Wywiad z C. Robertem Cargillem | FILM.ORG.PL

Wywiad z C. Robertem Cargillem








Janek Steifer
22.11.2012


SURREALISTYCZNE UNIESIENIE


JEŻELI MYŚLISZ, ŻE HOLLYWOOD NIE MA NOWYCH POMYSŁÓW, TO… MOŻE BYĆ TO TWOJA WINA.


Jan Steifer

 
You can read the original version of the interview.

Wywiad z C. Robertem Cargillem – scenarzystą „Sinister” i właśnie ogłoszonego filmu „Deus Ex: Human Revolution” (oba do spółki z reżyserem Scottem Derricksonem), autorem książki „Dreams and Shadows”, oraz byłym krytykiem filmowym pracującym niegdyś dla Ain’t it Cool News (jako Massawyrm), Spill.com (jako Carlyle), Film.com i Hollywood.com. Rozmowa między innymi o pisaniu, doświadczeniu jakim jest zobaczenie swojej pracy na wielkim ekranie, jego zmianie z krytyki filmowej do bycia częścią Hollywood oraz adaptowaniu gier komputerowych.

 

Jako obcokrajowiec mam obowiązkowe pytanie. Jeżeli dobrze pamiętam to część Twojej rodziny jest z Polski. Mam rację?

Tak. Właściwie to cała jedna gałąź mojej rodziny. Moja prababcia wyemigrowała z Polski w 1918 roku i wyszła za mąż również za polskiego imigranta. Więc moi pradziadkowie byli pełnej krwi Polakami.

Czy wiesz coś o polskiej kulturze? O filmach w szczególności.

Niestety niewiele. Byłem dzieckiem wojskowego, więc często podróżowaliśmy. Nie miałem czasu spędzać czasu z moją dalszą rodziną. To coś, o czym chcę się dowiedzieć więcej. Druga strona mojej rodziny – ta ojca – jest szkocka. Jestem Szkotem i Polakiem. To skaza na moim wizerunku, którą chcę naprawić.

KONCEPT, KTÓREGO NIE WIDZIELIŚMY WCZEŚNIEJ

 

 

Wiem, że historia z „Sinister” zaczęła się jako sen, który miałeś po obejrzeniu „The Ring”. Podobno to scena, kiedy postać Ethana Hawke’a znajduje filmy z zamordowanymi rodzinami. Skoro więc główny bohater to pisarz muszę zapytać – jak wiele Ciebie jest w nim?

Nie ma wiele mnie w postaci Ellisona. Jest w nim wiele moich obaw. Jest tym, czym ja i Scott boimy się stać – pracoholikami, którzy zaniedbują swoje rodziny. Wykonujemy naszą pracę z prawdziwą pasją, ale nasze rodziny są ważniejsze. Jeżeli moja żona poprosiłaby. bym przestał pisać, to musiałbym to zrobić. Po prostu kocham ją jak cholera.

Ta część mnie, która naprawdę jest w scenariuszu, jest we wszystkich kłótniach. Kłótnie Ellisona z Tracy pochodzą z mojego życia. Tak, kłócę się z żoną i tego typu rzeczy sobie mówimy. Tracy robi to tak, jak moja żona. Ci, którzy uznali, że te kłótnie brzmią realistycznie, powinni wiedzieć, że takie są.

Starałem się uniknąć robienia z protagonisty pisarza, ale chciałem znaleźć naprawdę dobry powód, dla którego ktoś chciałby zająć się tymi filmami, zamiast oddać je policji i odjechać. Dlatego właśnie został pisarzem poszukującym informacji.

Co Twoim zdaniem sprawia, że „Sinister” jest unikalny jako horror? W jaki sposób miał być inny od reszty?

Po pierwsze i najważniejsze to koncept, którego nie widzieliśmy wcześniej. Jest pełno obrazów o znalezionych filmach (ang. found footage), ale nie widzieliśmy żadnego o gościu, który te filmy znajduje. Nie sprawdzaliśmy, jak to jest znaleźć materiał zawierający te przerażające rzeczy, poskładać go do kupy i spróbować wyjaśnić.

Druga rzecz, na jakiej nam zależało, to zrobić film o nawiedzonym domu, gdzie widownia nie ma wątpliwości dlaczego bohaterowie zostali w domu. Wydaje się, że to nam się udało, a widownia poczuła więź z postaciami. W większości tego typu filmów zastanawiasz się dlaczego nikt nie opuści tego domu, jak tylko dzieje się coś dziwnego. Jak można w ogóle w nim spać po tym wszystkim? A tu stworzyliśmy sytuację, w której wierzysz, dlaczego rodzina zostaje w domu przez cały czas.

Napisałeś scenariusz razem ze Scottem Derricksonem. Jak wyglądały wasze relacje przy pracy? Musieliście rezygnować ze swoich pomysłów w drodze kompromisu?

Och, zawsze. Scott i ja działamy oraz dopełniamy się naprawdę dobrze. Obaj wierzymy, że ego nie ma miejsca w drużynowym pisarstwie i najlepszy argument powinien wygrywać. Kiedy mieliśmy odmienne zdania to dyskutowaliśmy. Robiliśmy to tak, że każdy z nas rzucał tytułami filmów i mówił: „To działało tutaj w taki sposób.” A potem: „Nie, to działało tylko ze względu na to.” I prowadzilibyśmy takie rozmowy długo, aż jeden z nas dochodził do momentu, w którym zgadzał się z drugim.

Jeżeli nie byliśmy w stanie dojść do porozumienia to jeden z nas pisałby scenę według obu pomysłów. Wtedy braliśmy je i decydowaliśmy. Było dużo odejmowania i dodawania. Mimo, że pomysł był mój i jest na ekranie, ten film jest tak bardzo Scotta, jak mój. Znacząco wzbogacił ten scenariusz.

Pytam o to, ponieważ słyszy się dużo o tym, że scenarzyści w Hollywood są nisko w hierarchii, a ty wydajesz się być znaczącą postacią przy tym filmie. Jak bardzo byłeś zaangażowany w produkcję? Czy byłeś na planie przez cały czas?

Byłem na planie cały czas oprócz kręcenia filmów w formacie Super 8 mm. To była jedna z takich osobliwych sytuacji, gdzie dzięki biznesowemu modelowi Jasona Bluma (producent filmu – przyp. red), mieliśmy całkowitą kontrolę. Scott miał ostatnie słowo przy filmie i chciał mnie na planie. Moim zadaniem było przede wszystkim chronienie scenariusza. Sprawdzałem, czy nic nie zostało pominięte albo czy ktoś nie nawalił przy jakichś zmianach. Na przykład, kiedy Ethan [Hawke] miał jakieś propozycje zmian w dialogu, albo gdy budżet czy czas zmuszał nas do zmian, to zajmowałem się tym, żeby żadna ze zmian nie zaważyła na jakości i budowie całej historii.

Więc byłem zaangażowany. Tak jak mówisz, scenarzysta jest nisko w hierarchii, ale ten film też był nisko w hierarchii. Zrobiliśmy go za 3 miliony dolarów, więc to sytuacja, w której nie mieliśmy ludzi ze studia zaglądających nam przez ramię i liczących fasolek, żebyśmy tylko zaoszczędzili każdego dolara. To było coś w stylu: „Macie pieniądze i dajcie nam dobry film.” I to staraliśmy się zrobić.

Wspomniałeś filmy kręcone w formacie Super 8 mm. To te znalezione materiały. Jaka jest twoja opinia o gatunku found footage?

Myślę, że to świetny koncept i cieszy mnie, że teraz akceptuje się go jako gatunek, a nie tylko zabawkę. Problemem jaki z nim mam jest to, że wielu ludzi uznaje go za wymówkę dla bycia leniwym i widzimy zbyt wiele leniwie zrobionych filmów found footage. Czasem pojawia się coś, jak „Chronicle” i po to właśnie jest found footage. Ci goście wiedzieli, co robią i myśleli nad każdą linijką. Większość myśli, że wystarczy wziąć kamerę, paru aktorów i połazić dookoła. „Wymyślimy sobie w trakcie o czym to jest.” Nie dają sobie czasu, by doszlifować film. Dlatego wiele z nich jest tak beznadziejnych. Ale uważam, że gatunek jako gatunek to fantastyczny pomysł. Uwielbiam to, że istnieje i chciałbym się nim jeszcze pobawić w przyszłości, jeżeli będę miał okazję.

Zawsze słyszy się w kursach pisarskich, że główny bohater musi być łatwy do polubienia, ale przecież jest tylu dupków w wielbionych klasykch. Z tego co rozumiem, Ellison Oswalt jest trochę palantem, mało sympatycznym protagonistą. Dlaczego napisałeś taką postać i jak sprawiłeś, by widzowie mu kibicowali?

Dlaczego? To postać, która nas interesowała. Jedną z rzeczy w horrorze, by ten zadziałał, jest to, że główny bohater musi przekraczać pewne granice. Czasem bohater musi zaprosić zło i to pozwala widzom nawiązać z nim więź. Tak postąpiliśmy z Ellisonem.

Zasada mówi, że nie możesz nie lubić głównego bohatera, ale to słabe wytłumaczenie tej zasady. Często się to powtarza. To uproszczona wersja tej zasady. Chodzi o to, że protagonista nie musi być sympatyczny, ale musi być interesujący. Musisz mieć kogoś, z kogo widzowie nie będą potrafili spuścić wzroku. Weźmy na przykład Daniela Plainview z „There Will Be Blood”. Nie jest sympatyczny, ale nie da się na niego nie patrzeć. On po prostu fascynuje.

Ellison dokonuje wyborów, które interesują widza. Kiedy nie dzwoni na policję tylko samemu rozpoczyna śledztwo ze swoich pobudek i w jaki sposób to robi, to widz ma powiedzieć sobie: „O, nie jest taki jak myślałem. Chce zobaczyć, co się z nim stanie.” I to sprawia, że jest ciekawy. Chcieliśmy kogoś takiego napisać.

A kiedy dotarliśmy do końca scenariusza okazało się, że jest mało sympatyczny – stawia swoją rodzinę w niebezpieczeństwie… To był moment, w którym powiedzieliśmy sobie: „Dobra, teraz potrzebujemy naprawdę fantastycznego aktora.” Chcieliśmy kogoś, komu kibicowaliby widzowie pomimo jego zły wyborów. Jest mała grupa aktorów, którzy są w stanie to zrobić i Ethan Hawke był na czele tej listy. Nawet kiedy gra okropnego bohatera to trudno go nie oglądać.

FILM, KTÓRY PRZERAZIŁ MPAA

 

„Sinister” zebrał pełno dobrych – jeżeli nie świetnych – recenzji, ale było też parę krytycznych. Jako były krytyk filmowy, jak sobie z tym radzisz?

Przyjmujesz krytykę tym, czym jest. To czyjaś opinia. Jest dobry krytycyzm i zły krytycyzm. To co można zrobić, gdy czytasz negatywną recenzję, to próbujesz zrozumieć czy jest szczera. Czytałem świetną recenzję gościa z Wielkiej Brytanii, która była głównie negatywna. Gość przywoływał przykłady z klasycznych horrorów pokazując dlaczego ten horror działał lepiej, wyjaśniając problemy „Sinister” i mówiąc co się udało, a co nie. I to była opinia negatywna, po której pomyślałem, że chciałbym usiąść z tym facetem i pogadać dłużej na ten temat, bo pisze bardzo ciekawie.

Z drugiej strony były recenzje, gdzie recenzenci wygłaszali swoje opinie o „Sinister”, a potem w dwóch-trzecich tekstu pisali o tym, jak bardzo nie cierpią horrorów o nawiedzonych domach i found footage. Czekaj, czekaj. To coś, co wypadałoby powiedzieć na początku. Bo to nie jest tak, że nie podobał ci się ten konkretny film, ale nie lubisz tego gatunku i wszystko, co krytykujesz z tego wynika. Wtedy recenzja to po prostu „Łe, nie lubie takich filmów!” To powinna być twoja recenzja, a nie rozerwanie filmu i potem dodanie tego na boku.

Jako krytyk spędzałem dużo czasu ucząc się jak analizować takie recenzje i rozumieć, którzy recenzenci są świetni, a którzy słabi. To ćwiczenie polegające na oglądaniu jak słabi recenzenci piszą o naszym filmie pozytywnie albo negatywnie, a potem znajdywanie tych dobrych krytyków, bo to od nich się uczysz. Goście, którzy naprawdę znają się na rzeczy i chodzą na filmy chcąc je polubić to goście, których warto czytać, bo nawet jeżeli coś im się nie podoba to mają coś do powiedzenia. Ich trzeba szukać. Resztę odrzucasz na bok mówiąc sobie, „To tylko materiał na stertę ocen Rotten Tomatoes.”

Mówisz o uczeniu się z recenzji. Zamierzasz myśleć o krytykach i tym, o czym wspominali przy pisaniu następnej rzeczy?

Nigdy nie myślisz o krytykach. Myślisz o tym, o czym wspominali w sensie uczenia się na błędach. Możesz z tego czerpać. Po prawdzie, krytycy są bestią samą w sobie. Własną publiką i wszystko, co piszą musisz brać z odrobiną dystansu. Wielkim paradoksem krytyki jest to: by być krytykiem musisz obejrzeć pokaźne ilości filmów. Musisz obejrzeć tysiące nad tysiące filmów, by być dobrym krytykiem. Ale kiedy obejrzysz tyle filmów to jesteś przesiąknięty kinematografią w sposób, w jaki widzowie nie są.

Znieczulony.

Tak, jesteś kompletnie znieczulony! Oglądając trzysta komedii romantycznych, trzysta pierwsza nie zaskoczy cie niczym. Ale kiedy pisze ją ktoś dla czternastoletnich dziewczynek to ta publika nie widziała więcej niż dziesięć czy dwadzieścia takich filmów i ten materiał będzie dla nich nowością. Trzeba o tym pamiętać. Zwłaszcza w przypadku krytyków horrorów, jak nasi. Ci krytycy widzieli setki filmów found footage, bo tyle jest ich na festiwalach, ale publiczność widziała ich ledwie tuzin, bo tyle przenika do kin. Dla krytyka było ich całe mnóstwo, ale dla widza nie.

Trzeba znaleźć balans pomiędzy tym, co mówią krytycy i widownia. Jeżeli krytycy ORAZ widzowie mówią, że coś jest do bani – to jest do bani. A jeżeli widzowie to lubią, a krytycy nie, to musisz się zastanowić, gdzie postąpiłeś w tym dobrze, a gdzie źle. Zawsze jednak musisz pisać swój film jako artysta. Pisać z miejsca, z którego piszesz, do miejsca, które chcesz osiągnąć.

A my zrobiliśmy to, co robi wielu filmowców, czyli znaleźlismy krytyków i filmowców, którzy coś dla nas znaczą i oni się dla nas liczyli. Dla nas to był Roger Ebert. „Jeżeli moglibyśmy przekonać Rogera Eberta, który zwykle nie lubi horrorów, to byłaby to dla nas duża nagroda.” Dorastaliśmy czytając jego rzeczy, oglądając jego program i chcieliśmy jego aprobaty. A on dał nam trzy-gwiazdkową recenzję [na cztery]. „Tak! Udało nam się!” Na końcu mówił, jak przerażony był i jak bał się wracać do domu. I to nasze zwycięstwo. W taki sposób się do tego podchodzi.

Jako fan kinematografii, jakie to uczucie wreszcie zobaczyć swoją pracę na wielkim ekranie? Jak wygląda to doświadczenie?

Patrzenie jak publiczność ogląda twój film, coś co wyszło z Twojej głowy, to naprawdę niesamowite doświadczenie.

To naprawdę surrealityczne, wesołe doświadczenie. Coś, czego nie da się w pełni zrozumieć, do póki tego w pełni nie doświadczysz, bo to bardzo uwzniaślające. To mój film! Już jest! I tak, jak z każdą formą sztuki widzisz tylko błędy. „Oj, ten tekst nie wypadł tak jak chciałem. Rany, mogliśmy użyć innego ujęcia… I ojej…” Widownia tego nie widzi, więc oglądacie dwa różne filmy. Nigdy nie dostajesz tego prawdziwego doświadczenia oglądania tego, co oglądają inni. Patrzenie jak publiczność ogląda twój film, coś co wyszło z Twojej głowy, to naprawdę niesamowite doświadczenie.

Pisałeś ten film pod kategorię PG-13, a dostało R.

Tak.

Po pierwsze, dlaczego robić dojrzały horror z myślą o nastolatkach?

Jestem fanem horroru odkąd byłem w brzuchu matki. Dorastałem zakochany w horrorze. Pamiętam jak mialem trzynaście lat, a moi rodzice nie podzielali mojej miłości. Po prostu nie chcieli mnie zabierać na takie filmy, więc musiałem czekać na kasety video. Nie było wielu, które oglądałem w kinie. Czasem udawało mi się namówić rodziców na kupno biletu, ale nie chodzili ze mną na te filmy. Ta część mnie chciała zrobić film dla takich trzynastolatków. Dla miłośników horroru, którzy chcą inteligentnego filmu, bo SĄ dobre, inteligentne horrory w PG-13. Nie trzeba robić ich głupimi. Po prostu nie mieliśmy nagości, przekleństw i zbyt wielu brutalnych scen.[pullquote]Kiedy robisz horror i MPAA mówi, że technicznie wszystko się zgadza z PG-13, ale ten film jest zbyt przerażający to wiedzieliśmy, że zrobiliśmy przerażający film.[/pullquote]

Więc co myślisz o decyzji MPAA?

Myślę, że to fantastyczne. Mieli racje. Właściwie to był dla nas zaszczyt. Powiedzieli, że powinniśmy dostać niższą kategorię wiekową, ale dostanie Rkę, bo jest zwyczajnie zbyt straszny. Zbyt straszny dla dzieci. Kiedy robisz horror i MPAA mówi, że technicznie wszystko się zgadza z PG-13, ale ten film jest zbyt przerażający, to wiedzieliśmy, że zrobiliśmy przerażający film. Skoro jest zbyt straszny dla dzieci to pewnie tak jest, ale najwyraźniej działa również na dorosłych, bo tych z MPAA wystraszył. Byliśmy dumni. Bo jak na to spojrzysz to dali nam „R za niepokojące brutalne obrazy i trochę grozy.” „Trochę grozy?” Co to ma znaczyć? Znaczy, że byli przerażeni, a to fajny powód by dostać R.

Nie byłeś zawiedziony, że ten trzynastolatek w Tobie nie zobaczyłby filmu?

Wiesz, trochę tak. Te trzynastolatki zobaczą go na wideo i zsikają się ze strachu. To jest jasna strona. Część mnie była zawiedziona. Chciałem zrobić inteligentny film, który mogą zobaczyć również nastolatki. Ale trochę pomogła mi świadomość, że niektóre nastolatki poszły na to i uznały go za najstraszniejszy film, jaki widziały.

Najstraszniejszym, jaki ja widziałem był „Koszmar z Ulicy Wiązów”, ale strasznie się zestarzał. Dzieciaki oglądają go i mówią, „Straszny, ale to widać, że jest z gumy, ta ściana wygląda źle”. Nie jest już tak straszny jak w 1984. Boją się teraz na „Sinister” i będą o nim pamiętać dojrzewając. To będzie film, który ich poruszył. To fajne.

ZROZUMIEĆ HOLLYWOOD

Teraz, gdy wszedłeś w świat Hollywood, jaka jest Twoja opinia o nim?

Kiedy się tutaj dostaniesz to rozumiesz, dlaczego wiele rzeczy działa tak, jak działa. To w rzeczywistości doświadczenie w stylu oglądania czarnoksiężnika za kurtyną. Dociera do ciebie dlaczego jest tyle remake’ów, dlaczego filmy powstają w taki sposób. Uznaję, że Hollywood nie zasłużyło na całe obwinianie. Należy też winić publiczność. Niestety, publiczność nie chce tego robić. A krytycy chcą łatwego celu. Łatwym celem są studia mówiące: „Rimejki! Chcemy więcej rimejków!” Gdyby ludzie przestali na nie chodzić to nikt nie chciałby rimejków. Chcą robić to, co oglądać chcą ludzie. To ich cały cel.

Są ludzie, którzy tego nie lubią i są głośni w swojej nienawiści. Mimo to zawsze spotkasz ich pierwszych w kolejce na taki film, bo chcą pierwsi oblać go pomyjami. Jeżeli ludzie przestaliby o nich pisać i rozmawiać, a przede wszystkim oglądać, to nikt by ich nie robił. To taki dziwny wzajemny symbiotyczny związek przyczyniający się do powstawania takich wtórnych filmów. Jeżeli ludzie płaciliby za te oryginalne filmy i patrzyli na ich zwiastuny mówiąc: „Nie wiem, co to, ale chcę to zobaczyć!” W przeciwieństwie do: „Łe, nie wiem co to jest, zobaczę to na wideo. Ale idę na ten film, który wiem DOKŁADNIE czym jest, bo widziałem takie filmy dwadzieścia razy.” To wtedy mielibyśmy więcej oryginalnych filmów.

Publiczność w latach 70-ych chciała oglądać rzeczy świeże i inne. Teraz publiczność chce to, co widziała tydzień temu, ale trochę zmienione. Dlatego Hollywood jest jakie jest i to właśnie dostrzegam od środka.

Czy to było Twoje największe błędne założenie na temat Hollywood? Największa niespodzianka?

Byłem w stanie zobaczyć wielu świetnych reżyserów powiązanych z materiałami, których nigdy nie zrobią. Zastanawiałem się dlaczego reżyser jest powiązany z tyloma projektami, a teraz rozumiem ile kucharek jest w kuchni i dlaczego te filmy nigdy nie powstają. Zaczynasz rozumieć dlaczego niektórzy reżyserzy odchodzą z filmów i dlaczego ważne jest to, że tak robią.

Złamała mi serce wieść, że Gore Verbinski nie zrobi „BioShocka”. Naprawdę czekałem na ten film. Teraz kiedy widziałem, co chciał zrobić kontra to, co chciało zrobić studio – całkowicie to rozumiem. Pewnie zrobiłbym tak samo. Nie mogę mieć mu tego za złe, ale jest mi przykro, że tego filmu nigdy nie zobaczę.

To była moja największa niespodzianka. Nie da się rzeczywiście zrozumieć tego procesu dopóki przez niego nie przejdziesz. Te dziesiątki i dziesiątki telefonów i spotkań, które nigdy do niczego nie prowadzą i bycie zatrudnionym przy projektach, które umierają, a ludzie nawet o nich nie wiedzą. Wiązano nas z filmami, które po prostu nigdy nie powstały, a my nie możemy mówić o ich powstaniu. Były trzy czy cztery filmy, które prawie ze Scottem zaczęliśmy robić, ale z tego czy innego powodu przestały istnieć. Czasem to sprawa z prawami autorskimi, czasem nawalają ludzie, czasem znika aktor. Widząc to z bliska wszystko nabiera sensu. Czytając blogi o wydarzeniach w L.A. zauważasz jak odcięci są bloggerzy od prawdziwej sytuacji.

Ty byłeś bloggerem. Jak Hollywood traktuje cię jako byłego „Wroga”?

To kolejne błędne założenie. Tak naprawdę Hollywood nie interesuje się zbytnio blogosferą. Jest takie wyobrażenie, że ludzie z Hollywood wiszą nad klawiaturami przeczesując codziennie posty. To nie prawda. Zwykle ludzie z Hollywood dowiadują się, że mówi się o ich projekcie, kiedy ktoś do nich napisze z gratulacjami, bo wpadł na informację w internecie. „Co? Nie wiedziałem, że o tym się mówi.” Więc daleko im do patrzenia na to jak na wrogów.

W moim przypadku jestem w szczególnej pozycji. Pracowałem na Ain’t it Cool w czasie złotych lat blogowania. Wtedy, dziesięć lat temu, Ain’t it Cool było The Rolling Stone internetu w oczach Hollywood. Każdy chciał być na nim wspomniany. Był jednym z pięciu najważniejszych blogów, które czytali ludzie. Byliśmy na szczycie i każdy chciał być przez nas lubiany. Mnóstwo ludzi to czytało, bo nie było wtedy wiele innego do czytania w internecie. Teraz każdy albo wie, kim jestem, bo wtedy nas czytał, albo przynajmniej udaje, że wie, bo myśli, że wypada. I to nawet działało na moją korzyść.

Wspominam Spill.com, Film.com czy Hollywood.com, a oni nie wiedzą o nich wiele. Większość z nich nie spędza czasu na tych stronach. Za to Ain’t it Cool działało na moją korzyść. To jak powiedzenie, że pisało się o rocku dla Rolling Stone. „Więc skoro pisałeś wtedy i wtedy to pisałeś obok Huntera S. Thompsona o tym i o tym!” Podobnie postrzegają Ain’t it Cool.

Nikt tak naprawdę nie traktuje mnie jak wroga. Żadnych: „TY! Ty SKURWIELU! Powiedziałeś wredne rzeczy o mnie!” Zwykle to jest raczej: „Czytałem twoje teksty!” albo mówią, że słyszeli o Ain’t it Cool. Wrogość jeszcze mi się nie przytrafiła.

Naprawdę? Bo pamiętam, że Kevin Smith był na Ciebie wściekły swego czasu i choć wiem, że już to naprawiliście to zastanawiałem się czy jest ktoś z kim miałeś podobną przygodę.

To była śmieszna sprawa. Z Kevinem Smithem było tak, że on-line pisał: „Ten Massawyrm!” [Macha groźnie pięścią.] I wspomniał mnie parę razy. Potem spotkaliśmy się na żywo, przedstawiłem się, a on odparł: „Och… Ty jesteś jednym z tych gości, z którymi pokłóciłem się w sieci? Tak, czasem tak mam. Przepraszam.” Zupełnie inna reakcja. Pogadaliśmy o tym i uściskaliśmy się.

Więc okazało się, że Kevin Smith to zwykły koleś, który w internecie jest rozjuszony, a na żywo sympatyczny.

Jak każdy z nas. W sieci Massawyrm (Pseudonim Cargilla na AICN – dop. red) to taki internetowy troll plujący jadem w jego stronę. W rzeczywistości byłem gościem, któremu podobał się jego film i jest jego fanem. Więc się uściskaliśmy. To działanie internetu. Groźni goście przy klawiaturach niż prawdziwa waśń. Pieprzyliśmy przez internet, a osobiście to było zupełnie co innego. „Lubie cię!” „Ja CIEBIE lubię!” „Uściśnijmy się!” [Śmiech.] No i naprawdę podobał mu się „Sinister”. Szczęśliwe zakończenie historii!

DEUS EX CARTA


Miałem zapytać czy masz jakieś projekty zaplanowane na przyszłość, ale wiem, że masz. Właśnie czytałem o adaptacji „Deus Ex”, którą sie zajmiesz ze Scottem Derricksonem. To jedna z moich ulubionych gier! Dlaczego ten tytuł? Chciałeś go czy CBS Film przyszło z tym do was?

Przyszli do nas jakiś czas temu, kiedy byliśmy bardzo zajęci. Chcieli, by Scott się tym zajął, bo podobał im się „Sinister”. A ja jestem częścią tej „paczki”. Dlaczego to? Z tego powodu, dla którego to Twoja ulubiona gra. Czy to dlatego, bo ma fajną mechanikę strzelania albo stawania się niewidzialnym? Czy może to Twoja ulubiona gra ze względu na historię i patos z tym wszystkim, co się w niej dzieje?

Złożoność, tak.

Tak! To bardzo filozoficzna gra. Jest w niej tyle świetnych i ważnych rzeczy. To z tego typu rzeczy powstaje wielka fantastyka naukowa. To nadaje się na świetny film. Jeżeli zadzwoniliby do mnie z pytaniem czy zrobie film na podstawie „Call of Duty” to raczej bym podziękował. Obejrzałbym taki film, ale nie interesuje mnie pisanie go. Za to „Deus Ex” – jestem wielkim fanem cyberpunku. Uwielbiam historię „Deus Ex”, więc zgodziłem się bez zastanowienia. Tak! To dokładnie taki film, jaki chcę robić – inteligentny, mroczny. Potrafi być naprawdę dziki. Materiał na dobrą fantastykę. Rozmawialiśmy o tym, jak ma to w sobie coś podobnego do „District 9”, „Loopera” (pl. „Pętla Czasu”). Czuć w nim „Blade Runnera” (pl. „Łowce Androidów”). Czuć w nim te wszystkie wielkie filmy fantastyczne, które kochamy.

Brzmisz jak fan serii. Czy mówimy o adaptacji pierwszej części gry czy „Human Revolution” (pl. „Bunt Ludzkości”)?

Oni kupili prawa do „Human Revolution.” Nie wiem jak daleko te prawa sięgają i czy dotycząc całego uniwersum Deus Ex. Eidos Montreal się tym zajmuje. Odnoszę wrażenie, że chcieliby więcej niż jednego filmu w tym świecie. „Human Revolution” to prequel, więc zakładam, że po sukcesie pierwszego obrazu mają zamiar sięgnąc po adaptacje dwóch pozostałych części. LUB jeżeli jesteś prawdziwym fanem to JEDNEJ pozostałej części. [Śmiech.]

Ale jestem zaznajomiony z pierwszym „Deus Ex”. Nie grałem w niego, kiedy wyszedł. Mam go teraz na komputerze i planuję zagrać, gdy będę miał czas. Za to przez długi czas oglądałem jak mój szwagier gra w niego. Niegdyś mieszkaliśmy w jednym domu – moja obecna żona, jej siostra bliźniaczka i mój szwagier. Byliśmy w wieku studenckim i mieliśmy osobne pokoje. Ich rodzice powiedzieli: „Pewnie w końcu się pobierzecie, ale teraz macie osobne pokoje.” Więc mieszkaliśmy razem, spędzaliśmy razem czas, a także graliśmy w gry. Po wyjściu „Deus Ex” szwagier przyszedł do mnie i mówi: „Musisz przyjść zobaczyć jak gram w tę grę!” Pokazał mi tę grę, a kiedy dowiedział się, że pracuję nad filmem to oszalał: „Robisz adaptację tej gry! [Macha rękami jak szalony.] Jestem największym fanem ‚Deus Ex’!” [Śmiech.] Odparłem, że wiem, bo w końcu mi ją przedstawił. Byłem fanem tego materiału już od dawna. Jak powiedziałem – zgodziłem się bez zastanowienia.

Zareagowałem podobnie zważywszy na fakt, że pamiętam cię ze Spill.com. Więc adaptujesz historię z „Human Revolution” czy tworzysz zupełnie nową w oparciu o nią?

Z „Human Revolution”. To dobra historia. Pewnie aspekty trzeba będzie uprościć, bo to taka głęboka i skomplikowana historia z wieloma fałszywymi tropami, ale opowiemy ogólną historię z tej gry.

Gra jest mocno osadzona w noir. Możemy oczekiwać bardziej kryminalnego thrillera czy filmu akcji? Bardziej „Strange Days” czy „Total Recall”?

Będzie bardziej pasowało obok „District 9” i „Loopera”. Chcemy osiągnąć zdrową mieszankę akcji i inteligentnego komentarza społecznego. Tego „Deus Ex” jest pełen. Na pewno nie chcemy po prostu: [Karykaturalnym głosem.] „Hej! Więcej cyborgów! Wysadźmy wszystko w pizdu! Ekstro! Wybucha! BUM! BUM!” Nie, nie chcemy tego. Publiczność ma wyjść z filmu zastanawiając się czy zmierzamy w dobrym kierunku z technologią i czy, jeżeli ona się tak rozwinie, to powinna być kontrolowana. Chcemy by zadawali po seansie takie pytania. Goście siedzący w internecie przez następne dni rozważający w którą stronę iść, co powinniśmy robić.

Chcemy reakcji w stylu „Incepcji”. To jeszcze jeden z filmów w naszym wzorze. Chcemy dużo akcji, którą ludzie zapamiętają. „Łał! Kiedy to się stało! I potem gość zrobił to! Ekstra!” Tego, ale także tego by dyskutowali na tematy ważniejsze poruszone w filmie. Będziemy szukać tego złotego środka.

Wiem, że nie byłeś zadowolony z innych filmowych adaptacji gier. Co zamierzasz zrobić by ta była lepsza?

Twórcy tego rodzaju filmów nie pytają siebie, co fani chcą zobaczyć, a czego nie widzieli. Jest mnóstwo wydarzeń w tle „Human Revolution”, których nie bierzemy udziału i nigdy nie są nam pokazane. Chcemy zgłębić ten świat. Zobaczyć rzeczy, których „Deus Ex” nam nie pokazał, bo robiliśmy tam inne rzeczy. Zależy nam na tym, by fani reagowali zaciekawieniem i ekscytacją widząc nowe rzeczy podczas seansu. Chodzi o dodanie do ich doświadczeń z gry, a nie tylko wyciągnięcie paru rzeczy, które nam się podobały i wrzucanie ich do kotła. Tak powstaje niepełny produkt. Trzeba coś dodać.

To właśnie problem z przenoszeniem komiksów, książek czy gier na ekran. Trzeba pamiętać o tym, że robisz coś w innym medium i nie możesz kopiować z gry do filmu. Musisz dodać i to w taki sposób, że nie popisujesz się jakimiś „kul” pomysłami, „Lubię ‚Deus Ex’, ale chciałem by Adam Jensen był dziewczyną i mógł robić tamto i siamto, bo chce takiego filmu.” Trzeba pomyśleć o tym, czego chcą fani, ale czego nie widzieli, i pokazać im to.

Spójrz jak podekscytowani byli ludzie „Władcą Pierścieni.” Chcieli zobaczyć Golluma, to jak wygląda jakaś bitwa. Trzeba szukać takich rzeczy i taki jest nasz plan przy adaptacji.

Ten projekt ponownie powstaje ze Scottem Derricksonem. Wydawało mi się, że słyszałem coś o kontynuacji „Sinister”?

Nie wiem. Nic oficjalnego w tej sprawie nie ma. Wszyscy o to pytają. Mówią, że po filmie widać materiał na kontynuacje, ale film wciąż jest w kinach. Ciągle ma premiery w nowych krajach. Nadal czekają, żeby zobaczyć jak to się potoczy dalej, nim powiedzą nam: „Tak! Róbcie dalej!”[pullquote]Każdy może wyreżyserować film, ale mało kto może go wyreżyserować dobrze[/pullquote]

Jest coś, co chcesz zrobić samemu? Na przykład reżyseria?

Nigdy. Nigdy nie chcę reżyserować. Nie mam do tego oka. Jedną z rzeczy, których się nauczyłem podczas pracy ze Scottem na planie filmu, jest to, że każdy może wyreżyserować film, ale mało kto może go wyreżyserować dobrze. Wymaga to bardzo konkretnych umiejętności, które mało kto posiada. Ja nie posiadam. Większość ludzi nie posiada. To wymaga swego rodzaju obsesji nad pewnymi elementami, której ja nie mam. Mam ją jeżeli chodzi o pisanie. Dlatego tak wielu pisarzy chciałoby pisać cała noc i szybko tworzyć. Żeby robić takie rzeczy musisz uformować odpowiednio siebie. Ja nie jestem uformowany do roli reżysera.

Na ten czas będę pisał scenariusze ze Scottem. Rzeczy, które będę robił sam to moje książki. Pierwsza wychodzi w lutym w Wielkiej Brytanii i Stanach.

„Dreams and Shadows”, prawda?

Tak! Mam ogromną nadzieję, że ktoś w Polsce ją wyda. Bardzo chcę zobaczyć, jak będzie wyglądała polska okładka, bo polscy artyści są zadziwiający! My Amerykanie kochamy polskie plakaty i okładki. Polska artystyczna estetyka jest niesamowita. Trzymam kciuki, żeby wyszło polskie tłumaczenie mojej książki, żebym mógł się nacieszyć fajną okładką. Choć ta Brytyjska jest naprawdę kozacka! Amerykańska też. Kocham je obie, ale naprawdę trzymam kciuki za polskiego artystę, który się nią zajmie. Mam taką nadzieję. Póki co w Wielkiej Brytanii i Stanach będzie w lutym.

Słyszałem, że ma to być połączenie stylów Neila Gaimana, Guilermo del Toro i Williama Burroughsa? O czym to jest?

To miejskie fantasy. Historia o dwóch chłopcach, których drogi ścierają się ze względu na supernaturalne wpływy, kiedy są dziećmi oraz o tym, jak miesza im to w głowach, gdy dorastają. Jestem z niej zadowolony. Recenzje są bardzo pozytywne.

 To wyszło niejako dzięki „Sinister”?

Tak, to dziwna historia. Scott i ja przyjaźniliśmy się, więc kiedy dowiedział się, że mam książkę, to chciał ją przeczytać. Był jedną z pierwszych osób. Przeczytał, pokochał i pomógł mi znaleźć agenta. Pijąc razem w Vegas przedstawiłem mu pomysł na „Sinister”, a on już wiedział, że dobrze piszę, więc postanowił byśmy zrobili ten film razem, zamiast odkupić ode mnie pomysł. Gdy udało nam się sprzedać scenariusz to manager Scotta został również moim i znalazł mi agenta w Hollywood. Wtedy inni agenci odkryli, że mam książkę. Tak moim agentem został Peter McGuigan, który pokazał ją wydawcom. Jedna rzecz karmiła drugą, ta karmiła drugą, ta karmiła następną. Tym sposobem sprzedałem obie rzeczy.

Chciałbyś zaadaptować ją na potrzeby filmu, czy raczej w stylu Alana Moore’a chcesz, by to zostało książką i niczym więcej?

Zaadaptuję ją, jeżeli ktoś zechce. Teraz to dla mnie książka i mam możliwość pracowania nad innymi filmami. Na pewno nie chciałbym tego robić teraz, bo żyłem tą książką bardzo długo. Ale jeżeli wyjdzie i będzie popularna, to jak minie trochę czasu to z chęcią się nią zajmę. Cieszę się z innych projektów pomiędzy tym.

Znam Ernie’ego Kleina, który napisał „Ready Player One” i potem go sprzedał, a następnie ktoś kupił prawa do adaptacji. Napisał książkę, a potem kilka wersji scenariusza. Teraz podróżuje i sprzedaje „Ready Player One.” Żyje tą książką od półtora roku. Do tego pracował nad nią siedem lat. Ja jestem zadowolony, że mogę trochę odpocząć od mojej.

 Dziękuje Ci bardzo za tę rozmowę.

Dzięki, że mnie poprosiłeś, Janek. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi z innych krajów o premierze. Było naprawdę interesująco!

Chętnie podzielę się z tobą moją opinią na temat filmu, gdy go zobaczę.

Bardzo proszę!

Janek Steifer

Janek Steifer

http://bit.ly/PolecJanki
Janek Steifer

Janek Steifer - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • kelley

    swietna robota. czulem sie jakbym czytal wywiad w empire. na luzie, ale z klasa

    • Janek Steifer

      Dzięki! :)

  • Jakub Koisz

    Dobry stuff, czekam na „Deus Ex”!

  • Rodia

    Zajebisty wywiad – może mówię tak ze względu na tematykę, która mnie bardzo interesuje i bardzo odpowiadające mi podejście i pytania Janka, ale nic na to nie poradzę. Mega interesująca rzecz. Jak czytałem to zadawałem sobie w głowie pytania, które sam bym zadał temu gościowi i jednym z nich było pytanie czy koleś sam chciałby coś wyreżyserować. Już powiedziałem sobie „meh, pewnie Janek o to nie zapyta”, a tu takie zdziwko pod koniec wywiadu :)

    Naprawdę świetna sprawa, powinno być u nas więcej takich rzeczy. Janek w swoich pytaniach utrafia w sedno sprawy, naprawdę. Gratki. Czekam na więcej takich perełek :)

  • Jakub Piwoński

    z miejsca polubilem tego goscia. bede sledzil jego kolejne projekty.

  • Pingback: Urwany film #5 – Sinister | Film.org.pl()

  • Beo

    Właśnie obejrzałem film i przeczytałem. Świetna robota, gratulacje, pełny profesjonalizm. Takimi rzeczami film.org.pl powinien bardziej żyć!

  • Pingback: Sinister 2 - recenzja | FILM.ORG.PL()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Interview with C. Robert Cargill

Następny tekst

Saga Zmierzch: Przed świtem 2



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE