, dla którego pracuje sprzedając na ulicy tandetne drobiazgi. Przez jakiś czas chłopiec przebywa też w ubogim ośrodku dla „białych cieni”, gdzie poznaje inne dzieci żyjące w ukryciu. Poza tym obserwujemy zakulisowe praktyki szamana, który mimo moralnych rozterek kultywuje makabryczną tradycję. W tym miejscu właściwie kończy się opis tej części fabuły, która dotyczy prześladowań albinosów. Dla „urozmaicenia” wpleciono dodatkowe wątki, jak problemy finansowe wuja Aliasa oraz krucjatę miejscowego pastora przeciwko wspomnianemu szamanowi. Brzmi ciekawie, a w każdym razie różnorodność wątków sugeruje wciągający seans.

cien3

To wrażenie rozmywa się jednak, ponieważ film pełen jest niedociągnięć, jakby twórca nie mógł zdecydować się, co jest w jego dziele najważniejsze. Bohaterowie są raczej wcieleniem poszczególnych postaw niż pełnokrwistymi postaciami. Borykający się z problemami wuj, wycofany i nieśmiały Alias, głoszący płomienne mowy pastor (w równie płomiennym garniturze), etc. Gdyby te historie łączyły się w zestaw przypowieści pokroju choćby Miasta gniewu, byłoby dość prosto, ale za to czytelnie. Jest filmowi Deshego o wiele bliżej do Drzewa życia (pozbawionego na dodatek technicznej biegłości). Względem postaci trudno czuć cokolwiek, ponieważ o każdej z nich wiemy bardzo niewiele. Nawet strach młodego albinosa przed straszliwą śmiercią nie potrafi udzielić się odbiorcy.

Tym samym trudno przejąć się losami Aliasa i innych „białych cieni”. Nie sposób dać się ponieść historii złożonej z chaosu. Reżyser postanowił zafundować widzom montaż nie łączący się w nic – raz rozmowy albinoskich dzieci, raz wujek w ciężarówce, raz rąbanie maczetą. W dodatku rąbanie domniemane, bo w tych momentach kamera traci zupełnie ostrość, by nie epatować przemocą (przecież nie uchodzi, skoro film traktuje o brutalnych mordach). Ogólnie w Białym cieniu ze stroną wizualną coś poszło bardzo nie tak. Kilka razy plener pustkowi kręcony jest do góry nogami, a operator często przedstawia bohaterów w irytujących zbliżeniach. Ponieważ dzieło jest z gatunku realistycznych (poza scenami rąbania), niemal wszystko filmowane jest kamerą „z ręki”. Taki zabieg użyty trafnie pozwala wczuć się w scenę, więc mógłby to być atut. Mógłby, ale nie jest, ponieważ ujęcia poprowadzone są chaotycznie, pokazując czasem losowe elementy krajobrazu, co przypomina montażowe odrzuty z amatorskich warsztatów. Te figle podczas kręcenia byłyby na miejscu, gdyby czemuś służyły – niestety nic na to nie wskazuje, a efekt końcowy jest nieznośnie irytujący i zamiast porywać – rozprasza. Muzycznie Noaz Deshe potrafi o wiele więcej, lecz instrumentalne brzmienia nie kojarzą się ani z etnicznym klimatem, ani nie wpływają na nastrój danej sceny. Choć ścieżka dźwiękowa jest skromna i przezroczysta, w odbiorze nie przeszkadza (w przeciwieństwie do pracy kamery). Właściwie można zaliczyć to na plus Białego cienia.

cien2

Noaz Deshe – izraelski twórca, który na dużym ekranie debiutuje obrazem na wskroś autorskim. Pochwalić należy, że sięga po nieobecne w fabularnych produkcjach zagadnienie prześladowań albinosów. Na uwagę zasługuje fakt, że jego nazwisko widnieje w kilku rubrykach (reżyser, scenarzysta, zdjęcia). Obecność na ekranie naturszczyków i niemal zupełna rezygnacja ze sztucznego oświetlenia dodawać mają autentyzmu. Wszystko to sugeruje dobry film, a w efekcie udany seans. Nic bardziej mylnego. Biały cień jest męczącym w odbiorze, niezbyt czytelnym obrazem, dotykającym jedynie istotnego zagadnienia. Trudno nie odczuć wewnętrznego sprzeciwu, gdy złą produkcję ocenia się wysoko ze względu na ważny temat. Tak jest – niestety – w tym przypadku. Zmarnowany temat, potencjał i środki, zmarnowany czas na sali kinowej. Każdy dokumentalny film na ten temat będzie ciekawszy. Jednak obecność filmu Deshego na dużym ekranie może spowodować, że więcej twórców sięgnie po ten trudny i przejmujący temat. Zadanie będą mieć ułatwione, ponieważ na przykładzie Białego cienia widać jasno, jak do tematu nie podchodzić.

korekta: Kornelia Farynowska







  • Ebola’d

    Jak to nazwać… zdobycze cywilizacji czarnego człowieka? hehe
    No ale dobra, tak na serio: SZkoda że nie wyszło, bo wg. mnie nieprędko doczekamy się filmu o podobnej tematyce, biorąc pod uwagę szalejącego na zachodzie pierdolca poprawności politycznej. Murzyni to przecież święte krowy

  • tomcjusz

    Tiaa. „Polscy twórcy nauczyli się już…”. Polscy twórcy tworząc monumentalne i wiekopomne dzieła w stylu „Lejdis” nauczyli się Szanowny Panie Janie, że widzom ich wytworów należy wszystko jasno powiedzieć, a czasem wręcz wykrzyczeć. Wtedy widz zrozumie, zamacha łapkami a czasami otrze również łzę wzruszenia identyfikując się z głęboko zarysowanymi postaciami i ich głębokimi egzystencjonalnymi problemami. Gdyby owi „polscy twórcy” nakręcili białego cienia, po ekranie musiałby przebiec słonik z zeberką żeby pokazać że to Afryka. Na szczęście mamy również i innych twórców którzy wierzą w istnienie inteligentnego widza. I dzięki którym polskie kino ma jeszcze w świecie całkiem niezłą renomę. To prawda – nieostre zdjęcia mogą chwilami denerwować widza przyzwyczajonego do cukierkowej kompozycji kadru wypracowanej przez agencje reklamowe, ale w tym przypadku to raczej środek wyrazu. I wcale nie sposób na niepokazywanie operacji maczetami. Mało Panu było krwi? To proszę sobie wyobrazić że większości ludzi wystarcza nakręcona technicznie bez zarzutów scena z czarną kurą. No ale to już kwestia wrażliwości, coś w rodzaju umiejętności dostrzegania różnicy pomiędzy erotyką a pornografią. A film? Dziwny, mroczny, smutny i okrutny, ale niemalże nic w nim nie było kwestią przypadkowej niedoróbki. Sceny nieostre, niedoświetlone, odwrócone (to nie błąd w montażu – Pan se przypomni jak patrzył czasami na świat gdy był chłopcem), sceny w których jesteśmy niemal pewni że kamera powinna koncentrować się na czym innym (jeśli wogóle nie na tym co się dzieje poza kadrem) to środki wyrazu. Niestandardowe, ale budzące atmosferę bezsilności, obojętności, nieuchronności losu bohatera. I istnieją widzowie którzy potrafią to zrozumieć. Nie uważam, Panie Janie „Białego cienia” za film wybitny, za to napewno ważny. Ważniejszy, choć stojący na przeciwnym biegunie od kolejnych przygód zbawiającego świat za pomocą pistoleciku z wbudowanymi radiem, latarką i zwojem linki hamulcowej Bonda. To film o brzydkich problemach brzydkich ludzi którzy brzydko pachną i których widok nie rozchyla ud przeciętnych bywalczyń kin popcornowych.

    • Jan Dąbrowski

      Zgadzamy się – i pewnie nie tylko my – że to jest produkcja poruszająca ważne zagadnienie. Ale umówmy się, że dobry/wartościowy/ważny temat zupełnie nie definiuje filmu jako udanego/nieudanego. W mojej opinii ten konkretny jest nieudany, ponieważ obecne w nim środki wyrazu są chybione. O ile dany film nie jest z gatunku poetyckich lub surrealistycznych, nadrzędne ma być zilustrowanie tematu. Jeśli zaś próbuje być jednocześnie poetycki i fabularny z zacięciem dokumentalnym, to jest to zacny cel, ale trzeba być biegłym w swoim rzemiośle, by podołać takiemu wyzwaniu. Noaz Deshe poległ, choć w słusznej sprawie.
      I nie chodzi wcale o to, czy „Biały cień” jest ważniejszy od nowego Bonda – bo wtedy rozmawiamy o temacie, nie o wykonaniu. Niemniej – jeżeli Tobie film się spodobał bardziej, niż mnie – to tylko się cieszyć (i świadczy to na korzyść reżysera). Dzięki za opinię! :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Fuck you, GLEE!

Następny tekst

Wędrówka na Zachód



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE