publicystyka filmowa

Bez twarzy. Wieloaspektowa analiza ekstrawaganckiego filmu akcji

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Tekst z archiwum film.org.pl.

Face/Off” to jeden z filmów. które wprost uwielbiam, choć w gruncie rzeczy dzieło Johna Woo to (patrząc powierzchownie) po prostu kino akcji… z naciąganym do bólu scenariuszem; przez co w poniższym tekście będę „Face/Off” zarówno ganił, jak i chwalił – pochwał będzie jednak znacznie więcej! Oglądałem „Face/Off” kilka dobrych razy i podczas każdego seansu jednocześnie zachwycałem się wizją reżysera, jak i czułem zdegustowanie próbą wciągnięcia widza w tak nierealną opowieść.

No właśnie: główny wątek, czyli zamiana twarzy; ile bym razy do „Face/Off” nie zasiadał, tyle razy podczas operacji Cage/Travolta-face to face zgrzytam zębami, bo ów wątek jest genialny w swej… głupocie. Nie bez przypadku zamieściłem w tekście tego wstępu krótkie doniesienie prasowe na temat ‚planowanego przeszczepu twarzy’, które obrazuje, z jak skomplikowanego zagadnienia (dopiero dziś, 7 lat po powstaniu „Face/Off” zaczyna (!) się mówić o przeszczepie twarzy) John Woo zrobił sobie niewiarygodny punkt zwrotny dla swojego filmu. Czemu niewiarygodny, skoro ‚przeszczepy twarzy są już kwestią najbliższego czasu’? No właśnie, sama twarz – choć najważniejsza dla fabuły – to nie wszystko; aby wiarygodnie przemienić się mógł Sean Archer (Travolta) w Castora Troya (Cage), trzeba było zmodyfikować Archerowi brzuch, zmienić głos i fryzurę. Wszystko to w ciągu… kilku godzin, co zostało uwiarygodnione zastosowaniem najnowszych, nikomu nie znanych, laserowych technik chirurgii plastycznej. Jaaasne…
* Wzmianka prasowa pochodzi z dziennika „Fakt”

Niedorzeczności

I tu dochodzimy do tak zwanych niedorzeczności. Po pierwsze: zmiana głosu, która mogłaby spokojnie być tematem na osobny film (zatytułowany „Voice/Off”), tu jest tylko napomkniętym gdzieś z boku dodatkiem – ot, chip w gardło i jedziemy dalej. Po drugie: zmiana fryzury; to samo w sobie jest OK, wszak Castor Troy włosy nosił krótkie, a Sean Archer długie, skoro zatem łatwiej kijek pocienkować, niż go potem pogrubasić (jak powiedział kiedyś Kazimierz Górski w programie „Za chwilę dalszy ciąg programu”) to teoretycznie nie ma do czego się przyczepić (przeszczepić?) Teoretycznie tak, bo w praktyce widzimy. jak przy leżącym na stole operacyjnym Archerze – którego twarz jest właśnie zastępowana facjatą Troya – zupełnie na luzaku pracuje już fryzjer, i nic sobie nie robi z tego, że ścięte włosy walają się po całym stole operacyjnym. Ok, jedziemy dalej…

Sean Archer, po przejściu jedynego w swoim rodzaju faceliftingu, po upływie kilkunastu godzin od operacji rusza już do akcji! Na stole zostaje jednak pogrążony w śpiączce człowiek bez twarzy – Castor Troy. I tu dopiero jesteśmy świadkami gigantycznego stężenia niedorzeczności na minutę filmu. Troy się budzi ze śpiączki i choć nie ma na twarzy… twarzy (której brak powodowałby niewyobrażalny ból!), chodzi po sali, klaszcze radośnie w dłonie, o paleniu papierosa nie wspominając. Ściągnięci na salę operacyjną zastraszeni i sterroryzowani chirurdzy w ciągu kilkunastu godzin przypinają Troyowi twarz Archera, na szybko wszczepiają (nie wiedzieć skąd) jego fryzurę, a w gardło chip, i choć wszystko to wykonywane jest pod bronią i z pewnością drżącymi rękoma chirurgów, już następnego dnia Castor Troy staje piękny i zdrowy przed Seanem Archerem, odwiedzając go w więzieniu – jaaasne…

Niedogranie

To właśnie w scenie pierwszego spotkania bohaterów po zamianie twarzy można zaobserwować zupełnie chybioną grę aktorską w wykonaniu Nicolasa Cage’a. Nie mogę po prostu patrzeć, jak twardy i nieustępliwy gliniarz mięknie nagle przed swoim największym wrogiem, okazując rozpacz i przerażenie. Rozumiem, że Sean Archer (obecnie grany przez Nicolasa Cage’a) dowiedział się właśnie, że został ‚udupiony’, ale aż takie mazgajstwo pasowało do niego jak pięść do nosa.

Podobnie źle zagrana (lub źle poprowadzona przez reżysera) scena ma miejsce na początku filmu, gdy Troy (jeszcze Cage!), któremu skończyły się naboje, nagle zaczyna biadolić, przepraszać i prosić Archera o łaskę, padając przy tym na kolana. Rozumiem, że Troy to typ przebiegły i perfidny, zdolny do najdziwniejszych (ciężko zapomnieć jego „Hallelujah” i chwyt chórzystki za pośladek – na początku filmu!) i niekonwencjonalnych posunięć, ale aż takie – nawet udawane – przerażenie i prośby o litość były z aktorskiego punktu widzenia zbyteczną szarżą, w dodatku przerysowaną.

John Woo a relacje psychologiczne między bohaterami

I doszliśmy do momentu, w którym stanowczo i z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że John Woo ma duży problem z ukazywaniem na ekranie prostych, ludzkich emocji i uderza często w dziwny ton uciekania do motywów samych w sobie wzruszających, nie potrafiąc ich ciekawie poprowadzić czy rozwinąć – wystarczy przypomnieć wątek płatnego zabójcy i ogłuszonej przez niego (przypadkiem) piosenkarki z „The Killer”, niemowlaki w oblężonym szpitalu z „Hardboiled” czy wymuszony i wymęczony romans między Tomem Cruise’em a Thandie Newton w „M:I 2”. „Face/Off” zaczyna się w momencie, w którym z rąk Castora Troya przypadkiem ginie syn Archera – co będzie głównym motorem napędowym działań nieugiętego policjanta. Sam oczywiście motyw zemsty za śmierć synka jest w porządku i w dalszej części zostanie interesująco rozwinięty i zakończony.

Chciałbym jednak wspomnieć o trzeciej scenie (pierwszą i drugą opisałem powyżej), która została nieco źle rozegrana. Chodzi oczywiście o wizytę Archera (już Cage!) z żoną na cmentarzu, w rocznicę śmierci synka. Podrabiany Archer wraz z żoną prawdziwego Archera przyjeżdża na cmentarz. Wiemy, że za chwilę wybuchną emocje i powrócą wspomnienia, jednak Woo i jego aktorka rozgrywają to tak sztucznie, jakby scena została żywcem przeniesiona z polskiej komedii „Kogel mogel”. Któż z nas nie pamięta słynnego: „Matka płacz!”. Podobnie wygląda wizyta małżeństwa Archerów na cmentarzu – małżonka klęka przy grobie i z marszu, drżącym i niestety udającym wzruszenie głosem, wyrzuca z siebie słowa: „Oh Sean, on zabił naszego chłopca”. Nie wiedziała, że właśnie wypłakuje się w ramię mordercy swojego dziecka, na marginesie dodać należy, że w jego spojrzeniu przez moment widać zastanowienie… może to jakieś strzępki wyrzutów sumienia? To właśnie paradoks jest filarem tej sceny, sceny prawie popsutej przez teatralną, zbyt ekspresyjną i sztuczną grę aktorską Joan Allen (Eve Archer).

Ostatnio dodane