Wes Anderson - artykuł | FILM.ORG.PL

Wes Anderson








Filip Jalowski
30.11.2012


 

Dla jednych objawienie amerykańskiego kina niezależnego, dla innych nieco irytujący esteta, który niezasłużenie zbiera poklask krytyków. Człowiek, który zmienił profil aktorski Billa Murraya i został okrzyknięty przez Martina Scorsesego jednym z nielicznych współczesnych reżyserów, którzy rozumieją wpływ muzyki na obraz. A przede wszystkim, autor siedmiu filmów fabularnych, które na stałe wpisały się w panoramę jankieskiego indie cinema. Panie i panowie, Wes Anderson!

Anderson należy do amerykańskiego pokolenia lat dziewięćdziesiątych. To właśnie ta dekada okazała się być w USA wyjątkowo przychylna dla filmowców, którzy zdecydowali się podążać ścieżkami zdecydowanie odległymi od głównego nurtu kina hollywoodzkiego. W tym okresie z cienia kin studyjnych i domowych montażowni wyszli m.in. Kevin Smith, Richard Linklater, Paul Thomas Anderson, Todd Solondz, Hal Hartley, Steven Soderbergh, czy Abel Ferrara. Kino niezależne, zupełnie odmienne od tego, co rozpalało wyobraźnię bywalców multipleksów i sieciowych wypożyczalni video, przestało być jedynie marginesem amerykańskiej produkcji. Co więcej, twórcy, którzy zawojowali w tym okresie widzów i krytyków zza wielkiej wody, już wkrótce mieli stać się jednym z głównych towarów eksportowych na kinowe rynki europejskie.

Wes Anderson z filmem fabularnym zadebiutował dopiero w roku 1996. Niemniej, o kształcie jego kina zadecydował głównie okres dzieciństwa oraz lat młodzieńczych. Wydarzeniem, które odbiło się na jego twórczości najbardziej jest rozwód rodziców, który przeżył w wieku ośmiu lat. Niemal wszystkie filmy Andersona w mniejszym, lub większym stopniu poruszają temat problemów rodzinnych, a w szczególności problemów w komunikacji pomiędzy rodzicami, a dziećmi. Odbiciem tego okresu są również dziecięce postacie Andersona, które – w ślad za ich twórcą – są zdecydowanie odmienne od swoich rówieśników (w trakcie swojego dzieciństwa Anderson kręcił filmy na taśmie 8mm oraz pisał sztuki). Dalsze lata to szkoły prywatne, ze Szkołą Przygotowawczą im. Św. Jana na czele (to ona jest ponoć pierwowzorem uczelni z filmu „Rushmore”) oraz filozofia na uniwersytecie w Teksasie, gdzie Anderson zapoznaje się z Owenem Wilsonem. Panowie razem rozpoczynają zabawę z filmem krótkometrażowym. W roku 1992, wraz z bratem Wilsona, stworzone zostaje „Bottle Rocket”, które zyskuje bardzo pozytywne recenzje na festiwalu Sundance (w roku 1994). Sukces krótkiego metrażu otwiera Andersonowi drogę do pieniędzy potrzebnych na realizację pełnometrażowego projektu. I tak rozpoczyna się magia jego kina, o efektach której opowiem pokrótce poniżej.

Trzech facetów z Teksasu / Bottle Rocket (1996)

 

Pierwszy pełnometrażowy film Andersona jest rozwinięciem historii opowiedzianej w krótkim metrażu, o którym wspominałem na końcu poprzedniego akapitu. „Trzech facetów z Teksasu”, to również aktorski debiut Owena Wilsona, który współpracował z Andersonem przy tworzeniu scenariusza, oraz jego brata, Luke’a.

Film opowiada o trójce mężczyzn, którzy postanawiają zapisać się w historii świata przestępczego. Pierwszy z nich jest mózgiem operacji, który posiada tendencje do zbytniego dramatyzowania oraz komplikowania najprostszych spraw. Przestępca numer dwa cierpi na problemy związane z psychiką. Nie jest on jednak przedstawicielem dość szerokiego grona filmowych socjopatów, którzy nękają autostopowiczów i wysadzają hotele. Anthony po prostu zbyt często cierpi na depresję, którą zwykł nazywać mianem „zmęczenia”. Bandyta numer trzy zostaje dołączony do grupy jedynie dlatego, że jako jedyny ze znajomych wcześniej opisanej dwójki posiada samochód, który każdemu szanującemu się przestępcy jest przecież niezbędny. Pierwszym skokiem niewielkiej organizacji przestępczej jest rabunek domu jednego ze złoczyńców. Wśród łupów znajdują się kolczyki, które niegdyś zostały podarowane matce przez syna, który zszedł na złą drogę, a że prezentów od siebie się nie kradnie, to następnego dnia – za pośrednictwem siostry – wracają one do obrabowanego domu. Humor dalszej części filmu oscyluje właśnie w tych rejonach.

Pierwszy film Andersona dość znacząco odstaje od pozostałych produkcji. I nie chodzi tu o to, że „Trzech facetów z Teksasu” to film zły (Martin Scorsese umieścił go nawet wśród swoich ulubionych filmów lat dziewięćdziesiątych). Mimo tego, że mamy tu zalążki stylu, który wkrótce stanie się znakiem firmowym reżysera, charakterystyczny żart oraz braci Wilsonów, którzy powrócą w filmach Andersona jeszcze nie raz, to brak tu jeszcze plastycznej oryginalności kolejnych obrazów. Może w kontekście opowieści o trójce ekscentrycznych odszczepieńców, którzy postanawiają zawojować ulice zabrzmi to dość dziwnie, ale „Trzech facetów z Teksasu” jest zdecydowanie najbardziej realistycznym filmem twórcy. Kolejne produkcje będą posiadać odrealnioną otoczkę, która zdaje się być dziwną wypadkową pastelowych światów tworzonych przez dzieci na kartkach papieru i poważnej refleksji na temat relacji międzyludzkich.

Rushmore (1998)

 

Rushmore! Rushmore! Rushmore! Niech żyje Rushmore! Właśnie takie słowa cisną się na usta po obejrzeniu drugiej fabuły Andersona, co z całą pewnością ucieszyłoby jej głównego bohatera, Maxa Fischera.

W okrzykach nie chodzi bynajmniej o słynną górę, którą pokiereszowano tak, aby przypominała twarze amerykańskich prezydentów, ale o prywatną uczelnię, do której uczęszcza Max. Postać wykreowana przez Jasona Schwartzmana to wręcz encyklopedyczny przykład bohatera pochodzącego ze świata Andersona. Młody człowiek przejawiający cechy aroganckiego mężczyzny, który zachowuje się tak, jakby znał odpowiedź na wszystkie pytania, jakie trzymają w zanadrzu Sfinksy tego świata. Mimo wszystko, nie jest on postacią negatywną, a wręcz przeciwnie – z miejsca zdobywa sympatię widza, którego przyciąga jego pasja, ekscentryzm, dziwny humor i, dostrzegalne między wierszami, zagubienie. Max na przemian śmieszy, irytuje, zadziwia i wzbudza współczucie, stanowiąc tym samym dziwną mieszankę cech, które pozornie się wykluczają.

Największą miłością Maxa jest Rushmore. Nie interesują go jednak stypendia oraz wysokie oceny. Max zakochany jest w Rushmore jako instytucji i wspólnocie, która – jak się wydaję – pozwala mu zrekompensować braki powstałe w innych płaszczyznach życia. Jego miłość przejawia się w uczęszczaniu na wszystkie możliwe kółka zainteresowań, które z reguły znajdują się pod jego kuratelą, oraz zalewaniu Rushmore kolejnymi inicjatywami uczniowskimi. Styl życia Maxa imponuje miejscowemu potentatowi finansowemu, Harmanowi Blume’owi, który to z kolei zyskuje szacunek Maxa (chłopakowi imponuje fakt, że Blume osiągnął sukces). Relacja obu Panów kwitnie do momentu zatrudnienia w Rushmore Rosemary Cross, która kradnie serce zarówno młodego ucznia, jak i dojrzałego oraz żonatego Blume’a.

W roli Blume’a po raz pierwszy raz pojawia się u Andersona Bill Murray, który na stałe zagości w słodko-gorzkim świecie reżysera. Co więcej, postacie odgrywane przez Murraya często są do siebie tak podobne, że zmiana nazwiska i charakteryzacji wydaje się być jedynie kosmetycznym zabiegiem. Murray gra zazwyczaj człowieka w mocno zaawansowanym wieku średnim. Jego życie dla wielu wydaje się być jednym wielkim pasmem sukcesów, lecz dla niego samego jest niekompletne. Głównym powodem rozterek jest rodzina, a raczej pragnienie jej poprawnego funkcjonowania. Dla przykładu, w „Rushmore” małżeństwo Blume’a jest jedynie notką zapisaną na papierze, a jego synowie są osobami, których nie może znieść. Kontakt z Maxem jest dla niego lekarstwem. Chłopak staje się dla niego bliższy, niż ludzie, z którymi mieszka. Postacie Murraya nie są jednak jedynie dramatycznymi figurami. Podobnie jak całe kino Andersona łączą w sobie elementy nostalgii, specyficznego humoru i dziecięcego idealizmu.

„Rushmore” jest pierwszym filmem typowo „andersonowskim”, przez wielu uważanym za apogeum jego reżyserskiej twórczości. To właśnie ono utrwaliło pozycję Andersona i umożliwiło mu realizację kolejnych projektów, zatem – jeszcze raz – niech żyje Rushmore!

Genialny klan / Royal Tenenbaums (2001)

 

 

Scenariusz do swojego trzeciego filmu fabularnego Anderson ponownie napisał z pomocą Owena Wilsona, który pomagał mu zarówno przy „Trzech facetach z Teksasu”, jak i „Rushmore”. Tym razem na planie zgromadziła się prawdziwa śmietanka amerykańskich aktorów. Obok Wilsona i Murraya, przed obiektywem kamery stanęli Danny Glover, Gwyneth Paltrow, Anjelica Huston, Ben Stiller i Gene Hackman. Efekt? Piorunujący!

Na rodzinę Tenenbaumów składa się trójka dzieci (Chas, Margot i Richie) oraz rodzice, Royal i Etheline Tenenbaumowie. Chas zaczął odnosić sukcesy na rynku nieruchomości na długo przed momentem, kiedy pod jego nosem wykiełkował pierwszy włos. Margot już w wieku trzynastu lat stała się renomowaną autorką sztuk teatralnych. Richie przed ukończeniem siedemnastego roku życia został sklasyfikowany jako druga rakieta świata w prestiżowym rankingu tenisa ziemnego. Słowo „sukces”, w przypadku dzieci Tenenbaumów, to za mało, aby opisać ich osiągnięcia. Genialna trójka od najmłodszych lat znajdowała się w centrum zainteresowania mediów i topowych pracodawców.

Mimo niezwykle udanego startu w dorosłość Tenenbaumowie nie wyrośli na szczęśliwych ludzi. Chas nabawił się zespołu nerwic, które zaczął przenosić na swoje pociechy. Margot zdecydowała, że prawdziwe życie toczy się w wannie, przy telewizorze i paczce papierosów, a Chas (w wyniku załamania nerwowego) postanowił spakować rakiety i udać się na rejs dookoła świata. Traumą, która nęka każdego z członków rodzeństwa jest brak prawdziwej rodziny, a w szczególności ciągła nieobecność ojca, który po separacji z matką opuścił dom rodzinny. Po ponad dwudziestu latach od czasów dziecięcych sukcesów rodzeństwa Royal Tenenbaum postanawia odzyskać swoją rodzinę. Jego powrót doprowadza do ponownego skrzyżowania się dróg Margot, Chasa i Richiego, którzy przez długi czas zdawali się ignorować swoje istnienie.

„Genialny klan” jest prawdopodobnie jednym z najbardziej osobistych filmów Andersona, czy może inaczej, filmem, w którym jego przeszłość jest najbardziej namacalna. Separacja Tenenbaumów oraz silnie emocjonalna reakcja dzieci, która staje się jej efektem, bezpośrednio odnosi się do doświadczeń reżysera. Etheline (matka Tenenbaumów), podobnie jak matka Andersona, jest archeologiem. Margot, podobnie jak Anderson, od najmłodszych lat pisze sztuki teatralne. Podobnych nawiązań można znaleźć dużo więcej.

Film o Tenenbaumach, podobnie jak „Rushmore”, idealnie wpisuje się w stylistykę Andersona. Pełno w nim ekscentrycznego humoru, nostalgii i nadziei. Rodzinna tragedia zilustrowana jest przy użyciu pastelowych barw, niekonwencjonalnych ujęć (ze statycznymi zbliżeniami na twarze bohaterów na czele) oraz podkładu muzycznego, który pozornie zupełnie nie pasuje do opowiadanej historii. Rockowe utwory pochodzące z przedziału 60’s – 90’s współgrają z „Genialnym klanem” tak silnie, że po kilkukrotnym obejrzeniu filmu zapomina się o ich oryginalnym pochodzeniu. Niecodzienność filmu potęguje narracja Aleca Baldwina, który beznamiętnie przedstawia nam kolejne zawiłości rodzinnych relacji i dramatów. Jeden z najlepszych filmów Andersona.

 

Podwodne życie ze Stevem Zissou / Life Aquatic with Steve Zissou (2004)

 

 

„Podwodne życie ze Stevem Zissou” po dziś dzień zostaje najgorzej przyjętym filmem Andersona. Zupełnie nie rozumiem, co kierowało krytykami w momencie, kiedy wystawiali filmowi negatywne opinie. W moim odczuciu, „Zissou” jest najlepszym filmem reżysera, a nawet więcej, jednym z najlepszych filmów, które pojawiły się na ekranach po roku 2000. To kwintesencja stylu Andersona, film zrobiony z ogromną pasją i zaangażowaniem.

„Podwodne życie” zadedykowane jest Jacques’owi-Yves’owi Cousteau, czyli słynnemu przyrodnikowi, który poświęcił życie na badanie oceanów i przybliżenie ich ludziom. W życiorysie Zissou (genialna rola Billa Murraya, po prostu mistrzostwo świata) odnaleźć można wiele elementów pochodzących z biografii Francuza. Obaj Panowie zakupili łódź z demobilu i założyli stowarzyszenie, które ma na celu popularyzację i ochronę tego, co kochają. Fragmenty dokumentalnych filmów Zissou są stylizowane na pierwsze produkcje Cousteau (choć, jak to u Andersona, umiejętnie wyolbrzymiają one niektóre wyznaczniki stylu Franucza, czyniąc je nieporadnymi i śmiesznymi). To oczywiście nie wszystkie podobieństwa, ale dalsze wyliczanie mogłoby zdradzić ważne elementy fabuły filmu, więc na tych kilku poprzestanę.

Kapitan Zissou dowodzi nieco zdezelowanym statkiem o nazwie Belafonte. W skład jego załogi wchodzą: Pelé dos Santos, czyli technik, który niemal nieustannie śpiewa piosenki Davida Bowiego zaaranżowane w języku portugalskim pod brzmienie gitary, Klaus Daimler – z pozoru stereotypowy Niemiec kochający rozkazy, w istocie łasy na pochwały ekscentryk, który w Zissou widzi ojca oraz Esteban, czyli prawa ręka kapitana. W trakcie kręcenia kolejnego filmu o podmorskim świecie Esteban zostaje pożarty przez nieznane stworzenie. Będący świadkiem zajścia Zissou opisuje bestię jako rekina jaguarowatego, czyli ogromną rybę ubarwioną w kocie centki. Opinia publiczna odnosi się krytycznie do stanowiska Zissou, zarzucając mu kłamstwo podyktowane celami marketingowymi. Wstrząśnięty pomówieniami oraz śmiercią najbliższego przyjaciela Zissou stawia sobie za cel odnalezienie bestii i wysadzenie jej w powietrze. Akt zemsty ma stać się tematem kolejnego dokumentu. Zissou kompletuje ekipę filmową i wyrusza na poszukiwania.

W trakcie gonitwy za rekinem jaguarowatym akcent filmu zostaje przeniesiony na relacje pomiędzy członkami załogi, a w szczególności pomiędzy Zissou i Nedem, który pojawia się znikąd i podaje się za syna kapitana. Tym samym, w niezwykły hołd dla Cousteau zostaje wplątany wątek typowy dla wszystkich filmów Andersona. Nawet w pogoni za nieznanym, najważniejsza okazuje się być rodzina oraz akceptacja ze strony drugiej osoby.

„Podwodne życie ze Stevem Zissou” posiada kilka magicznych momentów oraz jedną scenę, która stanowi dla mnie kwintesencję kina i dowód na to, że Anderson szczerze kocha medium, w którym pracuje. Zachęcam do jej odnalezienia.

Pociąg do Darjeeling / Darjeeling Limited (2007)

 

Po raczej zimnym przyjęciu „Podwodnego życia ze Stevem Zissou” Anderson usunął się w cień. Ten fakt zaniepokoił członków amerykańskiej kapeli Steely Dan (w pewnych kręgach zespół uważany jest za kultowy, na scenie od lat siedemdziesiątych), którzy, z nutką ironii, wystosowali list, w którym sprzeciwili się artystycznemu wycofaniu Andersona. Zespół zaoferował mu nawet pomoc przy tworzeniu soundtracku kolejnego filmu. Anderson ostatecznie nie skorzystał z ich pomocy, ale już w rok po liście oddał pod osąd widzów kolejną historię o rodzinie, która usiłuje się ze sobą porozumieć.

Tym razem bohaterami filmu są Peter, Francis i Jack, trzej bracia, którzy nie widzieli się od pogrzebu ojca. Panowie spotykają się na pokładzie luksusowej kolei, która przemierza Indie. Żona Petera spodziewa się dziecka, mężczyzna nie jest jednak gotowy na odpowiedzialność, boi się o przyszłość z kobietą. Jack jest nastawiony wrogo niemal do wszystkiego. W dodatku, wciąż nie może pogodzić się z rozstaniem z dziewczyną. Francis wygląda tak, jakby uciekł ze szpitalnej sali. Jego twarz jest silnie opuchnięta, a głowa zabandażowana w dość oryginalny sposób. Podróż do Indii traktuje on jako drogę do duchowej przemiany całego rodzeństwa. Cała trójka stawia sobie za cel odnalezienie matki, która znajduje się ponoć w jednym z indyjskich klasztorów.

„Pociąg do Dajreeling” stylistycznie nieco różni się od trzech poprzednich filmów Andersona. Widać w nim inspiracje twórczością innych reżyserów (film dedykuje Satyajitowi Rayowi) oraz fascynację wschodem. Nie zmienia to jednak faktu, że film porusza kwestie charakterystyczne dla kina Amerykanina. Ponownie w centrum opowieści znajduje się rodzina, która przez lata nie potrafiła się porozumieć, ale powoli zaczyna rozumieć, że porozumienie jest po prostu konieczne. Peter, Francis i Jack to typowi bohaterowie świata Andersona, z ich wszystkimi wadami, zaletami i ekscentryzmami. Ponownie mamy również do czynienia z oryginalnym zastosowaniem muzyki.

Mimo tego, w „Pociągu do Darjeeling” coś mi nie gra. To nie jest film zły, choć w moim osobistym „andersonowskim rankingu” umieściłbym go na końcu stawki. Produkcja wciąż warta obejrzenia, ale zdecydowanie mniej angażująca, aniżeli pozostałe filmy reżysera.

Warto wspomnieć również o tym, że przy okazji „Pociągu do Darjeeling” Anderson nakręcił krótkometrażowy „Hotel Chevalier”, który rozjaśnia wątek „rozstaniowej” traumy Jacka. W rolę byłej partnerki najbardziej wąsatego z braci wciela się Natalie Portman. Film można potraktować jako prolog pełnego metrażu.

Fantastyczny Pan Lis / Fantastic Mr. Fox (2009)

 

„Fantastyczny Pan Lis” jest pierwszą fabularną animacją Andersona. Nie znaczy to jednak, że reżyser wcześniej nie eksperymentował z tym medium. Wystarczy przypomnieć sobie podwodne sekwencje z filmu o kapitanie Zissou, aby zauważyć, że Anderson od dawna miał na celowniku animację poklatkową. Zresztą, zarówno przy jednym, jak i przy drugim filmie współpracował on z Henrym Selickiem, czyli specem od tego typu kina (na koncie Selicka chociażby „Miasteczko Halloween”, czy „Koralina”).

Film opowiada historię lisiej rodziny, która zamieszkuje niebezpieczne tereny zlokalizowanie nieopodal ludzkiej farmy. Głową rodziny jest tytułowy Pan Lis, znany również jako Jack. Dom dzieli on z synem (Ashem) oraz żoną (Felicity). Grono domowników powiększa się w momencie, gdy – ze względu na chorobę ojca – do stada dołącza Krisstoferson, czyli niezwykle sprawny członek lisiej rodziny będący rówieśnikiem Asha. Pomiędzy chłopcami pojawiają się tarcia, które schodzą jednak na dalszy plan w momencie, gdy zmęczony ciągłymi kradzieżami farmer wytacza wojnę zwierzętom podkradającym żywność z jego gospodarstwa.

Scenariusz „Fantastycznego Pana Lisa” oparty jest na dziecięcej książce Roalda Dahla. W przypadku Andersona ciężko mówić jednak o adaptacji. Reżyser wyraźnie przesuwa książkowe akcenty w taki sposób, aby na pierwszy plan wydobyć fragmenty powieści, które wpisują się w jego sferę zainteresowań. O ile w opowieści Dahla na pierwszym planie znajduje się walka pomiędzy zwierzętami, a farmerem, to w filmie ustępuje ona relacjom, jakie łączą Lisa z jego rodziną. Tytułowy bohater łączy w sobie dwa porządki. Z jednej strony chce dobra swojej rodziny, z drugiej wciąż pragnie być dzikim zwierzęciem, które – niczym nieskrępowane – poluje gdzie chce i kiedy chce. Rodzina, niezwykle ważna dla Lisa, uniemożliwia mu dawne eskapady, zmuszając go tym samym do odnalezienia się w nieco innym świecie. Ponad to, Anderson silnie skupia się na wątku relacji na linii syn – ojciec. Ash nieustannie zabiega o akceptację ojca i stara się udowodnić mu swoją wartość.

„Fantastyczny Pan Lis” jest doskonały w każdym aspekcie. Animacja stoi na najwyższym poziomie, a dubbing jest niesamowity (w tle m.in. George Clooney, Meryl Streep, Willem Dafoe, czy – bardziej po andersonowemu – Bill Murray, Jason Schwartzman i Owen Wilson). Na łopatki kładzie soundtrack stworzony przez Desplata i Jarvisa Cockera (oryginalne kompozycje wzbogacone są oczywiście charakterystycznymi dla Andersona rockowymi numerami). Tym, co cieszy w filmie najbardziej jest jednak wyraźny podpis twórcy, który nie daje zdominować się nowemu stylowi pracy (animacja, scenariusz adaptowany). „Fantastyczny Pan Lis” to cały Wes Anderson, tyle że w lisiej skórze.

Najnowszy film Andersona, „Kochankowie z Księżyca” („Moonrise Kingdom”), właśnie dziś wchodzi do polskich kin i właśnie z tego powodu zostaje pominięty w „artykułowej” wyliczance. Wkrótce na stronie pojawi się oddzielna recenzja, do której przeczytania serdecznie zapraszam. Na ten moment wspomnę jedynie o tym, że ocena będzie pozytywna, a Anderson trzyma formę. I oby tak dalej, ponieważ facet robi naprawdę niezwykłe kino.

 LINK DO RECENZJI – [KLIK]

A na zakończenie bonus w postaci reklam wyreżyserowanych przez Andersona [KLIK]. Trzeba przyznać, że jego spoty znacząco odstają od tego, co na co dzień serwują nam stacje telewizyjne.

 

 

 







  • W świecie komedii był sobie Chaplin, byli bracia Marx, był Jacques Tati, było trio ZAZ. Teraz jest czas Wesa Anderson. Jego filmy uwielbiam z prostego powodu: to cholernie oryginalne kino, rozpoznawalne z daleka, nie do podrobienia przez nikogo. Śmieszne, ale nie rechotem tłumu, a mocno tkwiące w popkulturze, pierwszych skojarzeniach, intrygującym tle, zaskakującym zachowaniu bohaterów (i w ogóle w ich wrodzonym nerdostwie). Trzeba więc mieć do niego cierpliwość, lubić ‚dziwność’ dnia codziennego, umowność jego światów.
    Nawet trudno mi powiedzieć, który film lubie najbardziej, bo i Lis jest genialny, i The Royal Tenenbaums, I Zissou z jego piosenkami, i Rushmore. Nawet Darjeeling, choć rzeczywiście odstające poziomem, jest świetne. Mistrz!

  • pocahontas recenzuje

    Oglądałam dzisiaj Moonrise Kingdom. Ten film to inna kraina, urocza, przerysowana, ale
    nieprzesłodzona, w dodatku film na swój osobliwy sposób porusza trudne tematy.
    Szczerość, prostota, bardzo specyficzny humor i oryginalna praca kamery.
    Zapraszam do przeczytania recenzji „Moonrise Kingdom” na: czasnafilm.blogspot.com oraz „Pociągu do Darjeeling”, w którym się zakochałam :)

  • Mefisto

    Totalnie nie zgodzę się w kwestii Rushmore – dla mnie główny bohater jest tak odrzucający, że wręcz psuje cały film (choć nie wiem czy to rola czy też sam Schwarzmann, który jeszcze w żadnym filmie mi się nie podobał). Dla mnie apogeum Andersona to właśnie Royal Tenenbaums.

  • Pingback: GRAND BUDAPEST HOTEL - recenzja filmu | FILM.ORG.PL()

  • Pingback: WRONG. Surrealistyczny absurd Quentina Dupieux | FILM.ORG.PL()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Chuligani

Następny tekst

Chaika



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE