Zygmunt Kałużyński - wampir-salonowiec | FILM.ORG.PL

Zygmunt Kałużyński. Wampir salonowiec








Piotr Han
11.12.2012


 

Ja się sprzedaję za pieniądze – obruszył się Kałużyński z godnością – a nie za miejsce stojące w komunistycznym Panteonie. (…)  ja uprawiam najstarszą profesję [1].

W swoim „Dzienniku 1954” Leopold Tyrmand opisuje cały szereg postaci, które nadawały ton życiu kulturalnemu początku lat pięćdziesiątych w Polsce Ludowej.  Dziennik nie był pisany z myślą o publikacji [2], więc Tyrmand nie musiał się hamować przed ferowaniem kategorycznych sądów. Ze wszystkich osób, które przewijają się przez karty utworu zdecydowanie najwięcej krytyki spada na – nomen omen – krytyka Zygmunta Kałużyńskiego. Dla współczesnego kinomana, kojarzącego Kałużyńskiego głównie jako zabawnego staruszka, który w telewizji z pasją opowiadał o klasycznych amerykańskich filmach, może być to szokująca lektura. Opisany jest on jako komunistyczny Goebbels, kłamca, cynik i człowiek niespełna rozumu. Słowem: wszystko, co najgorsze. Paradoksalnie, te określenia są w jakimś sensie zgodnie z rzeczywistością. Jednak, nawet w najmniejszym stopniu, nie wyczerpują jego charakterystyki.

Zygmunt Kałużyński był jednym z najwybitniejszych polskich krytyków filmowych. Był związany przez kilkadziesiąt lat z tygodnikiem „Polityka”, jest również autorem wielu książek. Cechował się niepodrabialnym stylem i wyjątkowo barwną osobowością. Łączył dwa – zdawałoby się – wykluczające talenty: doskonale radził sobie zarówno, jako człowiek pióra oraz, jako gwiazda telewizji. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że w naszym kraju nikt nigdy nie mówił w tak wciągający  sposób o kinie. Jego gawędy nierzadko były bardziej interesujące niż filmy, których dotyczyły. Niestety, w ciągu ośmiu lat, które minęły od jego śmierci, postać Zygmunta Kałużyńskiego została już nieco zapomniana. Oczywiście, da się ciągle znaleźć wielu miłośników jego twórczości, ale mimo wszystko dla „przeciętnego” kinomana jego nietuzinkowa postać jest nieznana.

Źle ubrany celebryta

Kałużyński był gwiazdą telewizji już w czasach „głębokiego PRL-u”. Wyróżniał się na tle ówczesnej „telewizyjnej szarzyzny”, gdyż praktycznie nigdy się z nikim nie zgadzał! W tamtym okresie rzadko się zdarzało, aby osoby pojawiające się przed kamerą poważnie różnili się opiniami. Przeważała błoga zgodność. Dlatego też postać wiecznie wszystko krytykującego Kałużyńskiego cieszyła się taką popularnością wśród widzów. I tylko wśród widzów, bo w środowisku filmowym uchodził on za wroga numer jeden – do tej kwestii jeszcze zresztą wrócimy.

 

Fragment programu Niedziela z Kazikiem Staszewskim z TVP Kultura, a w nim wycinek dyskusji Zygmunta  Kałużyńskiego z Jerzym Antczakiem z 1977 roku.

 

Dziś Zygmunt Kałużyński kojarzony jest głównie z programów telewizyjnych prowadzonych wraz z Tomaszem Raczkiem. Panowie ci prowadzili pasjonujące rozmowy o filmowych klasykach – na tych audycjach wychowało się całe pokolenie kinomanów. Obaj mężczyźni tworzyli doskonale uzupełniający się duet, jednak to Kałużyński był ważniejszym jego elementem. Zadaniem Tomasza Raczka było swoiście pojmowane prowadzenie dyskusji i kontrowanie monologów starszego kolegi. Oczywiście sam również miał wiele ciekawego do przekazania, lecz program oglądało się przede wszystkim dla Kałużyńskiego. Wielkie wrażenie robiły jego wielka erudycja i pasja, z jaką konstruował swoje wypowiedzi. Kałużyński nie ograniczał się do suchej, filmoznawczej analizy, zamiast tego wolał umieszczać obrazy w szerszym kontekście.

Niepowtarzalna była również maniera, z jaką Zygmunt Kałużyński się wypowiadał. Nie podawał informacji „na sucho”, raczej z entuzjazmem i werwą rozpościerał przed widzem swoją barwną wizję kina. Jego sposób bycia był dosyć kontrowersyjny – przez lata wypracował bardzo szeroki zestaw niepowtarzalnych min i gestów (chociażby niezwykle zabawny sposób, w jaki machał widzom na pożegnanie).  Opisując stworzoną (bo bez wątpienia było w tym dużo świadomej kreacji) przez niego postać nie można nie wspomnieć o jego garderobie. Zawsze występował w zużytych i podniszczonych kreacjach. Można z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że Kałużyński dzierży palmę pierwszeństwa w kategorii: „najskromniej ubrany dziennikarz w historii polskiej TV”. Jeżeli wierzyć relacjom to nie była żadna poza – również w „cywilu” ubierał się w taki sposób. Żywił bowiem niemal fizyczny wstręt do wydawania jakichkolwiek pieniędzy na tzw. „dobra konsumpcyjne”, nie szczędził natomiast środków na szeroko rozumianą „Sztukę”, którą konsumował bez opamiętania.

Do legendy przeszła również jego – rzekoma  – niechęć do higieny. Opublikował nawet kiedyś na poły żartobliwy esej na temat dobroczynnego działania brudu. Wydaje się jednak, iż w jakimś stopniu  był to również jeden z elementów jego autokreacji.

 

Erudyta

Sposób bycia i osobowość sceniczna Kałużyńskiego mogły być dla wielu widzów nie do przyjęcia. Nadaktywność i specyficzna maniera, z jaką się wypowiadał, rzeczywiście mogła budzić kontrowersje. Zygmunt Kałużyński był jednak kimś więcej niż „śmiesznym gościem z telewizji”, był bowiem jeszcze – albo przede wszystkim – doskonałym pisarzem/dziennikarzem, który zostawił po sobie bogatą spuściznę literacką. Teksty analizowane w oderwaniu od wypracowanego w telewizji wizerunku nawet zyskują na sile! Kontrowersyjna maniera znika,  natomiast styl i przeogromne znawstwo  pozostają takie same.

Czytając teksty Kałużyńskiego można się bardzo wiele dowiedzieć o historii kina i ogólnie kultury dwudziestego wieku. Nigdy nie ograniczał się on do opisu tego, co widać na ekranie, uzupełnionego własną oceną – zawsze starał się dodać coś więcej, chociażby jakąś ciekawostkę lub anegdotę. Artykuły Kałużyńskiego dawały swego rodzaju wartość dodatnią. Czytelnik mógł się spodziewać, że w czasie lektury zawsze zdobędzie wiedzę, której w innym przypadku nigdy by nie „powąchał”. Dowie się na przykład, że książkowa „Ziemia Obiecana” zawiera wątki antysemickie, i jeżeli chodzi o ogólny wydźwięk, jest dokładnym przeciwieństwem swojej ekranizacji, „Ojciec Chrzestny II” jest zaś pierwszym kryminałem w historii kina, w którym nawet przez moment nie pojawiają się stróżowie prawa!

Kałużyński dysponował niezwykle rozległą wiedzą. Oprócz kina interesował się również jazzem, operą i komiksem, który traktował jako pełnoprawną dziedzinę sztuki. Był erudytą w starym, „analogowym” stylu, czyli takim, który uczył się języków obcych,  nie po to żeby móc pracować za granicą, lecz aby np. móc czytać Dostojewskiego w oryginale! Dlatego też, kiedy krytykuje „Władcę Pierścieni” to nie za bycie hollywoodzką bajką – jak duża część „poważnych” kolegów po piórze – lecz za to, że Tolkien był miernym imitatorem, który cały pomysł „zgapił” z „Pierścienia Nibelungów” Wagnera. I za to, że miał reakcyjne poglądy polityczne. Czyż to nie urocze?

Zawodowi krytycy często oskarżani są o uprawianie sztuki dla sztuki. Kiszą się w hermetycznym światku festiwalowym, oderwanym od zwykłych widzów kin. Przepaść między „filmami dla krytyków” a filmami „dla reszty świata” ciągle się powiększa. Kałużyński zawsze szedł swoją drogą – kochał kino we wszystkich jego gatunkach i odmianach. Jest jednym z niewielu krytyków, który przyznawał się do miłości do amerykańskiego kina głównego nurtu. Dla niego kino nie musiało zawsze poruszać kwestii egzystencjalnych, aby miało wartość. W jego repertuarze było też miejsce na efektowne filmy gatunkowe. Dla Kałużyńskiego kino mogło być spektaklem, dlatego też szanował i traktował poważnie lekceważone przez filmoznawców widowiska.  Rzecz jasna nie był bezkrytyczny – nagany rozdawał równie często, co pochwały. Rzecz jednak w tym, że klucz, którym się posługiwał przy ocenianiu, był diametralnie różny od tego stosowanego przez resztę osób zawodowo piszących o filmach.

Oczywiście, Kałużyński nie odrzucał kina artystycznego, był jednak otwarty również na inne typy sztuki. Ponad wszystko jednak kochał czarne kryminały. Jego zdaniem filmy tego nurtu są największym – oprócz westernów i jazzu – stricte amerykańskim wkładem do światowej kultury. Z pasją opisywał ewolucję tego gatunku od klasyków z lat 40 poprzez Francuskiego Łącznika (strzał w plecy!), Ojca Chrzestnego do Pulp Fiction i Leona Zawodowca. Fascynowała go metamorfoza, jaką przebył ten gatunek: od stróżów prawa zwalczających złych przestępców do szlachetnych zbirów, którzy stawiają czoła niegodziwym policjantom.

Polakożerca

Jednym z wielu przejawów  nieszablonowego podejścia do tematu jest jego analiza filmowej adaptacji „Ogniem i Mieczem”. Większość recenzentów zgadza się, że ten film jest nie do końca udany (oczywiście, tak jest teraz – w chwili premiery nikt z wyjątkiem Z.K. i kilku innych nie odważył się skrytykować narodowej epopei), lista  zarzutów z zwykle jest  dosyć podobna: niedostatki techniczne, brak dynamiki, powierzchowne podejście do tematu itp.  Kałużyński zaś przeprowadził błyskotliwą – i zwięzłą – analizę porównawczą książkowego oryginału i adaptacji. Dowiódł, że największym grzechem filmu było wybielenie postaci Chmielnickiego i reszty Ukraińców. Sienkiewicz przedstawił ich jako półdzikich, pałających żądzą mordu alkoholików. Hoffman – zgodnie zresztą z faktami historycznymi – znacznie ich ucywilizował. To, co jednak jest dobre dla stosunków między narodami, okazało się zabójcze dla filmowej dramaturgii. Wywód Kałużyńskiego, choć prosty, poprowadzony został z żelazną konsekwencją.

„Ogniem i Mieczem” nie spodobało się naszemu bohaterowi, jednak Kałużyński i tak obszedł się bardzo łagodnie z tym filmem. Zwłaszcza, jeżeli wie się, z jaką zajadłością i złośliwością krytykował on praktycznie wszystkie produkcje zaliczające się do nurtu tzw. Kina Moralnego Niepokoju. Stawiał się tym samym w opozycji do głównego nurtu polskiej krytyki tamtego okresu (końcówka lat 70). Jego zdaniem filmy te były głupie, nudne i szkodliwe. Bezwzględność, z jaką głosił swoje poglądy, nie zjednała mu – delikatnie rzecz ujmując –  przyjaciół w świecie filmu.  Andrzej Żuławski stwierdził, że jest on małpią gębą w TVP,i gdy go widzi to mu się rzygać chce. Również Agnieszka Holland i Krzysztof Zanussi nie pozostawali dłużni i zdarzało im się używać nieparlamentarnego słownictwa w odniesieniu do Pana Zygmunta. Przedstawiciele środowiska filmowego wystosowali nawet pismo do redakcji „Polityki”, w którym postulowali o niewpuszczanie „szkodnika” Kałużyńskiego na łamy pisma.

Artyści z zasady powinni cechować się dużą odpornością na krytykę. Czym więc Kałużyński ściągnął na siebie tak bezprecedensową nagonkę?  Wydaje się, że jego główną winą było zepsucie dobrego samopoczucia, które panowało w tym zamkniętym światku. Zanussi i inni uważali się za czołowych intelektualistów kraju, których niezłomna postawa wobec komunizmu godna jest co najmniej pomnika. Kałużyński przekuwał ten balon wytykając im hipokryzję. Jego zdaniem działali w ramach ściśle wyznaczonych przez system (kręcili wszak za „komunistyczne” pieniądze), co nie przeszkadzało im uważać, że go zwalczają.

Twórcy nie przyjmowali tych zarzutów do wiadomości. Zbywali argumenty Kałużyńskiego twierdzeniem, że jest on przedstawicielem komunistycznego „betonu” i nie warto z nim rozmawiać.

„Stalinowski wyrobnik”

Nie mnie jest oceniać, kto miał rację w tym sporze, nie można jednak wykluczyć, że mimo wszystko jego niechęć do środowiska Moralnego Niepokoju nie była podyktowana wyłącznie kwestiami czysto artystycznymi. Oprócz wrodzonej przekory i niechęci do intelektualnego zadęcia duże znaczenie mogły mieć kwestie natury ideologicznej.

We wspomnianym na początku tekstu „Dzienniku” Tyrmanda, autor opisuje Kałużyńskiego jako cynicznego oportunistę, który dla bieżących korzyści jest w stanie zmieszać z błotem takie wybitne dzieło, jak „Stary Człowiek i Morze”. Nie ma jednak pewności, na ile owa niechęć Tyrmanda była na serio podyktowana kwestiami  światopoglądowymi, a na ile jakimś sporem personalnym. W czasach szczytowego stalinizmu nikt, kto zarabiał na życie pisaniem, nie mógł się przeciwstawiać założeniom socrealizmu. Nawet osoby, które – tak, jak Kałużyński – zasadniczo sympatyzowały z komunizmem, nie mogły  przejawiać na piśmie żadnych wątpliwości.

Jednak nawet tego typu usprawiedliwienia nie zmienią faktu, iż Kałużyński identyfikował się Polską Ludową! Jest swoistym paradoksem fakt, iż ten żarliwy miłośnik amerykańskiego „zgniłego” kina popierał panujący reżim. Ten dualizm jest jednym z ciekawszych aspektów jego charakterystyki.W okresie transformacji praktycznie wszyscy ludzie kultury i sztuki wypierali się wszelkiej współpracy z reżimem komunistycznym. Rozpoczęło się licytowanie na to, kto bardziej „cierpiał za komuny”. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na fakt, iż Kałużyński nigdy nie wyrzekł się swoich poglądów. Nawet w XXI wieku dalej twierdził, że niczego nie żałuje i był przeciwny odsądzania od czci i wiary wszystkich aspektów rzeczywistości przed 1989.

Komunistyczna przeszłość może dyskwalifikować Kałużyńskiego w oczach dużej części opinii publicznej.  Jednak jedno wszyscy muszą mu przyznać: nie był wybielającym własną przeszłość hipokrytą.

Oryginał

Początek lat 50 Kałużyński spędził we Francji. Po powrocie do kraju wydał zbiór esejów pt. „Podróż na Zachód”. Opisywał w nim cały szereg aktualnie panujących w europejskiej sztuce prądów. Książka spotkała się z dużym zainteresowaniem. Polski czytelnik był bowiem praktycznie odcięty od informacji zza Żelaznej Kurtyny. Po krótkim czasie wyszedł jednak na jaw pewien drobny szczegół, otóż spora część z przedstawionych przez Kałużyńskiego faktów została przez niego zmyślona lub przeinaczona! Powoływał się na przykład na nieistniejących krytyków.

Zdaniem niektórych wspomniane przez niego dzieła i autorzy były ciekawsze niż te istniejące w rzeczywistości. Nie zmieniło to jednak faktu, iż w momencie, gdy prawda wyszła na jaw na Kałużyńskiego spłynęła – delikatnie rzecz ujmując – fala krytyki. Niczego to go jednak nie nauczyło, gdyż w tamtym okresie często zdarzało mu się puszczać wodze fantazji. Ciężko jednoznacznie ocenić, co go do tego skłaniało. Może wrodzona przekora albo chęć spłatania wszystkim wielkiego figla? Często lubił bowiem powtarzać, iż tylko ktoś, kogo wszyscy uważają za wariata, może być naprawdę niezależny i pisać wszystko, na co ma ochotę.  Sam Kałużyński z dumą opowiadał o swoich „żółtych papierach” i wolności, jaką mu zapewniają. Może właśnie to stwierdzenie jest kluczem do zrozumienia tej nietuzinkowej osobistości?

Znana jest również anegdotka mówiąca o tym, jak kiedyś starając się o względy pewnej kobiety spędzał długie godziny leżąc na chodniku przed jej domem i śpiewając. Niestety bez rezultatu.

 

 

*

Krytycy filmowi z racji wykonywanego zawodu zwykle pozostają w cieniu. Nigdy nie zdobywają takiej sławy ani uznania, jakie przypadają w udziale reżyserom, czy aktorom. Części niż na słowa uznania mogą liczyć na kpiny i lekceważenie.  Jednak krytycy również pełnią bardzo istotną funkcję i w wśród nich znajdują się wybitne osobowości. Jedną z nich bez wątpienia był Zygmunt Kałużyński. Kiedyś jego osoba i twórczości budziły skrajne reakcje, dziś, gdy emocje już dawno opadły, praktycznie nikt nie kwestionuje jego dorobku i wkładu w rozwój polskiej kinematografii. Oczywiście nikt, spośród osób, które go jeszcze pamiętają. Byłaby wielka szkoda, gdyby tak nietuzinkowa postać przeszła do historii jedynie jako negatywny bohater tyrmandowskiego „Dziennika”. Wszyscy, którzy nie tylko pragną oglądać filmy, ale lubią również o nich czytać powinni  czym prędzej zaznajomić się z jego twórczością. Książki Kałużyńskiego są dostępne chyba w każdej większej bibliotece.

 

 

 


[1] Dziennik 1954, s. 227

[2] Literaturoznawcy twierdzą, że przed ostateczną publikacją „Dziennika 1954”, która miała miejsce w latach 80 Leopold Tyrmand dokonał znaczących ingerencji w pierwotną treść utworu. Autor zarzekał się, że nic takiego nie miało miejsca, jednak zdradziła go obecność w tekście licznych kalk językowych – Tyrmand od 1965 roku przebywał na emigracji w Stanach Zjednoczonych. Pod koniec lat 90 opublikowana została oryginalna wersja dziennika. Autor nieco wybielił własną postać i poprawił całość pod względem literackim, jednak, co dla nas interesujące –  charakterystyka Zygmunta Kałużyńskiego nie uległa znaczącym zmianom.







  • Bibliomisiek

    W przypisie zamiast „licznych kalek językowych” powinno być „kalk”.

    • Cassel

      Słuszna uwaga, dodam też, że nie „wodzę fantazji”, tylko „wodze”.

      A co do tego: „Ojciec Chrzestny II jest zaś pierwszym kryminałem w historii kina, w którym nawet przez moment nie pojawiają się stróżowie prawa”, to chyba jakaś nieścisłość musi być. Niedawno oglądałem ten film i był tam gliniarz. W scenie, kiedy w knajpie bracia Rosato próbują ukatrupić Frankiego Pentangelego, wchodzi mundurowy i trafia w sam środek rozróby.

      No i zgadzam się, że tekst bardzo dobry, wielkie oklaski dla autora. Po Melu Blancu i Tomie Hardym kolejny obszerny artykuł o człowieku filmu na stronie KMF-u. Czekam na kolejne.

      • no był jeszcze Gibson, Cazale i Statham ostatnio :) i tak, tego typu tekstów będzie w najbliższych tygodniach więcej.

      • PH

        Dzięki za uwagi!

        Co do Ojca II to zacytowane przez ciebie stwierdzenie rzeczywiście może być trochę nieścisłe. Chodziło rzecz jasna o fakt, iż gangsterzy załatwiali swoje sprawy wyłącznie we własnym gronie w ogóle nie troszcząc się o policję, która jak gdyby nie istniała w ich świecie, kompletnie się nie liczyła.

        Kałużyński dowodził, że wcześniej w kinie tego nie było.

  • kadr

    Świetny tekst. Przeczytałem z wielką przyjemnością. Co do samego „Ogniem i mieczem” to Zygmunt Kałużyński nie wspomniał o jednej rzeczy. Największym chichotem tej części Sienkiewiczowskiej trylogii jest to, że w tym kształcie mogła z powodzeniem powstać w PRL-u a najbardziej zaciekły cenzor powiedziałby do Hoffmana – „Wie pan co, chyba trochę pan przesadził”. Stary Hoffman tymczasem na darmo czekał kilkadziesiąt lat no i się doczekał.

    • PH

      Książkowy oryginał był w tym okresie wydawany w dziesiątkach
      milionów egzemplarzy. Jego wydźwięk nie kłócił się więc w żaden sposób z
      ideologią komunistyczną. Wprost przeciwnie – powstanie Chmielnickiego zostało przedstawione, jako starcie dwóch cywilizacji, a nie jak wojna domowa w obrębie Wielkiej Rzeczypospolitej. W skali Polski „Ogniem i Mieczem” robiło więc dobrą robotę dla władz. W jakimś stopniu.

      Film natomiast nie powstał, bo taka głośna superprodukcja z pewnością odbiła by się szerokim echem na Ukrainie. Przepływ filmów w obrębie bloku wschodniego był znacznie większy niż książek. A władze dbały , aby nic nie kładło się cieniem na dobrych stosunkach między narodami socjalistycznymi.

  • Mefisto

    Świetny tekst, aż żal było doczytać ostatnie zdanie.

  • Jutrzen

    Żądzą a nie rządzą. A ucywilizowanie Chmielnickiego i jego kompanii w filmie było akurat sprzeczne z faktami historycznymi.

    • PH

      Dzięki za uwagę. Co do historii powstania Chmielnickiego to jest to temat na dłuższą dyskusję. Ogólnie nie były to zbyt cywilizowane czasy.

  • Pingback: Piotrkowski CIT sponsoruje złodzieja! | Gazeta Trybunalska()

  • Pingback: Zygmunt Kałużyński. Wampir salonowiec – piotrhan()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Urwany film #9 - Radio na fali

Następny tekst

Żądze i pieniądze



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE