Piątek Trzynastego - Z maczetą przez życie | FILM.ORG.PL

Piątek Trzynastego – Z maczetą przez życie








Tomasz Urbański
13.09.2013


Friday The 13th – Jason Voorhees / tomzj1.deviantart.com/

 

Głównym założeniem Seana S. Cunnighama, który w 1979 roku pracował nad pomysłem nowego filmu, było stworzenie skutecznej odpowiedzi na zaskakująco duży sukces „Halloween” Johna Carpentera. Już wtedy slashery zaczynały triumfalny pochód po amerykańskich kinach, ciesząc się coraz większa popularnością, głównie wśród młodzieży. Na początku był tytuł. Friday The 13th. Chwytliwy i łatwy do zapamiętania. Później efektowne logo. Reszta przyszła szybko.

Scenarzysta napisał scenariusz, studio Paramount, które jako pierwsze z wielkich wytwórni zdecydowało się na ten gatunek, zatwierdziło budżet, Cunningham (współpracujący wcześniej choćby z Wesem Cravenem przy „The Last House On The Left”) zajął się produkcją i reżyserią i w 1980 roku na dużym ekranie można było zobaczyć film, który zapoczątkował jedną z najdłuższych serii filmowych, rozpoznawalną pod każdą długością i szerokością geograficzną. Może trochę przesadziłem z „każdą”, ale średnio rozgarnięty widz ten tytuł kojarzy. Co ciekawe, „twarz” cyklu, legendarny Jason Voorhees, nie od początku przywdziewał charakterystyczną maskę hokejową, a także nie parał się w swoim debiucie filmowym mordowaniem (o czym słusznie przypomniał Wes Craven w swoim znakomitym „Scream”).

POCZĄTEK

Fabuła „Friday The 13th” nawiązuje do „Krwawego obozu” Mario Bavy. W tytułowy piątek, trzynastego dnia czerwca 1979 roku, w 33. urodziny syna Jasona, pani Voorhees (jej imię poznamy dopiero w czwartym filmie) mści jego śmierć. Chłopiec utonął w 1957 roku w Crystal Lake, przez nieuwagę zajmujących się obozowymi dziećmi opiekunów. Po tej tragedii i morderstwach w następnym roku, obóz na wiele lat zamknięto. Do czasu, aż terenem nie zaopiekował się Steve Christy, który planuje zrewitalizować to miejsce wypoczynku. Wraz z zatrudnioną młodzieżą odrestaurowuje domki, ale po kolejnych zniknięciach pracowników i jego samego, planu nie udaje się zrealizować. Matka Jasona zaznacza swą obecność krwią, mordując przybyłych nad Crystal Lake nieszczęśników.

Film okazał się wielkim sukcesem. Po latach od premiery wciąż znakomicie się ogląda. Duża w tym zasługa bardzo dobrej reżyserii Cunninghama, który świetnie operuje napięciem, tworząc przy okazji solidny klimat. Tego właśnie ze świecą szukać we współczesnych slasherach, co predysponuje pierwszy film cyklu do klasyka gatunku (nie tylko podgatunku). Do tego wszystkiego dodać jeszcze obłędną Betsy Palmer, która na planie nie miała żadnej konkurencji, rólkę nieznanego wówczas Kevina Bacona oraz intrygujący finał i mamy gotowy hit.

Widzom się spodobało, a producenci wyczuli, że to nie musi być jeszcze koniec. Nim film zszedł z ekranów, zapadła błyskawiczna decyzja o kontynuowaniu historii rodzinki Voorhees. Postawiono twórców przed nie lada wyzwaniem, wszak główna bohaterka skończyła nienajlepiej. Najtrzeźwiej myślącym okazał się Tom Savini, który wpadł na znakomity pomysł uczynienia głównym negatywnym bohaterem Jasona, od tego momentu rozpoczynającego dręczenie i mordowanie Bogu ducha winnych nastolatków za śmierć swojej matki.

Tym razem scenariusz napisał Ron Kurz, a reżyserii podjął się Steve Miner. W „Friday The 13th Part 2” okazało się, że los małego Voorheesa po feralnym wypadku był nieco inny od tego przedstawionego w pierwszym filmie. Jason nie zatonął, tylko żył przez wiele lat w lasach w pobliżu jeziora w osamotnieniu. Zdeformowany nie pokazywał się ludziom. Na nieszczęście przyszłych ofiar był świadkiem śmierci swojej matki, co ukształtowało go jako człowieka (?). Jego jedynym celem była krwawa, brutalna zemsta. W imię matki. I tak, pierwszą ofiarą została Alice, znana z poprzedniej części. A pięć lat później, kolejni chętni otwarcia obozu kempingowego nad Crystal Lake przekonują się, że nie warto tego robić. Mimo ostrzeżeń miejscowego Szalonego Ralpha (ponowna rola Walta Gorneya) młodzież stawia na swoim, co kończy się wiadomo jak. Jason nie pozwala nudzić się widzowi. Robi co może, by efektownie posłać na „tamten” świat swoje ofiary. A doprawdy jest w tym całkiem dobry. Obdarzony fantazją ułańską, za pomocą swojego pierwszego znaku firmowego czyli maczety, a także kilku innych równie spektakularnych narzędzi eliminuje feralną dziesiątkę. W 85. minut. Nieźle jak na filmowy debiut.

Generalnie być może i film stracił z klimatu pierwowzoru, ale zyskał ikoniczną, rozpoznawalną postać, która na stałe wpisała się w popkulturę. To druga część stworzyła antybohatera, którego postawić można obok Michaela Myersa, Pinheada i Freddy’ego Kruegera. Wirtuoza śmierci, którego dewizą była zawsze prostota. Minimalistę, bezwzględnego, jednak nie pozbawionego uczuć (miłość do matki!). Produkcja Steve’a Minera, mimo nienajlepszych recenzji spotkała się z entuzjazmem wśród fanów, co przełożyło się na efektowny wynik końcowy w box-office. Może nie tak spektakularny jak w przypadku pierwszego odcinka, ale dwudziestokrotny zysk był znakiem do tego by kontynuować historię Voorheesa.

FINAŁ TRYLOGII

Nie było sensu czekać. Twórcy zakasali rękawy i błyskawicznie rozpoczęto pracę nad trzecim filmem pod oczywistym tytułem „Friday The 13th Part III„. Paramount wyłożyło zawrotną kwotę czterech milionów dolarów i ruszyło. Ponownie reżyserią zajął się Steve Miner (zagrał epizod jako prezenter telewizyjny). Tym razem jednak wprowadzono novum, które w ówczesnych latach było mocno promowane. Podpięto się pod numer 3 w tytule i postanowiono zrealizować produkcję z efektem 3-D (później w myśł tej samej zasady powstały choćby Amityville 3-D i Jaws 3-D). Efekt był więcej niż znakomity. Film był tradycyjnie dużym sukcesem i poradził sobie lepiej niż „dwójka”. Krytycy kręcili nosem, ale widzowie wiedzieli swoje. Fabularnie scenarzystom nie udało się wykrzesać niczego nowego. Ale to jest zupełnie nieważne. Bo Jason wrócił i to wystarczyło.

Już w pierwszych scenach wziął się za to, co potrafi najlepiej. Za mordowanie. Akcja działa się bezpośrednio po wydarzeniach z drugiego filmu, więc szybko opatrzył rany i skierował się do rezydencji leżącej nieopodal Crystal Lake. Trafem napotkał tam frywolną młodzież, która stała się jego kolejnym celem w bezustannej misji mszczenia swej rodzicielki. Na widelcu (z czego skwapliwe skorzystał) miał też nieprzyjemny w obyciu gang motocyklowy. Ogólnie rzecz biorąc roboty było sporo. Efekt to tuzin ofiar, z czego co najmniej kilka to zgony jedne z lepszych w całym cyklu. Pełne maestrii i kunsztu, a zgniecenie głowy (później znak rozpoznawczy) Ricka to finezja najwyższych lotów. Jednak to, co czyni część trzecią wyjątkową to maska hokejowa, którą Jason po raz pierwszy zakłada, uprzednio eliminując jej właściciela Shelly’ego. To właśnie ona stała się najbardziej rozpoznawalnym atrybutem Voorheesa, po dziś dzień z nim nierozerwalnie związaną. Film w wielu scenach (z ostatnią na czele!) koresponduje z pierwszą częścią, będąc czytelnym zakończeniem trylogii. Jednak magia dolara po raz kolejny zadziałała na komórkę ekonomiczną wytwórni, która natychmiast wydała dyrektywę o realizacji „ostatniego rozdziału”.

Tym razem zdeklarowani miłośnicy krwawej vendetty made by Jason musieli poczekać na przygody swego ulubieńca aż dwa długie lata. Wszak (ponowne) zakończenie (w założeniu) miało być wybuchowe i wyjątkowe. W przypadku „Friday The 13th. The Final Chapter” scenarzyści dwoili się i troili, aby finalna rozgrywka była czymś wyjątkowym. Niekoniecznie im się to udało. Tradycyjnie fabularnie obyło się bez nowinek, i jak przystało na trzeci sequel postawiono na widowiskowość i zwiększenie liczby zmarłych. Wydarzenia są bezpośrednim następstwem finału „trójki”. Jason zostaje przewieziony do kostnicy, w której natychmiast ot tak ożywa i z charakterystycznym dla siebie wdziękiem zabija jej pracowników. Udaje się nad swoje jeziorko, nad którym rozbija się grupka nastolatków…

Biegu zdarzeń nie trudno przewidzieć. Koniec końców Jason zlikwidował aż trzynaście osób, bijąc swój życiowy rekord. Nie można odmówić mu pomysłowości w pozbawianiu życia (mimo kilku powtórek). Po prostu ma fach w rękach. Wie jak go umiejętnie użyć. Jednak dobra passa nie trwa wiecznie i jak mówi stare porzekadło, „kto mieczem wojuje od miecza ginie”, albo „przyszła kryska na Matyska” albo… w każdym razie Jason znalazł równego sobie. Został nim 12-letni, rezolutny Tommy (w tej roli Corey Feldman). Twórcy postanowili właśnie jego uczynić katem mordercy znad Crystal Lake. Stał się pogromcą Voorheesa kończąc jego żywot w sposób krwawy i efektowny (jak przystało na amerykańskiego nastolatka). Wydawało się, że koszmar dobiegł końca. Krytycy odetchnęli z ulgą, nie mogąc ścierpieć sukcesów kasowych tej serii. Jednak jej finał po raz kolejny spowodował, że publiczność licznie stawiła się do kinowych kas zostawiając grube miliony, co przy malutkim dwumilionowym budżecie przyniosło krociowe zyski. I ci widzowie właśnie, którzy swoje ciężko zarobione pieniądze w zaufaniu przekazali Paramountowi nie mogli uwierzyć, co wytwórnia zrobiła z ich bohaterem. Tak potraktować ikonę popkultury? Niewyobrażalne! Podniesione larum i przede wszystkim argument finansowy (większy hit niż A Nightmare On Elm Street) zadziałały. To wciąż nie był koniec…

CIĄG DALSZY NASTĄPIŁ…

Niezwłocznie przystąpiono do przygotowawczych prac reanimujących pt. „Friday The 13th. A New Beginning„. Danny Steinmann, reżyser i współscenarzysta w jednej osobie postanowił kontynuować wątek małoletniego Tommy’ego (Corey Feldman ze względu na zobowiązania aktorskie – kręcił właśnie The Goonies – pojawił się jedynie gościnnie), który nie może otrząsnąć się po wydarzeniach nad Crystal Lake. Umieścił go w zakładzie psychiatrycznym. Niestety chłopak ma stany lękowe i wizje, w których pojawia się Jason. W szpitalu tymczasem dochodzi do serii morderstw, których autorem wydaje się być Voorhees. Twórcy przygotowali jednak widzom zaskakującą woltę, która wprawiła w osłupienie wielu. Finał niestety nie przysporzył nowych fanów, a starzy miłośnicy nie byli zadowoleni. Przeniesienie akcji w mury szpitalne obdarło produkcję z atmosfery poprzedników (jaka by nie była), a całość zdecydowanie odstawała poziomem od poprzednich odcinków. Film natomiast poszczycić się może największą ilością zgonów w historii cyklu. Eksperci naliczyli ich aż 22, jednak – co istotne – dopuściły się tego różne osoby. Mankamenty nie przeszkodziły przynieść wytwórni dziesięciokrotnego zysku. Co poskutkowało skierowaniem na tory realizacyjne kolejnego odcinka.

Podtytuł filmu „Friday The 13th Part VI. Jason Lives” mówi wszystko. On żyje. Maestro śmierci – ku uciesze sympatyków – wraca, by znów siać zamęt i toczyć litry młodej krwi. „Szóstka” była próbą rehabilitacji po nieudanym „nowym początku”. Po raz kolejny dano szansę Tommy’emu (trzeci aktor w tej roli), by w końcu na dobre rozprawił się z demonami przeszłości. Wysłano więc go wraz z kolegą do miejsca pochówku Jasona, by tam po wykopaniu zwłok dobił nieboszczyka (zdaję sobie sprawę jak absurdalnie brzmi to zdanie). Jednak licho nie śpi i uderzenie pioruna (echo Frankensteina?) przywraca do życia Voorheesa, który niczym sam Jezus (obawiam się, że to zbyt dalece idąca analogia) zmartwychwstaje. Kieruje się w jedynym oczywistym kierunku: w rejony Crystal Lake, które w tzw. międzyczasie zmieniło nazwę na Forest Green by odciąć się od niechlubnej przeszłości. Nad jeziorem stacjonuje już nieświadoma zagrożenia grupa młodych, spragnionych miłości i natury osób, która będzie musiała pożegnać się ze swym życiem. W ruch idzie niezawodna maczeta.

Szczególnej uwadze polecam scenę prawdopodobnie inspirowaną sienkiewiczowskim „Ogniem i mieczem”, w której za jednym machnięciem następuje potrójna dekapitacja. Pełen werwy i pomysłowości w tej części jest Jason. Nowe życie wyraźnie mu posłużyło, bo wznosi się na wyżyny swych możliwości, stawiając zarówno na ilość (18 zgonów – rekord!) nie zapominając o jakości (różnorodność). Powrót do żywych Voorheesa wyszedł serii na zdrowie. Mimo nie do końca przemyślanych niektórych pomysłów, film cieszy się sporym szacunkiem wśród fanów. Dobre, równe tempo i przede wszystkim powrót głównego bohatera, będącego w wyśmienitej formie czynią film jednym z jaśniejszych w całej historii „Piątków”. Szkoda tylko, że zabrakło wątku, który pojawił się we wczesnym skrypcie. Ujawnić się miał ojciec Jasona, Elias. Ostatecznie do tej pory nie dane było widzom poznać seniora rodu. Tradycyjnie oscylujący wokół dwóch milionów dolarów budżet bardzo szybko się zwrócił, co wiązało się z kontynuowaniem dochodowej serii. Nie ma przebacz.

SCHYŁEK

Podczas marszu Jasona przez ekrany kin, wyrósł mu spory konkurent. Freddy Krueger, który wzbudzał grozę na ulicy Wiązów. Aby skonsumować ten sukces w odpowiedni sposób, twórcy wpadli na pomysł zrealizowania wspólnej produkcji z udziałem obydwu dżentelmenów. Niestety właściciele praw do serii, Paramount (przedstawiciele pana Jasona Voorheesa) oraz New Line Cinema (reprezentanci pana Fredericka Charlesa Kruegera) nie doszli ostatecznie do porozumienia. Fani musieli obejść się smakiem i jeszcze trochę cierpliwie poczekać. Szkoda, bo pomimo sukcesu ostatniego „piątku”, dało się odczuć wyraźne zmęczenie materiału.

Niemniej siódmy film „Friday The 13th Part VII. The New Blood” zadebiutował w amerykańskich kinach w piątek, 13. maja 1988 roku. Scenarzystów mocno poniosła fantazja. Postanowili kontynuować wątki paranormalne z poprzednich części i oponentem Jasona uczynić dziewczynę o zdolnościach telekinetycznych (skojarzenia z „Carrie” Briana De Palmy naturalne). Obwiniająca się o śmierć ojca Tina, zupełnie przypadkiem za pomocą swych mocy wskrzesza spoczywającego na dnie jeziora niesławnego rezydenta Crystal Lake. Pałający chęcią mordu Voorhees jak przystało na bohatera „Piątku Trzynastego” czyni swą powinność, szlachtując bez opamiętania i cienia małej refleksji. Tym razem nie udaje mu się osiągnąć nowego życiowego rekordu, choć liczba 15 ofiar wciąż robi wrażenie. W finale dochodzi do ostatecznej konfrontacji ze wspominaną wcześniej Tiną.

Trudności ze zdeklarowaniem się co do przyszłości cyklu spowodowały, że twórcy zaczęli brnąć w coraz bardziej kuriozalne pomysły. W tym wypadku nie wyszło to za dobrze. Pojawiający się tu i ówdzie humor też nie poprawił sytuacji. Wartym odnotowania jest fakt, że po raz pierwszy odtwórcą roli Jasona został Kane Hodder, który zagrał tę postać jeszcze w trzech kolejnych filmach, stając się najbardziej rozpoznawalnym z wszystkich wcieleń Voorheesa, kapitalizując to w kolejnych produkcjach nie związanych z serią.

Mimo nieprzychylnej reakcji, niejako z rozpędu również i ta część zarobiła na siebie z nawiązką. I gdy wydawało się, że to już ostatnie tchnienie Jasona, Paramount zdecydował się na jeszcze jeden odcinek.

I LOVE NEW YORK

Projekt trafił w ręce debiutanta Roba Heddena. Jego zadaniem było godne zakończenie serii. Na ten cel przeznaczono rekordowy budżet (5 milionów dolarów). Reżyser wpadł na pomysł zmiany lokacji (co mocno zasugerowano już w tytule „Friday The 13th Part VIII. Jason Takes Manhattan„). Krok bardzo ryzykowny. Jak to przedstawiało się finalnie? Jason ponownie został zreanimowany, udało mu się to dzięki dobrym na wszystko wyładowaniom atmosferycznym. Z głębin Crystal Lake od razu przystąpił do ataku na parę kochanków. Przejmując łódź zmierza w stronę… Nowego Jorku. W trakcie rejsu przesiada się na wycieczkowiec Lazarus (sic!), by tam po raz kolejny dokonać masakry, doprowadzając nawet do zatonięcia statku. Dopiero w końcowej fazie filmu trafia na Manhattan, by tam zwieńczyć dzieło (ostatecznie na liczniku znalazło się 17 zgonów). Niestety, świeże spojrzenie debiutanta nie pomogło. Słaby realizacyjnie, wykastrowany z emocji ósmy odcinek jest najsłabszym z cyklu pod skrzydłami Paramount. Eksperyment się nie udał, a wytwórnia porzuciła swoje (już) niechciane dziecko. Jason po niemal dekadzie sukcesów, w wyniku ogólnego spadku zainteresowania slasherami (dotyczyło to też innych, znamienitych tytułów) musiał odejść do lamusa.

NOWY DOM

Kiedy wydawało się, że to naprawdę koniec (który to już raz?) doszło do transakcji wykupu praw autorskich do cyklu. Wytwórnia New Line Cinema przypomniała sobie o planach cross-overa dwóch serii i postanowiła coś jeszcze wykrzesać z „Piątku Trzynastego”. Efektem było pozbycie się przez Paramount praw z zachowaniem dotychczasowego dorobku. Dzięki temu ruszyły prace przy dziewiątej części, która, zgodnie z zapowiedziami, miała skierować Jasona ku otchłaniom piekielnym.

By nowe życie i jednocześnie finałowy jego koniec było okazałe, poproszono o współpracę nad „Jason Goes To Hell. The Final Friday” twórcę całego cyklu Seana S. Cunninghama by z klasą domknął sprawę. Na stołku reżysera zasiadł protegowany producenta, Adam Marcus. Budżet opiewał na zawrotną jak na ten cykl kwotę 7 milionów dolarów. Warunki były wręcz cieplarniane, należało tylko zrobić porządny film, co okazało się rzeczą awykonalną. Cuningham zapomniał chyba o co chodzi w „piątkach”, a Marcus był zwykłym partaczem i razem stworzyli jeden z najgorszych, jeśli nie najgorszy film z serii. To był prawdziwy falstart New Line Cinema. Opowieść o duchu Jasona, w ciele koronera i ostatecznie niewielkiej roli Voorheesa, była tak niedorzecznie kuriozalna, że pogrążyła tę nieudaną produkcję. Ratuje ją tylko kilka smaczków. Przede wszystkim epizod Kane’a Hoddera (który jako Jason – już po raz trzeci – tym razem miał niewiele do zagrania) jako strażnika, wypowiadającego zabawną kwestię czy wciąż udane choć już wtórne do poprzednich pomysły na uśmiercenie ofiar. I ostatnia scena, miód na serce slasher-maniaków, czyli rękawica Freddy’ego Kruegera chwytająca maskę Jasona, stanowiąca zapowiedź wspólnej produkcji obydwu ikon horroru. Na tę jednak fani musieli trochę poczekać, bo decydenci wytwórni mieli w zanadrzu jeszcze jednego „asa w rękawie”.

Klapa dziewiątego odcinka (choć się zwrócił) była kubłem wody dla twórców i dowodem na słuszność decyzji Paramountu o nie kontynuowaniu cyklu. New Line Cinema na długo zapomniało o postaci Jasona. Jednak kiedy w 1996 roku Wes Craven osiągnął ogromny, a przy tym niespodziewany sukces swoim „Scream” i świat ponownie oszalał na punkcie slasherów, wytwórnia postanowiła spróbować kolejny raz, chcąc zrehabilitować się za kompromitację z 1993 roku.

Z niejasnych przyczyn ponownie w projekt wkręcił się Sean S. Cunningham, który zwerbował swojego syna Noela. Wraz z reżyserem Jamesem Isaakiem i scenarzystą Toddem Farmerem rozpoczęli produkcję jubileuszowego odcinka serii o tytule „Jason X„. I ten ostatni wpadł na szalony pomysł wysłania Jasona w… przestrzeń kosmiczną. Morderca znad Crystal Lake zahibernowany w 2010 roku został w 2455 roku odnaleziony i rozmrożony przez dwójkę studentów na planecie Ziemia 2. Powiększony i podrasowany (UberJason) zaczyna kolejny krwawy szlak. Taki prezent dla fanów mógł zakończyć się tylko jednym. Totalną katastrofą. Twórcy nie nauczyli się niczego z doświadczeń innych serii. Wszak czwarte odsłony „Critters”, „Leprechuna” czy „Hellraisera” których akcja również działa się w kosmosie, były kompletnymi pomyłkami. „Jason X” dołączył do tego towarzystwa. Nawet wytwórnia nie wierzyła w tę produkcję. Film miał spore problemy z amerykańską premierą, która miała miejsce niemal rok po debiucie na innych rynkach. Podobnie reagowali widzowie, kompletnie ignorując tę produkcję. Jason mimo pobicia własnego rekordu (ponad 20 zgonów) nie zaskarbił sobie sympatii fanów. Nie pomógł epizod Davida Cronenberga. Pozostało jedyne rozwiązanie.

 

FREDDY VS. JASON

Długo zapowiadane spotkanie dwóch antybohaterów filmowych o proweniencji horrorowej po wielu obietnicach w końcu zostało skierowane do realizacji.W 2002 roku studio wytoczyło swoje wszystkie działa przeznaczając na projekt „Freddy Vs. Jason„zawrotne 25 milionów dolarów. To miał i musiał być duży hit. Na reżysera wyznaczono Ronniego Yu, który w 1998 roku z powodzeniem odświeżył serię o zabójczej laleczce realizując „Bride Of Chucky”.

Fabuła zasadzała się na pomysłowym wątku. Przebywający w czeluściach piekielnych Freddy Krueger wpada na pomysł by pod postacią Pameli Voorhees namówić Jasona do kilku morderstw na ulicy Wiązów. To spowodowałoby nawrót wspomnień o Kruegerze wśród mieszkańców, a tym samym jego triumfalny powrót do Springfield. Nieświadomy Jason (!!) realizuje plan Freddy’ego, który w glorii powraca do rodzinnego miasteczka rozpoczynając krwawe żniwa wśród nastoletnich obywateli. Z czasem dochodzi też do tytułowej konfrontacji. Trzeba przyznać, że ta produkcja to najlepsza rzecz, jaka przytrafiła się „Piątkowi” od wielu lat. Przede wszystkich pomysłowa, zabawna, z dystansem i polotem. Efektowna, bardzo dobra realizacyjnie, a także świetnie bawiąca się schematami, co z dużą dawką czarnego humoru (tu bryluje tradycyjnie Freddy) stanowi przyjemną mieszankę wybuchową. Na filmie poznali się też widzowie, czego efektem był długo wyczekiwany przez New Line Cinema sukces finansowy. Fani mogli odetchnąć z ulgą. Jason godnie pożegnał się z widzami. I choć dość zaskakujący sukces spowodował wysyp pomysłów na kontynuację tego pojedynku („Freddy Vs. Jason 2”, a także „Freddy Vs. Jason Vs. Ash”) to do realizacji nigdy nie doszło. Seria dobiegła końca.

 

POZA OFICJALNYM CYKLEM

By obraz „piątkowego” uniwersum był pełny należy wspomnieć o innych produkcjach tej marki. Pierwsza to serial „Friday The 13th. The Series”, który debiutując w 1987 roku doczekał się trzech sezonów z łącznie 72. odcinkami. Paramount zauważając schyłek zainteresowania slasherami próbował wycisnąć coś z tego tematu w małym formacie telewizyjnym. Twórcą serialu został Frank Mancuso Jr., a wśród obsady znalazło się kilka osób pracujących przy filmach kinowych. Jednak prócz tytułu produkcja ta nie ma nic wspólnego ze znanymi wcześniej „Piątkami”, jak i samym Jasonem. Serial mimo tego (a może właśnie dzięki temu?) zyskał sporą popularność i był ceniony przez widzów. Został anulowany przez CBS w 1990 roku.

Jednak jak na razie ostatnią inkarnacją Jasona Voorheesa była produkcja w reżyserii Marcusa Nispela z 2009 roku. Oficjalnie to zalążek nowej serii, tzw. reboot, pod jakże oczywistym tytułem „Friday The 13th”. Do jego produkcji przygotowano się niezwykle skrupulatnie. Zwrócono się do Platinum Films, studia Michaela Baya, które zrobiło remake „The Texas Chainsaw Massacre” zyskując nowych nastoletnich widzów. Ostatecznie pierwsze trzy części oryginalnej serii skumulowano w kilkudziesięciu pierwszych minutach filmu, a reszta stanowiła osobną historię. Jason prezentował się okazale i ze swojego nowego oblicza może być zadowolony. Nie ma też czego się wstydzić w kwestii ilości ofiar. Trzynaście na początek w zupełności wystarcza. Film odniósł spory sukces, kilkakrotnie zwracając koszty produkcji (19 milionów dolarów). Wydawało się, że sequel będzie tylko kwestią czasu. Do tej pory jednak nie powstał. Co ciekawe jednak w 2013 roku prawa do cyklu ponownie trafiły do Paramountu.

GARŚĆ NIEKONIECZNIE ISTOTNYCH FAKTÓW

Jak przystało na każdą szanującą się serię i ta ma kilka (nie zawsze) interesujących ciekawostek, o których wiedza przydatna jest podczas brylowania w towarzystwie. Tak jest i w tym przypadku. Priorytetową jest ta o aktorach odtwarzających postać Jasona. W sumie było ich aż dziewięciu (Ari Lehman, Warrington Gillette i Steve Dash, Richard Brooker, Ted White, C.J. Graham, Kane Hodder (7-10), Ken Kirzinger i Derek Mears). Przy okazji, nazwisko Voorhees scenarzysta Victor Miller zapożyczył od swojej szkolnej koleżanki. Natomiast muzykę do ośmiu filmów napisał Harry Manfredini, który inspirację czerpał m.in. z kompozycji (uwaga, polski akcent) Krzysztofa Pendereckiego.

Poza Jasonem, postacią która najwięcej razy przewinęła się przez kolejne odcinki był Tommy Jarvis (4,5 i 6), za każdym razem grał go inny aktor. A skoro wspomniałem o aktorstwie, to pierwsze kroki w tym fachu stawiali na planie „piątków” później znani i lubiani Kevin Bacon, Corey Feldman, Crispin Glover, Kelly Hu i wokalistka Destiny’s Child Kelly Rowland. By jednak nie przesadzić z wszechwiedzą o serii proponuję zakończyć to ostatnim efektownym elementem w postaci pomysłowej ikonografii obrazującej historię i rodzaj zgonów, których autorem na przełomie wszystkich filmów jest Jason. Kliknijże tu, wydrukuj i schowaj w kieszeni marynarki. Przyda się.

EPILOG

Ponad trzydziestoletnia filmowa historia jednej z najdłuższych serii (i najlepiej zarabiających) gatunku horror to hektolitry krwi, pokłosie niemalże 200 ofiar, 11 oficjalnych części, 1 serial i 1 reboot, a także dwa świetne filmy dokumentalne skrupulatnie przybliżające historię i fenomen cyklu „His Name Was Jason: 30 Years of Friday the 13th” oraz jeszcze świeży „Crystal Lake Memories: The Complete History of Friday the 13th”. Trudno nie wspomnieć o grupie naśladowców, a także fanów robiących własne filmy. Pojawiło się kilka parodii („Saturday The 14th”) i hołdów.

Wciąż kwitnie też życie pozafilmowe. Ukazało się kilkanaście książek, czy to nowelizacji filmów, czy też samodzielnych powieści (a nawet całe cykle dla młodzieży, tudzież seria związana z „Jasonem X”). Voorhees świetnie sobie radzi na kartach komiksów, pojawiając się w różnorakich konfiguracjach lub samodzielnych przygodach. Również trochę czasu poświęcili mu twórcy gier, wypuszczając na rynek kilka małych pozycji (jedna choćby tu). Świetnie idzie interes z figurkami, gadżetami (maczety, maski) i koszulkami.

A Wszystko to efekt destrukcyjnej działalności Jasona, który z miejsca stał się legendarną postacią kina. Ikoną horroru, mistrzem śmierci pełnym inwencji i zaangażowania w to, co robi. Resocjalizującym na swój własny, wyjątkowy sposób amerykańską młodzież za jej grzechy pożądania, rozpusty i nierządu, pod ideologicznym płaszczykiem zemsty za śmierć matki. Prącą niczym taran erfekcyjną maszyną do zabijania, pierwotną niszczycielską siłą, której nawet pojawiające się często i gęsto cycki nie odwiodą od celu. Antybohater, który na stałe wpisał się w historię popkultury. Czy jeszcze o nim usłyszymy? Nie wątpię, bo kończył wiele razy i zawsze powracał. Prawdopodobnie nie będzie to kontynuacja klasycznego cyklu, lecz prędzej sequel reboota. Tego sobie i Wam serdecznie życzę.

Oficjalny cykl:
1. FRIDAY THE 13 TH – Piątek Trzynastego – 1980, reż. Sean S. Cunningham
2. FRIDAY THE 13TH PART 2 – Piątek Trzynastego 2 – 1981, reż. Steve Miner
3. FRIDAY THE 13TH PART III – Piątek Trzynastego III -1982, reż. Steve Miner
4. FRIDAY THE 13TH. THE FINAL CHAPTER – Piątek Trzynastego. Ostatni rozdział – 1984, reż. Joseph Zito
5. FRIDAY THE 13TH. A NEW BEGINNING – Piątek Trzynastego V. Nowy początek – 1985, reż. Danny Steinmann
6. FRIDAY THE 13TH PART VI. JASON LIVES – Piątek Trzynastego VI. Jason żyje – 1986, reż. Tom McLoughlin
7. FRIDAY THE 13TH PART VII. THE NEW BLOOD – Piątek Trzynastego VII. Nowa krew – 1988, reż. John Carl Buechler
8. FRIDAY THE 13TH PART VIII. JASON TAKES MANHATTAN – Piątek Trzynastego VIII. Jason zdobywa Manhattan – 1989, reż. Rob Hedden
9. JASON GOES TO HELL. THE FINAL FRIDAY – Piątek TrzynastegoIX. Jason idzie do piekła  – 1993, reż. Adam Marcus
10. JASON X – Jason X – 2001, reż. James Isaac
11. FREDDY VS. JASON – Freddy Vs. Jason – 2003, reż. Ronny Yu

Serial:
FRIDAY THE 13TH. THE SERIES – 1987-1990, 3 sezony, 72 odcinki.

Reboot:
FRIDAY THE 13TH – Piątek Trzynastego  – 2009, reż. Marcus Nispel

Latest posts by tomashec (see all)







  • Mefisto

    Nie było tego wcześniej w sequelach? Tak czy siak przyjemnie napisany tekst, który zachęca do powrotu nad Crystal Lake (choć jedynka nigdy mi się specjalnie nie podobała – najciekawiej i najlepiej wypada ostatni film z Freddkiem). Tylko czemu cycki w cydzysłowiu? :)

  • Ojciec Fernando

    Z tą serią to więcej śmiechu niż strachu. A pierwsza część to ogólnie jest cienka do bólu – taka ramotka. Kilka części ogląda się nawet przyjemnie, mają swój urok, ale nic poza tym.

  • kamfpv

    Świetny tekst. Chyba dziś odświeżę którąś z części.

  • SilverAG

    Jako zagorzały fan serii (nie ma chyba większego w tym na swój sposób zabawnym kraju) muszę przyznać, że tekst solidny :-) Kilka małych uwag: Freddy w FvsJ zabił tylko jedną osobę, Jasona grał jeszcze jeden „aktor” (w 8 części syn montażysty – swojsko brzmiące nazwisko Mirkovich), zaś w 1979 r. 13 czerwca nie był w piątek :-) Ale ten błąd wynika z roku na nagrobku matki Jasona w 4 części. Piątek trzynastego czerwca był w 1980 r., czyli w roku premiery. Pozdrawiam fanów :-)

  • SilverAG

    A co do „men behind the mask” – było ich nawet więcej – w 6 części w kilku scenach Jasona grał inny aktor, w 2 części jego nogi grała kobieta :-), w FvsJ w ostatniej scenie jako Jason wystąpił Douglas Tait. No i jeszcze ten młody, który grał w rozszerzonej wersji remako-rebootu.

  • Radosław Buczkowski

    Jest Tomasz, jest dobrze! :)

  • rob

    ja tam X lubie ale to ze względu na obsade czyli panie z andromedy lexa doig i lisa ryder ;)to chyba najbardziej komediowa odsłona cyklu :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Harry Potter i Star Wars - nadchodzą spin-offy

Następny tekst

Najlepsze blockbustery lata 2013



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE