NAJLEPIEJ ZAPOWIADAJĄCY SIĘ REŻYSERZY, CZĘŚĆ 1 | FILM.ORG.PL

NAJLEPIEJ ZAPOWIADAJĄCY SIĘ REŻYSERZY, CZĘŚĆ 1








25.09.2013


Przed wami pierwsza część naszego zestawienia najbardziej obiecujących reżyserów filmowych, którzy mają na koncie nie więcej niż dwa filmy. Owe obrazy mogą już sugerować kierunek, w jakim będzie podążał twórca – staramy się więc przyjrzeć reżyserom na ich artystycznej ścieżce. 

Kto będzie nowym Kubrickiem, Fellinim, Bergmanem? Kto wejdzie w buty Spielberga, Scotta, Lyncha? Kto odkryje nowe horyzonty, zaproponuje coś nowego, coś, czego jeszcze w kinie nie było? Kto skupi na sobie uwagę widzów, krytyków, kinomanów? Te pytania, na które udzielamy konkretnych odpowiedzi, to wyłącznie przypuszczenia i dywagacje, które w najbliższych latach mogą zostać skutecznie zweryfikowane.

Nasze zestawienie nie jest rankingiem. To lista nazwisk – ułożona alfabetycznie – które budzą w nas najwięcej emocji, z którymi wiążemy największe nadzieje i na których kolejne filmy bardzo czekamy, nie spodziewając się jakościowego spadku w dół.

Innymi słowy, zapamiętajcie poniższe nazwiska. Oni za kilkanaście, kilkadziesiąt lat mogą rozdawać karty w światowym kinie.

Zapraszamy do lektury.

 

Urszula Antoniak

W czyje buty wchodzi? Krzysztof Kieślowski, Michael Haneke

Ulubione gatunki? Dramat

Urszula Antoniak rozpoczęła edukację filmową na Wydziale Radia i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego. Po uzyskaniu dyplomu postawiła jednak na opuszczenie Polski i emigrację do Holandii. Po nauce w Amsterdamie i krótkim romansie z kinem dokumentalnym reżyserka skierowała wzrok w stronę kina fabularnego. Jej debiut – „Nic osobistego” to wrażliwa, świetnie sfotografowana i zagrana (Lotte Verbeek i Stephen Rea!) opowieść o samotności, miłości i trudnych życiowych wyborach. Pojawia się w niej również wątek śmierci, będący jednym z głównych tematów  „Code Blue”, czyli drugiej fabuły Antoniak. Mimo pozornie odrębnych historii, oba filmy w jakiś tajemniczy sposób łączą się w całość. Scala je wyraźny, dojrzały styl Antoniak, która mimo znajdowania się na początku kariery mówi ostro, dosadnie, ale i wrażliwie, z klasą. [Jalowski]

Artykuł o filmach Urszuli Antoniak.

Maren Ade

W czyje buty wchodzi? Michael Haneke

Ulubione gatunki? Dramat

w 2009 roku Maren Ade wyjechała z Berlina ze Srebrnym Niedźwiedziem. Początkowo nie rozumiałem decyzji jury, ale po jakimś czasie dałem „Wszystkim innym” (zwycięski tytuł) jeszcze jedną szansę. Niemka przez cały film pozostaje bardzo blisko swoich bohaterów, każe podglądać widzowi tarcia, jakie powstają w ich związku, próby, jakie małżonkowie podejmują, aby te pęknięcia przepracować. Nie jest to kino łatwe, bo chodzi w nim nie o grę na emocjach, ale o intelektualne spojrzenie na pewne konstrukcje społeczne, w tym przypadku instytucję związku/małżeństwa. Jeśli Ade podciągnie się nieco w sprawach związanych z narracją, może zdobyć w przyszłości jeszcze niejedną festiwalową nagrodę. [Jalowski]

Richard Ayoade

W czyje buty wchodzi? Wes Anderson

Ulubione gatunki? Komedia z elementami dramatu, dramat z elementami komedii

Richard Ayoade, znany szerszej publiczności jako Moss z „The IT Crowd”, aktorskie występy komediowe przeplata z fuchą reżysera. Jego pełnometrażowy  debiut, „Moja łódź podwodna” to słodko-gorzka opowieść o młodym ekscentryku, któremu przyszło żyć w nie mniej ekscentrycznym świecie. Ayoade prowadzi film w taki sposób, jakby siedział na fotelu reżysera od dziecka. Akcenty komediowe idealnie uzupełniają wątki dramatyczne, bajkowość historii miesza się z nieco melancholijnym spojrzeniem na otaczającą nas rzeczywistość. Twórca gra z widzem, prowadzi świadomy dialog i bawi się konwencjami. Jeśli poziom „Mojej łodzi podwodnej” zostanie utrzymany w jego kolejnych filmach lub, czego życzę sobie i wszystkim widzom, zacznie wzrastać, to Ayoade może stać się jednym z najważniejszych nazwisk amerykańskiego „indie cinema”. [Jalowski]

Richard Bates Jr

W czyje buty wchodzi? David Cronenberg, John Waters

Ulubione gatunki? Horror, groteska

Filmowa kariera Batesa Jr rozpoczęła się od nakręcenia krótkometrażówki o nazwie „Excision”. Film pokazano na pięćdziesięciu festiwalach, na których zdobył aż dwadzieścia cztery nagrody. Sukces krótkiej formy utwierdził młodego twórcę w przekonaniu, że „Excision” powinno doczekać się pełnometrażowego rozwinięcia. Problemem jak zawsze były pieniądze. Po zapukaniu do niezliczonej ilości drzwi i pozbieraniu funduszy po znajomych, Bates był w stanie popchnąć projekt do przodu. Na pokładzie „Excision” znaleźli się między innymi John Waters i Malcolm McDowell. Do roli głównej zatrudniono AnnaLynne McCord, która dla angażu w filmie w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej chwyciła nóż i zaczęła ucinać sobie włosy. Szaleństwo castingu przedostało się do gotowego obrazu. „Excision” to ekscentryczne połączenie horroru cielesnego, czarnej komedii, gore i wizualnego manieryzmu. Mieszanka wybuchowa i rzecz niezwykle świeża, choć – jak się wydaje – mająca swoje źródła w pracach takich twórców jak David Cronenberg, John Waters czy Michael Lehmann. Bates Jr może w przyszłości mocno namieszać w szeroko pojętym kinie grozy. [Jalowski]

Recenzja EXCISION


Juan Antonio Bayona

W czyje buty wchodzi? Alfonso Cuaron

Ulubione gatunki? Teoretycznie wszystkie

Oczywiste tematy, gatunki czyni nieoczywistymi. Najpierw był horror-niehorror, czyli „Sierociniec”, który zafascynował cudownym klimatem wprost wylewającym się z ekranu – klasyczny sztafaż grozy, z obowiązkowo skrzypiącymi drzwiami i demoniczną przeszłością, wzbogacił o elementy czystej psychologii. Dzięki temu powstał niebanalny straszak, który do dnia dzisiejszego może być stawiany za wzór – słychać w nim bardziej echa „Dziecka Rosemary” niż współczesnych przedstawicieli tego gatunku. Podobnie rzecz się ma z „Niemożliwym”, czyli klasycznym kinem katastroficznym, skąpanym (i to dosłownie) w realistycznie podanym dramacie psychologicznym. Coś, co zdaje się banałem, nabrało mało pretensjonalnych rumieńców – ta historia przejmowała, wzruszała i do tego bez żerowania na tanich emocjach. Te dwa tytuły sugerują, że Bayona ma świetlaną przyszłość przed sobą bez względu na gatunki filmowe, którym będzie się przyglądał – jest to droga, którą obserwujemy u takiego choćby Alfonso Cuarona, który udanie łączy duże ambicje z reżyserską perfekcją bez względu na to, czy robi sf, dramat czy thriller. [Oświeciński]

Recenzja SIEROCIŃCA

Recenzja NIEMOŻLIWE

Shane Black

W czyje buty wchodzi? Richard Donner

Ulubione gatunki? Buddy movie, kino akcji

Najlepiej opłacany scenarzysta połowy lat 90. W pewnym momencie powiedział morderczej hollywoodzkiej machinie dość, pokazał środkowy palec i schował się przed wielkim kinem na dziewięć lat. Niespodziewanie powrócił w 2005 roku, debiutując jako reżyser napisanym przez siebie „Kiss Kiss Bang Bang” – skąpanym w klimatach noir, kumpelskim kryminale komediowym, którym nie dość, że wyciągnął Roberta Downeya Jr. i Vala Kilmera z otchłani aktorskiego śmietnika, to jeszcze udowodnił, iż filmy robić potrafi. Kolejne produkcje dobiera ostrożnie – na co może sobie pozwolić ze swoją już ugruntowaną pozycją – i kolejny obraz wyreżyserował dopiero po siedmiu latach. W tym roku na ekrany kin trafił jego wysokobudżetowy „Iron Man 3”. Znany ze swoich celnych, skrzących się humorem dialogów Black na pewno wróci z kolejnym obrazem – jego akcja będzie rozgrywać się w święta, a dwóch facetów nauczy się współpracować ze sobą. Tego możemy być pewni. [Pisula]

Recenzja IRON MAN 3


Neill Blomkamp

 W czyje buty wchodzi? W swoje

Ulubione gatunku? Science-fiction, a w szczególności fantastyka socjologiczna

To chyba jedno z gorętszych nazwisk tego zestawienia. Neill Blomkamp zasłużył sobie na to miano sukcesem artystycznym i komercyjnym swojego pierwszego, pełnometrażowego obrazu – Dystryktu 9. Liczne nominacje, jakie obraz ten zdobył, m.in. do nagrody Oscara, Złotego Globu czy BAFTA są tego faktu potwierdzeniem. Blomkamp, jak wielu reżyserów, zaczynał od tworzenia reklam i filmów krótkometrażowych. Jednak najbardziej na jego twórczość wpływ wywarł nie tyle wypracowany kunszt, co własne pochodzenie. Urodził się w Johannesburgu, stolicy jednej z prowincji RPA, w okresie rozkwitu apartheidu.  I choć na swoim koncie ma na razie tylko dwa filmy, już teraz można powiedzieć, że problematyka podziałów klasowych stała się wiodącym tematem jego sztuki. Przemycanie socjologicznych rozważań Blomkamp wzbogaca jedyną w swoim rodzaju oprawę wizualną. Zarówno „Dystrykt 9.” jak i „Elizjum” porażają jakością wykonania aspektów technicznych, takich jak efekty wizualne, scenografia czy montaż. To umiejętne wyważenie proporcji między treścią a formą jest ważnym wyróżnikiem jego stylu. Udowadnia więc, że nawet najbardziej wygórowany przekaz musi mieścić się w atrakcyjnej dla oka i dobrze zrealizowanej formie. O Neillu Blomkampie można powiedzieć, że jest jednym ze współczesnych dekonstruktorów gatunku science fiction. Wykorzystuje bowiem na swój oryginalny sposób gatunkową stylistykę i wiodące motywy do tego, by wysyłać w świat ważne przesłania społeczno-polityczne. Bez względu na to, czy jego poglądy (jak można się domyślić, na wskroś socjalistyczne) są słuszne czy nie, cenię tego reżysera właśnie za odznaczanie się dużą autonomią twórczą w przekazywaniu fantastycznych treści. Co przyniesie mu przyszłość? Przymierzany był do ekranizacji gry „Halo”, powstał nawet materiał roboczy, ale ostatecznie porzucił ten projekt. Z całą pewnością jednak w swoich kolejnych obrazach pozostanie wierny wyraźnie nakreślonemu przez siebie stylowi. [Piwoński]

Recenzja DYSTRYKT 9

Recenzja ELIZJUM


Zach Braff

W czyje buty wchodzi? Ma coś z Mike’a Nicholsa

Ulubione gatunki? Psychodrama na wesoło

Jak na razie autor genialnego debiutu, jakim był „Powrót do Garden State”. Sentymentalnie, choć niebanalnie. Śmiesznie, choć nie głupkowato. Pozytywnie, lecz bez naiwności. Sam pisze scenariusze swoich filmów, w których skrzy się od znakomitych i – co najważniejsze – naturalnych dialogów. Obecnie Braff pracuje nad drugim filmem, na który zebrał pieniądze dzięki kampanii na Kickstarterze. „Wish You Were Here” ma być swoistą kontynuacją niezwykłego klimatu, który zaserwował w debiucie – również wystąpi za i przed kamerą – ale tym razem pobawi się w… nauczyciela swoich dzieci, którego nie stać na dobrą, prywatną szkołę. Zakasuje więc rękawy i robi co może, aby być odpowiednim drogowskazem. Braff już szykuje kawałki na ścieżkę dźwiękową, bawiąc się muzyką, którą lubi, słucha – to znowu ten sam kierunek, który obrał przy okazji „Garden State” i najlepszego soundtracku ostatnich lat. Jeśli jego najnowszy film, którego premiera jest szykowana na wiosnę 2014, zbliży się poziomem do debiutu, to rodzi się na powoli Autor kina, który ma swój styl i coś konkretnego do powiedzenia. Czekam z utęsknieniem. [Oświeciński]

Analiza GARDEN STATE

Rama Burshtein

W czyje buty wchodzi? Agnes Varda

Ulubione gatunki? Dramat

Rama Burshtein przez wiele lat żyła poza zamkniętą społecznością chasydzką, życie poprowadziło ją jednak w kierunku zacieśnienia więzi ze wspólnotą, a „Wypełnić pustkę”, jej debiutancki i jak do tej pory jedyny film, zdaje się być owocem tego przejścia. Daleko mu do peanu na cześć religii oraz tradycji czy, z drugiej strony, do krytyki konkretnych grup społecznych. Burhstein patrzy na świat z kobiecą wrażliwością. Nie widzi systemów, ale spogląda na ludzi, którzy kochają, boją się, są targani niepewnością, poszukują. Wszystko rozegrane skrajnie minimalistycznie – w ciszach, cieniach, szeptach. O ile Burshtein nie porzuci takiego podejścia do kina na rzecz odmalowywania stylowych, lecz mało interesujących pejzaży z życia chasydów, możemy spodziewać się kolejnych wyśmienitych filmów. [Jalowski]

Recenzja WYPEŁNIĆ PUSTKĘ


Helene Cattet i Bruno Forzani

W czyje buty wchodzą? Dario Argento, Michele Soavi

Ulubione gatunki? Giallo, horror

Reżysersko-scenopisarski duet odpowiedzialny za jeden z najciekawszych horrorów nowego tysiąclecia – „Amer” z 2009 roku, czyli niemal całkowicie pozbawiony dialogów, skupiony na detalach hołd dla giallo, podgatunku włoskiego kina grozy, który robił furorę w latach 70. W „Amer” Cattet i Forzani biorą z giallo to, co najlepsze – charakterystyczną muzykę i pracę kamery, kolorowe światła oświetlające scenografię i skłonność do fetyszyzacji poszczególnych elementów: narzędzi zbrodni i czarnych rękawiczek, noszonych przez mordercę. Ale jednocześnie proponują ciekawą rewizję gatunku i dodają sporo od siebie. Ich film jest hołdem specyficznym, pełnym wizualnych metafor i tropów, niemal pozbawionym fabuły. Całość podzielona jest na trzy części, wyznaczane przez trzy dni z życia głównej bohaterki. Więcej jednak nie powiem, bo to ten typ kina, które trzeba samemu poczuć i doświadczyć. Dzięki „Amer” Cattet i Forzani udowodnili, że mają własny styl i pomysł na kino, a ich twórczość warto śledzić. Od tej pory nakręcili jednak tylko krótką nowelkę w „ABC’s of Death” i nowy pełnometrażowy film, „The Strange Colour of Your Body’s Tears” (absurdalnie cudowny tytuł, od razu narzucający skojarzenia z włoskim gatunkiem), który nie miał jeszcze niestety swojej premiery – pokazywano go co prawda na kilku festiwalach, ale nie wyszedł jeszcze na DVD ani Blu-Ray. Krótki teaser sugeruje jednak, że będzie to film równie intrygujący i specyficzny, co „Amer”. [Fortuna]

 


Anton Corbijn

W czyje buty wchodzi? Swoje

Ulubione gatunki? Eleganckie i estetyczne kryminały

Pierwsze skojarzenia to oczywiście teledyski. Ta sztuka filmowa zawdzięcza naprawdę wiele Corbijnowi, a MTV nie byłoby takie samo bez znakomitych klipów Depeche Mode. Ostatnio ten artysta angażuje się w teledyski rzadziej, mocno wybiórczo – zawsze na zlecenie od DM może liczyć, ale jedynym innym zespołem od pięciu lat, który miał zaszczyt współpracować z Corbijnem, jest Arcade Fire promujące swój jesienny album utworem „Reflektor„, który skąpany jest w czerni i bieli, ulubionych barwach Antona. Skąd taki długi urlop od krótkich form muzyczno-filmowych? Powód jest prosty – Corbijn coraz mocniej angażuje się w długi metraż. Najpierw w 2007 roku dał światu „Control„,  niezwykłą biografię Iana Curtisa, tragicznie zmarłego lidera Joy Division. Następnie w 2010 roku znakomity kryminał pt. „The American” z Georgem Clooneyem. Co łączy te obrazy? Pod względem fabularnym kompletnie nic, choć oba są poprowadzone niezbyt pośpiesznie, oba są skupione na detalach i kreowaniu odpowiedniego nastroju – na szczęście bez gubienia treści. Forma właśnie jest tym, co najbardziej wyróżnia Corbijna – to wielki esteta unikający efekciarstwa, lubujący się w minimalizmie. Niewiele słów, ale wiele mówiące obrazy. Na koniec tego roku zapowiedziana jest trzecia fabuła, „A Most Wanted Man„, podobnie jak drugi film, oparta na powieści Johna le Carre’a (w rolach głównych: Rachel McAdams, Robin Wright, Philip Seymour Hoffman, Willem Dafoe) i prawdopodobnie kontynuacja stylu znanego z „Amerykanina”. [Oświeciński]

Recenzja CONTROL

 

Joe Cornish

W czyje buty wchodzi? Edgar Wright

Ulubione gatunki? Science-fiction

Brytyjski komik, scenarzysta, aktor, prezenter telewizyjny i radiowy, a ostatnio także reżyser. Jego reżyserskim debiutem był „Atak na dzielnicę” z 2011 roku – szalone, krwawe science-fiction, zrealizowane za bardzo niewielkie pieniądze (osiem milionów funtów), ale z prawdziwą werwą. Na miejsce ataku kosmitów Cornish wybrał typowe brytyjskie slumsy, a głównymi bohaterami uczynił przedstawicieli tak zwanej „trudnej młodzieży”. Jego film bronił się jednak nie tylko ciekawym settingiem, ale też rewelacyjnym designem obcych, którzy wyglądają tu jak kreatury z komiksu albo dziwacznego teledysku. „Atakiem na dzielnicę” Cornish udowodnił jednocześnie, że ma wyczucie do niegłupiego, wciągającego i pomysłowego kina gatunkowego. Poza tym współtworzył także scenariusz do „Przygód Tintina”, a w wakacje 2015 roku w kinach pojawi się Marvelowski Ant-Man” w reżyserii Edgara Wrighta – współautorem scenariusza w tym wypadku także jest Joe Cornish. [Fortuna]

Eli Craig

W czyje buty wchodzi? Wes Craven, Mel Brooks

Ulubione gatunki? Samoświadomy horror komediowy

Syn dwukrotnej laureatki Oscara, Sally Field (i tym samym brat Forresta Gumpa), trzy lata pracował nad swoim debiutem reżyserskim „Tucker & Dale vs. Evil” (pol. „Porąbani”). Obraz okazał się naprawdę świeżą, błyskotliwą komedia pomyłek, bogato czerpiącą z historii horroru oraz stawiającą na głowie rządzące nim zasady.  Czas pokaże, czy był to tylko jednorazowy wybryk chłopca pochodzącego z utalentowanej rodziny, czy może czeka go większa kariera. [Pisula]

Shane Carruth

W czyje buty wchodzi? Według Stevena Soderbergha – w buty dziecka Davida Lyncha i Jamesa Camerona

Ulubione gatunki? Science-fiction, gdzie pierwszy człon jest najważniejszy

Reżyser, scenarzysta, aktor, producent, montażysta i kompozytor. Zadebiutował w 2004 roku filmem „Wynalazek”, który zawojował Sundance, zdobywając główną nagrodę. Ten zrealizowany za 7000 dolarów film science-fiction opowiadał o dwójce naukowców (w jednego z nich wcielił się sam twórca), którzy tworząc maszynę zdolną zredukować masę danego przedmiotu, dopiero po czasie orientują się, że tak naprawdę zbudowali wehikuł czasu. Nietypowa narracja oraz żargon technologiczny, jakim posługują się bohaterowie może odrzucać, ale ostatecznie na tym opiera się oryginalność filmu Carrutha, który z miejsca okrzyknięty został przyszłością kina. Jego następnym projektem miał być „A Topiary”, fantastyczna opowieść o dzieciach i stworze, którego powołały do życia, lecz po kilku latach zbierania funduszy i wstępnych przygotowań produkcja upadła. Dosyć nieoczekiwanie twórca ten wrócił na początku tego roku filmem „Upstream Color”, historią miłosną i science-fiction w jednym, o dwójce ludzi, którzy zostali zarażeni tajemniczym pasożytem. Tutaj również (może nawet bardziej niż w „Wynalazku”) jeden seans nie wystarczy, aby w pełni zrozumieć fabułę i odkryć znaczenia poszczególnych scen i całości. Jednocześnie swoim drugim filmem Carruth udowadnia, że obok unikalnego języka filmowego ma również niesamowity zmysł wizualny, przypominający trochę obecne dokonania Terrence’a Mallicka. Póki co jednak kręci swe obrazy za małe pieniądze, nie musząc wyrzekać się swojej niezależności. Ciekawe będzie zobaczyć jego wizje i światy, gdy już ktoś zaproponuje mu realizację za grube miliony. Może się to skończyć albo wielkim zawodem, albo olbrzymim sukcesem. Czas pokaże. [Walecki]

Urwany film o PRIMER

Jonathan Dayton i Valerie Faris

W czyje buty wchodzą? Nie obraziliby się, gdybym powiedział, że w adidasy Barry’ego Levinsona i kapcie Lawrence’a Kasdana

Ulubione gatunki? Komediowe kino obyczajowe

Małżeństwo reżyserów, którzy zaczynali od robienia teledysków dla m.in. R.E.M., The Smashing Pumpkins i Red Hot Chili Peppers, aby później zdobyć świat przesympatycznym filmem „Mała Miss”. Ten zrealizowany w 2006 roku komediodramat w konwencji kina drogi o rodzinnym wyjeździe na finał konkursu piękności dla dziewczynek zachwycił nie tylko widzów, ale i gremia festiwali filmowych, zdobywając dziesiątki nagród i wyróżnień, w tym dwa Oscary. Na następne dzieło duetu Dayton/Faris przyszło nam czekać 6 lat, ale było warto. „Ruby Sparks” nie cieszyła się taką popularnością, jak poprzedni ich film, lecz z pewnością jest to nie mniej udany, a już z pewnością dużo ciekawszy obraz. Historia młodego pisarza, którego bohaterka nagle ożywa i staje się jego idealną dziewczyną, urzeka nie tylko rolami Paula Dano i Zoe Kazan (również autorka scenariusza), ale i odwagą w pokazaniu, z czym twórca boryka się, gdy jego wyobraźnia zaczyna dyktować warunki. Jest zabawnie, urokliwie, a w finale nawet przejmująco, co w dużej mierze jest zasługą reżyserskiego talentu tego małżeństwa. Amerykanie kochają ciepłe i pełne humoru filmy obyczajowe, w robieniu których są zresztą najlepsi, a Jonathan Dayton i Valerie Faris znakomicie odnajdują się w tym kinie i podejrzewam, że jeszcze nie raz zdarzy im się nakręcić dzieło równie popularne i zasłużone, jak „Mała Miss”. [Walecki]

Recenzja MAŁEJ MISS

Alexis Dos Santos

W czyje buty wchodzi? Richard Linklater

Ulubiony gatunek? Dramat o dorastaniu

„Glue” i „Niezasłane łóżka” nie były pozbawione wad. Momentami reżyser ocierał się o banały, czasem dryfował w stronę niepotrzebnych dłużyzn. Nie zmienia to jednak faktu, że te oryginalne opowieści o dorastaniu mają w sobie coś, co nie pozwala o nich zapomnieć. Jest w kinie Dos Santosa jakaś forma szczerości i świeżości – podejście, które mimo poruszania jednego z najbardziej ogranych tematów w historii (dorastanie) nie pozwala mu być takim samym jak inni. W głowie pozostają w szczególności obrazy londyńskiego squatu z „Niezasłanych łóżek” – Wong Kar-Wai dla nastolatków? Jeśli Dos Santos do emocji i nostalgicznego spojrzenia na wchodzenie w dorosłość doda nieco „intelektualnej głębi”, możemy spodziewać się naprawdę ciekawych filmów. [Jalowski]

Gareth Evans

W czyje buty wchodzi? Woo i Carpenter

Ulubione gatunki? Mieszanka akcji i thrillera

Nagroda publiczności na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto dla debiutu fabularnego to nie byle co. „The Raid” to wysokooktanowe kino akcji, akcji i jeszcze raz akcji. Dynamiczne, świetnie zmontowane i nakręcone. Wszystko jest czytelne i brak tutaj znamion chaosu, który często towarzyszy tego typu produkcjom. Kilka fantastycznych patentów realizacyjnych i odpowiednia dawka brutalności. Film, który pompuje adrenalinę do nieprzyzwoitych wręcz granic. Jeżeli ktoś ma skojarzenia z „Atakiem na 13. posterunek”, to może sobie pogratulować. Niestety, kiedy już emocje opadają, można zauważyć, że kuleje kilka elementów, a fabuła to gra komputerowa, gdzie przechodzimy z poziomu na poziom, ale nie jest to wstanie zatrzeć pozytywnych wrażeń z seansu. Plany na przyszłość? W 2014 roku mamy otrzymać sequel „The Raid”, czyli „Berandal”, Evans jest także reżyserem jednego z segmentów w „VHS 2”, czyli sequelu horroru składającego się z krótkich filmów found footage. Na poważny projekt póki co się nie zanosi, ale miejmy nadzieje, że Walijczyk dostanie swoją szansę, wszak dobre kino akcji to dzisiaj towar deficytowy. [Pajdak]

Recenzja THE RAID

 
Gareth Edwards 

W czyje buty wchodzi? W 60-letnie gumowce

Ulubione gatunki? Mieszanka kina drogi i science fiction

Reżyser nakręcił kameralny „Monsters” z budżetem mniejszym od mojego kieszonkowego, który ani przez moment nie sprawia wrażenie taniego czy tandetnego. Efekty są całkiem dobre, a zdjęcia i scenografie postapokaliptycznego Meksyku robią świetne wrażenie. Narracja jest powolna, a Edwards bardziej niż na tytułowych potworach skupia się na dwójce bohaterów i ich przemianie. To bardziej kino drogi, gdzie ludzie zostali postawieni w obliczu potęgi natury, niż typowy monster movie. „Monsters” zostało nieźle przyjęte przez krytyków i widzów, a sam reżyser zaraz po swoim debiucie został postawiony przed arcytrudnym zadaniem. Ma wyreżyserować najnowszą „Godzillę”, która w kinach ukaże się na 60-lecie króla potworów.  W filmie ma być sporo animatroniki i kaskaderki, co daje nadzieję, że otrzymamy produkt będzie lepszy niż przerośnięta jaszczurka Emmericha z 1998 roku. Ujawniony niedawno design potwora pokazuje, że Edwards będzie nawiązywał do produktów z wytwórni TOHO. Oczekiwania są ogromne, ale pułapek jest wiele. Jeżeli mu się uda, na stałe zagości w Hollywood. Jeżeli nie, no cóż, pozostanie tanie kino autorskie. [Pajdak]

Recenzja MONSTERS

 

Cary Fukunaga

W czyje buty wchodzi? Czuje się równie dobrze w butach Fernando Meirrelesa, jak i Joe Wrighta

Ulubione gatunki? Mroczne dramaty, choć niepozbawione nadziei

Ten amerykański reżyser, w żyłach którego płynie krew japońska i szwedzka, kręci kino równie różnorodne. Zadebiutował w 2009 roku hiszpańskojęzycznym filmem „Ucieczka z piekła”, rozgrywającym się w Meksyku dramatem o podróży do ziemi obiecanej, jaką są Stany Zjednoczone, w której udział biorą młoda dziewczyna z Hondurasu oraz członek gangu, uciekający przed swymi ziomkami. Była to realistyczna opowieść pełna przemocy, choć nie pozbawiona liryzmu.  Dała Fukunadze nagrodę za reżyserię na festiwalu Sundance, gdzie została również wyróżniona za zdjęcia. Następnym swoim obrazem dokonał jednak zwrotu o 180 stopni, ekranizując gotycki romans „Jane Eyre” z Mią Wasikowską i Michaelem Fassbenderem w rolach głównych. Powstało kino bardzo klasyczne, odpowiednio mroczne i romantyczne,  wspaniale zagrane i opowiedziane, które choć nie przyniosło Fukunadze żadnych laurów, to z pewnością umocniło jego pozycję wśród nowych reżyserów. Na jego trzeci film wciąż czekamy, ale w międzyczasie zdążył nakręcił dla HBO serial sensacyjny „True Detective” z Matthew McCounagheyem i Woodym Harrelsonem. Premiera na początku przyszłego roku. Po takim wyborze tematów i ich tonacji raczej nie ma co liczyć na to, aby Fukunaga zrobił w najbliższym czasie komedię, ale kto wie – może i w tym gatunku będzie chciał się sprawdzić. [Walecki]

 

Drew Goddard

W czyje buty wchodzi? Joss Whedon, J.J. Abrams

Ulubione gatunki? Horror, Monster movies

Protegowany dwóch gorących nazwisk współczesnego kina wysokobudżetowego, który podobnie jak oni na salony wszedł przez telewizję. Pracował jako scenarzysta m.in. przy „Buffy – pogromczyni wampirów” i „Aniele” Whedona oraz „Agentce o stu twarzach” i „Zagubionych” Abramsa. Odpowiadał za fabułę „Projekt: Monster” – oryginalnego filmu o potworach, który łączy estetykę kina katastroficznego z akcją kręconą w stylu filmów typu found footage, a jako reżyser zadebiutował na pokładzie innego horroru. „Dom w środku lasu” to istne apogeum horroru i laurka złożona historii gatunku. Goddard zabawił się schematami, nie gubiąc jednak ani na chwilę sensu całej historii. Wielki skarb współczesnego kina grozy, który ma szansę ciekawie poprowadzić swoją karierę. [Pisula]

Recenzja DOMU W ŚRODKU LASU

 

 

DRUGA CZĘŚĆ ZESTAWIENIA (klik i czytaj dalej)

 

 

 







  • zak

    świetne zestawienie, fajne opisy, wieeeeele filmów do zaliczenia. Mój typ z powyższych – Fukunaga, Braff i Curruth.
    Czekam na kolejnę część (kiedy?)

  • Carruth jest mistrzem, to muszę przyznać. Primer całkowicie ryje banie a Upstream Color jest jednym z najlepszych filmów jakie widziałem.

    Apropo Corbijna, to nie można zapominać o „Linear” czyli o swoistym teledysku do całej płyty U2, „No line on the horizon” – perełka muzyczna i wizualna. http://www.youtube.com/watch?v=zEKQw9LWrSo

  • zatkało :) dużo pracy włożyliście

  • Maciej

    Jak nie będzie Jeffa Nicholsa to się chyba obrażę na kmf.

    • Nichols ma niestety 3 filmy w dorobku :) Ale jest jednym z pierwszych nazwisk, jakie przychodzą na myśl.

      • Maciej

        Fakt, nie doczytałem dokładnie wstępu :) Chociaż nadal uważam że Nichols zasługuję na jakieś wyróżnienie. Osobny artykulik może? :)

  • Mefisto

    Ciekawe zestawienie, ale nie do końca podoba mi się takie szufladkowanie ww twórców po ich pierwszym lub drugim filmie. Może gdyby nieco inaczej sformułować pytania mniej by to raziło – zwłaszcza, że jest kilka baboli wśród odpowiedzi (Whedon przy Goddardzie – przecież to praktycznie film Whedona, który ten pozwolił mu wyreżyserować, więc trudno tu mówić o jakimś stylu, tudzież wchodzeniu w czyjekolwiek buty).

    P.S. Arahan – masz niezłe kieszonkowe w takim razie :) rodzice wiedzą? :D

    • Ogólnie całe to zestawienie jest jedną wielką szufladką, bo tak naprawdę nic nie wiemy i taki bardzo udany debiut (większość ma taki na koncie) może nic nie znaczyć.

  • Spooky82

    Według mnie powinien znaleźć się tu Duncan Jones („Moon” oraz „Source Code”).

  • janisz

    Stolicą RPA nie jest Johannesburg, tylko Pretoria :D Poza tym, świetny artukuł!

    • Jutrzen

      Stolicą RPA nie jest Pretoria tylko Kapsztad. A dokładnie to wszystkie 3 miasta są stolicami. Tematu nie da się zamknąć w jednym zdaniu.

  • Pingback: NAJLEPIEJ ZAPOWIADAJĄCY SIĘ REŻYSERZY, CZĘŚĆ 2 | Film.org.pl()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Zarwana nocka dla boksu i oskarów

Następny tekst

"Need for Speed" - pierwszy zwiastun



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE