Najciekawsze filmy z Nowych Horyzontów 2015 | FILM.ORG.PL

Najciekawsze filmy z Nowych Horyzontów 2015

Co roku powtarzam, że Nowe Horyzonty pozostają najważniejszym punktem na mapie polskich festiwali filmowych.








Krzysztof Bogumilski
11.08.2015


Plakat, B1Kolejna, piętnasta już, edycja festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty dobiegła końca. Dziesiąty już raz miałem przyjemność uczestniczyć w tym filmowym wydarzeniu. Zobaczyłem w sumie 47 filmów, poniżej znajdziecie krótkie recenzje 12 z nich. Nie oznacza to, że pozostałe 35 nie zasługiwały na to, żeby o nich wspomnieć. Oznacza natomiast, że nie miałem nic ciekawego do napisania na ich temat. Wychodzę z założenia, że zamiast tworzyć coś na siłę, lepiej jest zaoszczędzić zmarnowanego czasu zarówno sobie, jak i czytelnikowi.

Z całą pewnością, nie jest to też lista najlepszych filmów jakie trafiły do tegorocznego programu. Takie określenie byłoby nie fair, zważywszy na to, że z kilkunastoma dobrymi – a nawet kilkoma bardzo dobrymi – pozycjami miałem styczność już w maju na festiwalu w Cannes. Z tymi tytułami „uporałem” się już przed Nowymi Horyzontami na moim blogu, więc polecam w ramach uzupełnienia zapoznanie się również z tamtym artykułem. Warto, bo sporo filmowego dobra się tam kryje.

Reasumując, poniżej krótkie recenzje kilkunastu filmów, o których uznałem, że warto napisać. Tylko tyle i aż tyle.

THE SMELL OF US

the-smell-of-us

Reżyser „The Smell of us” nie ma nic ciekawego do powiedzenia, więc tylko powtarza wytarte tropy fabularne, próbując szokować dosadnymi scenami seksu i odważną golizną oraz przełamywaniem intymnych granic młodych aktorów, ale nic więcej za tym nie idzie.

Równo dwadzieścia lat temu Larry Clark nakręcił „Dzieciaków”. Film opowiadający o grupie nastoletnich gówniarzy, którzy wolny czas spędzają na ćpaniu, chlaniu i bzykaniu się, wywołał swego czasu burzę. Odważne sceny i kontrowersyjna treść wzbudzały szok, ale też prowokowały do dyskusji o upadku moralnym ówczesnej młodzieży i wymierającej ostatniej ostoi niewinności współczesnego świata. Teraz Clark nakręcił film o paryskiej młodzieży, która wolny czas spędza na ćpaniu, chlaniu i bzykaniu się. Media głównego nurtu i publicyści o filmie pewnie nie wspomną jednym słowem.

Bo i nie ma o czym. Temat łajdaczącej się młodzieży już dawno temu został przewałkowany przez film i telewizję (w tym przez samego Clarka) od każdej strony. Reżyser „The Smell of us” nie ma nic ciekawego do powiedzenia, więc tylko powtarza wytarte tropy fabularne, próbując szokować dosadnymi scenami seksu i odważną golizną oraz przełamywaniem intymnych granic młodych aktorów, ale nic więcej za tym nie idzie. Początkowo obrazki z życia na ulicy, rozbijanie się na deskorolkach, imprezy i szlajanie się po mieście, mają swój urok. Zwłaszcza, że towarzyszą im wpadające w ucho rockowe kawałki. Ale gdy reżyser próbuje nagle uderzyć w bardziej dramatyczne tony i podkreślić patologiczne elementy życia bohaterów, film traci rytm, a twórca wielokrotnie się potyka, gubiąc spójność emocjonalnej warstwy filmu.

FUCKING IN LOVE

Wybitnie francuski dokument. Autorka po zakończeniu wieloletniego związku leci do Nowego Jorku i zaczyna sypiać z przygodnie poznanymi mężczyznami. Kamerę czasem włącza podczas stosunku, zawsze po. Wypytuje wtedy partnerów o siebie, o życie, podejście do miłości oraz seksu. Chce przez to udowodnić, że kobieta ma prawo do czerpania przyjemności z kontaktu seksualnego i sypiania z nieznajomymi atrakcyjnymi mężczyznami nie odczuwając przy tym poczucia winy oraz pogardy do siebie.

Ekshibicjonizm cielesny i duchowny. Jest to na tyle interesujące, żeby obejrzeć z zaciekawieniem, ale nie dość błyskotliwe i świeże żeby kiedyś wyszło poza obieg festiwalowy. Całe szczęście, że film jest krótki, bo z czasem robi się dość monotonny, koncept na cały projekt jest trochę naciągany, nie do końca przemyślany, sprawiający wrażenie tworu narcystycznego u podstaw, chwilami nieznośnie egocentrycznego, oferującego w zamian mało ciekawej treści. Rozumiem zamysł, film ma potencjał, jest niewątpliwe ciekawym głosem w temacie równouprawnienia, ale autorka zebrała za mało ciekawego materiału, a to co zmontowała jest zbyt liche u podstaw, żeby „Fucking in Love” stał się tytułem ważnym dla sprawy.

HAZARDZISTA

Losejas

Reżyser Hazardzisty [Lošėjas] lubi się napawać obrazem, zabawić efektem slow-motion albo wprawić kamerę w ruch wirowy, robiąc kolejne okrążenia wokół bohaterów.

Film nieobcy już polskiej publiczności, bo wyświetlany podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Określany mianem litewskiej „Drogówki”. Całkiem słusznie. Bohaterami jest ekipa sanitariuszy, dających sobie w palnik podczas rutynowych kursów karetką pogotowia, zadłużających się u miejscowych bandziorów, żeby spłacać kolejne nieudane zakłady hazardowe, klnących jak szewce, cynicznych, zmęczonych życiem, wykonywanym zawodem oraz ponurym krajem w jakim przyszło im żyć. Ekipa zaczyna organizować zakłady bukmacherskie, gdzie typuje się który ich pacjent umrze w danym tygodniu. Gracze mają pełny wgląd w karty lekarskie, zakłady cieszą się dużym powodzeniem, bohaterom rośnie majątek, a etyka zawodowa leci na pysk, roztrzaskując się z głośnym chlupotem o bruk.

Reżyser, Ignas Jonynas, podpatrzył z zachodnich filmów wiele sztuczek. Lubi się napawać obrazem, zabawić efektem slow-motion albo wprawić kamerę w ruch wirowy, robiąc kolejne okrążenia wokół bohaterów. Szkoda, że jest przy tym niczym nastolatek, który nauczył się nowego efekciarskiego tricku i popisuje się nim nadmiernie, nie dostrzegając, że starsi koledzy patrzą na to z lekkim politowaniem. Litwin nie wyczuwa, gdzie wypada granica między fajną zabawą realizatorską, a nieporadnym kopiowaniem zachodnich wzorców. Całkiem nieźle wychodzi mu natomiast utrzymywanie wartkiego tempa narracji, prowadzenie aktorów, kreślenie wschodnich realiów oraz łączenie tego z nowoczesną, zachodnią, muzyką. Film może i nie do końca udany, ale zdecydowanie wart zobaczenia.

TOKYO TRIBE

tokyotribe

Tokyo Tribe – wszystkiego jest tu dużo, ale ilość nie przechodzi w jakość.

Nocne Tokio na sterydach. Miasto przemocy i deprawacji, tkwiące w szponach miejscowych gangów-plemion trzęsących „okupowanymi” dzielnicami i brutalnie egzekwującymi nieprzekraczalność granic terytorialnych. Tutaj konflikty rozwiązuje się nie tylko przy pomocy broni palnej, ale również kopnięć z półobrotu i przez słowną nawijkę. A raczej, to przede wszystkim przez żonglowanie słowami i szlachtowanie ciętymi zdaniami. Znaczy się: Nocne Szaleństwo w tym roku roku zaatakowało widownię rapującymi japońskimi gangsterami.

Tutaj jest wszystko. Kiczowata, ale zrobiona z rozmachem, scenografia. Skośnoocy mafiozi wymachujący złotymi pistoletami, krzywiąc się przy tym nadekspresywnie. No i hip hop. Dużo, duuuużo hip hopu. Wszystkiego zresztą jest tu dużo i niekoniecznie jest to dobre dla filmu. Może inaczej – wszystkiego jest tu dużo, ale ilość nie przechodzi w jakość. Sceny walk nie są ciekawie zaaranżowane. Rapowe nawijki są dość przeciętne, aczkolwiek kawałek Tokyo Tribe wpada w ucho i towarzyszył mi po seansie już do końca dnia. Równie słabe są podkłady muzyczne. A fabuła to już taka klasyczna japońska jazda bez trzymanki. Na każdy jeden przezabawny motyw jest kilkanaście innych czerstwych. W efekcie, film po godzinie zaczyna się już chwilami dłużyć, a to przecież dopiero połowa historii.

Całość jest jednak na tyle pozytywnie walnięta, żeby bezboleśnie dociągnąć do końca seansu, zwłaszcza w towarzystwie rozluźnionej festiwalowej publiczności.

ZAWIESZONA MŁODOŚĆ

Necktie-Youth-by-Sibs-Shongwe-La-Mer

Neckie Youth – Nie dzieje się wiec tutaj nic konkretnego (może z wyjątkiem finału), ale jeżeli ktoś lubi tego typu – przegadane – kino, to będzie zadowolony.

Jeden z najlepszych tytułów, jakie trafiły w tym roku do sekcji konkursowej. „Necktie Youth” jest osadzony na przedmieściach Johannesburga, opowiada o codziennej egzystencji młodego pokolenia w postapartheidowskiej rzeczywistości. Poznajemy kilkoro młodych ludzi, osoby różnej płci i koloru skóry. Poprzez ich losy i rozmowy poznajemy obraz współczesnego RPA. Kraju, w którym młode pokolenie nie zwraca już dużej uwagi na różnice rasowe, swobodnie spędzając ze sobą wolny czas i dobierając się w pary mieszane. Oczywiście, gdy wgryźć się w temat nieco głębiej, to zaczynają wychodzić na jaw różne animozje i nieporozumienia na tle rasowo-kulturowym, ale reżyser nie gra tą kartą zbyt intensywnie, pomijając odhaczanie obowiązkowych obrazków z czarnoskórymi niesłusznie oskarżanymi o popełnianie przestępstw na podstawie koloru ich skóry. W zasadzie, to trafia się jedna taka scena, ale oskarżającym jest czarnoskóry, oskarżany jest nie bez winy, a w jego obronie staje biały.

Duch wczesnego Spike’a Lee unosi się nieco nad tym filmem, zwłaszcza w warstwie dialogowej, ale formie bliżej do współczesnego amerykańskiego indie i produkcji z nurtu mumblecore. Bohaterowie ślizgają się przez życie, które nie podąża w żadnym konkretnym kierunku, kolejne dni zlatują im na rozmowach przy piwie i joincie, szlajaniu się po mieście oraz wylegiwaniu na kanapie. Nie dzieje się wiec tutaj nic konkretnego (może z wyjątkiem finału), ale jeżeli ktoś lubi tego typu – przegadane – kino, to będzie zadowolony. Zwłaszcza, że dialogi są naprawdę fajnie napisane, mają rytm i pazur, zagrane jest to dobrze, a gustowne, czarnobiałe zdjęcia, nadają całości klasy.

THE BRAND NEW TESTAMENT

le_tout_nouveau_testament_2_c_kris_dewitte

Reżyser w błyskotliwy i lekki sposób drwi sobie z dogmatów katolickiej wiary.

Otóż Bóg istnieje. Mieszka w Belgii razem z żoną i niesforną nastoletnią córką. Miał jeszcze syna, JC, ale ten dawno temu uciekł z domu i naopowiadał ludziom różnych głupot, na przykład, że Bóg jest miłością. Dobre sobie. Bóg jest złośliwym, agresywnym i małostkowym dziadygą, któremu przyjemność sprawia wymyślanie kolejnych absurdalnych praw stanowiących utrapienie dla ludzi (pomysł dnia: kanapka z dżemem zawsze upada lepką stroną na ziemię) oraz obserwowanie ich cierpienia. Córka postanawia napsuć mu trochę krwi, więc włamuje się do komputera, którym zarządza światem, ujawnia – drogą smsową – datę śmierci każdego człowieka na ziemi, a następnie ucieka z domu i postanawia odnaleźć 6 nowych apostołów, bohaterów Zupełnie Nowego Testamentu.

Zdecydowanie nie jest to komedia dla osób nietolerujących robienia sobie żartów z religii.

Reżyser w błyskotliwy i lekki sposób drwi sobie z dogmatów katolickiej wiary. Znaczy się, tak przez jakieś kilkanaście pierwszych minut. Później już jakby zabrakło mu pomysłów, co z tym dalej zrobić, więc narracja leci już raczej do przodu siłą początkowego rozpędu. Czasem reżyser trafi z żartem w dziesiątkę, czasem ledwie muśnie tarczę, robi to jednak z takim wdziękiem, że wybaczamy mu nieco toporne poczucie humoru i marnowanie ogromnego potencjału zgromadzonego w pierwszych minutach filmu.

SAM KLEMKE’S TIME MACHINE

Sam_Klemke_s_Time_Machine-448028521-large

Jedyne co uwiecznił, to przybywające w zastraszającym tempie kilogramy, trwanie w marazmie, kolejne nieudane związki i puste obietnice składane samemu sobie.

W tym roku jedna z festiwalowych sekcji poświęcona jest dokumentalistom, którzy uczynili siebie bohaterem filmu. Sam Klemke jest niewątpliwie osobą wyjątkowo cierpliwą. Od końca lat 70. co roku nagrywał materiał, w którym podsumowywał minione 12 miesięcy. W pierwotnym zamierzeniu projekt zamierzał pociągnąć do końca ubiegłego stulecia i przy odrobinie życiowego szczęścia udokumentować swoją rozwijającą się karierę reżyserską. Jedyne co uwiecznił, to przybywające w zastraszającym tempie kilogramy, trwanie w marazmie, kolejne nieudane związki i puste obietnice składane samemu sobie. Ot, samo życie.

Pierwotny koncept, z zamknięciem dokumentu w 2000 r., został przez autora porzucony, „projekt” najprawdopodobniej dalej trwa i Klemke zapewne będzie gromadzić materiał już do końca życia. Z jego kariery filmowej nic nie wyszło, zawodowo i życiowo tkwi w martwym punkcie, wideodziennik jest więc jego jedyną szansą na „unieśmiertelnienie” swojej osoby i nieopuszczenie tego świata w kompletnym zapomnieniu. Tak naprawdę, patrząc z boku, to daje mu on po prostu namiastkę spełnienia zawodowego i stwarza iluzję, że nie marnuje zupełnie swojego czasu na tej planecie.

Nie zrozumcie mnie źle. Klemke jest zabawnym facetem, patrzy na siebie i swoje życie z dystansem, potrafi w żartobliwy sposób komentować rzeczywistość, ale zupełnie nie ma na siebie pomysłu. Szczęśliwie dla niego, trafił na Matthew Bate’a (festiwalowej publiczności znany z innego ciekawego dokumentu „Shut up little Man!”), ten znalazł wzór koncepcyjny na ogarnięcie ogromu materiału zebranego przez lata i sprytnie połączył to z misją Voyager, która również wystartowała pod koniec lat 70. niosąc w kosmos skondensowaną wiedzę o dorobku ludzkości. Wszystko wskazuje dziś na to, że był to pomysł bezsensowny i wątpliwe jest, że kiedykolwiek zostanie zobaczony (a co więcej zrozumiany) przez jakieś pozaziemskie istoty rozumne. Stanowił więc raczej sposób na połechtanie ludzkiej próżności. W zasadzie to samo można powiedzieć o materiale nagranym przez Sama, on jednak ma trochę więcej szczęścia, materiał przynajmniej obleci kilka festiwali filmowych i ktoś go nawet obejrzy.

CIAŁO ANNY FRITZ

corpse-anna-fritz

Sprawne operowanie klimatem, trzymająca w napięciu akcja, umiejętne żonglowanie humorem i makabryczną grozą zmieszaną z ludzkim terrorem oraz rasowe wykończenie techniczne.

Do kostnicy, w której pracuje młody bohater filmu, zostają przywiezione zwłoki znanej aktorki, pięknej Anny Fritz. Szybka fotka komórką i wiadomość wysłana do dwóch kolegów wystarczą, żeby natychmiast wpadli w odwiedziny z gorzałą. Kilka żartów z podtekstem, krecha wciągnięta nosem, lubieżny ogląd apetycznego nagiego ciała celebrytki i jakoś tak mimochodem krótka wizyta kończy się na nekrofilskim seansie. Ten jednak po chwili przeradza się w gwałt, bo Anna okazuje się nie być wcale taka martwa i przerażona odzyskuje świadomość w chwili, gdy jakiś obcy facet używa sobie na jej sparaliżowanym ciele.

Dalszy rozwój wypadków jest możliwy do przewidzenia, podczas gdy ciało Anny budzi się powoli do życia, trójka przyjaciół prowadzi moralną dysputę na temat tego, co powinni teraz zrobić. Układ sił jest wiadomy. Jeden kolega namawia do zabicia Anny korzystając z tego, że i tak nikt się o tym nie dowie. Drugi stanowczo się temu sprzeciwia, zamierzając powiadomić władze o całej sytuacji i zmierzyć się z konsekwencjami. Natomiast główny bohater, pracownik kostnicy, jest rozdarty emocjonalnie i to oczywiście do niego należy ostateczna decyzja o losie aktorki. Anna jednak nie zamierza łatwo rezygnować z życia, intryguje, podpuszcza i w końcu podejmuje desperacką próbę ucieczki.

Niczego więcej nie będę zdradzać, bo ciekawość jak to się dalej potoczy jest motorem napędowym filmu. A wspomaga go sprawne operowanie klimatem, trzymająca w napięciu akcja, umiejętne żonglowanie humorem i makabryczną grozą zmieszaną z ludzkim terrorem oraz rasowe wykończenie techniczne.

RUINED HEART

The_Ruined_Heart_Still

Treści w tym bardzo mało, ale wygląda na tyle ładnie, brzmi na tyle fajnie i jest opowiedziane na tyle krótko (73 min), żeby seans zleciał szybko i przyjemnie.

Chodzenie na filmy Khavna to niebezpieczna gra. Jego „3 Days od Darkness” z 2007 r. uważam za najgorszy film jaki widziałem w życiu. „Mondomanila” (2010 r.) była już nieco lepsza, chaotyczna i męcząca, pozostawiająca wiele do życzenia, ale zapadająca w pamięci szaloną stroną wizualną. Jego przedostatni film jest już więc zdecydowanym krokiem do przodu. Przede wszystkim, to wygląda naprawdę ładnie, a na zdjęcia patrzy się z ogromną przyjemnością. Khavn w końcu skumał się z porządnym operatorem i to nie byle jakim, bo z samym Christopherem Doylem. Nie jest to jedyne znane nazwisko w filmie, bo główną rolę gra Tadanobu Asano, którego kojarzy chyba każdy miłośnik japońskiej kinematografii.

Sama historia jest zdecydowanie Khavnowska. Opowieść o tragicznej miłości gangstera i dziwki, opowiedziana przy pomocy piosenek, teledyskowej formy i zaprawiona delikatnie symboliką. Treści w tym bardzo mało, ale wygląda na tyle ładnie, brzmi na tyle fajnie i jest opowiedziane na tyle krótko (73 min), żeby seans zleciał szybko i przyjemnie. Cieszę się, że Khavn w końcu nauczył się kręcenia filmów i opowiadania obrazem, teraz już tylko musi się zakolegować z dobrym scenarzystą i może w końcu zrealizuje coś naprawdę wartego uwagi.

THE DUKE OF BURGUNDY

duke-burgundy

Nieostrzeżeni śledzimy na początku filmu grę S/M „master-servant”.

Nowy film Petera Stricklanda, autora wspaniałego „Berberian sound studio”, opowiada o lesbijskim związku opartym na sadomasochistycznej relacji. Reżyser od samego początku bawi się tym materiałem, zwodząc widza i manipulując naszym odbiorem bohaterek. Wszystko wydaje się być jasne, jest ta dominująca, jest ta uległa. Ta pierwsza wprowadza terror, twardą dyscyplinę i poniżające kary. Ta druga posłusznie wszystko wykonuje.

Zostajemy zresztą od razu wrzuceni na głęboką wodę. Nieostrzeżeni śledzimy na początku filmu grę „master-servant”. Młodsza bohaterka, Evelyn, stawia się pod drzwiami wejściowymi w charakterze pomocy domowej w domu Cynthi, ta natomiast pomiata nią od samego początku. Nadużywając swoich uprawnień terroryzuje młodszą kobietę, uprzykrza jej życie na każdym kroku, a na koniec – w ramach kary za źle wykonaną pracę – oddaje na nią mocz. Szybko jednak okazuje się, że kobiety są w związku, a cała sytuacja pełniła rolę gry erotycznej. Jakiś czas później widzimy całe zdarzenie raz jeszcze, tym razem z perspektywy Cynthi. A może jest to już ich kolejny seans S/M? Wątpliwość o tyle zasadna, że bohaterki prowadzą swoją erotyczną grę wedle scenariusza, a Cynthia działa wedle ściśle określonego „rozkładu zajęć”, czas jej reakcji, miejsce gdzie ma się w danej chwili znajdować oraz charakter rożnych zachowań jest z góry ustalony i bohaterce pozostaje odhaczanie kolejnych punktów na liście. Jest to naturalnym źródłem humoru i stawia wydarzenia z prologu w zupełnie nowym świetle.

Najbardziej przełomowy dla odbioru filmu jest jednak moment, gdy widz uzmysławia sobie, że rola dominy w tym związku należy do kogo innego. Cynthia może i odgrywa w erotycznych fantazjach funkcję osoby dominującej, ale w rzeczywistości jej życie erotyczne podporządkowane jest zachciankom Evelyn, która ściśle dyktuje charakter ich pożycia seksualnego. Owładnięta manią kontroli i egoistycznie skupiona na własnej przyjemności, tłamsi partnerkę, która jest wyraźnie niezadowolona z takiego układu sił.

Reżyser wykazuje spore zrozumienie tematu, historia jest bardzo rozerotyzowana, ale na ekranie nie uświadczymy nagości, co jest zgodne z ideą S/M skupionego raczej na doznaniach sensualno-estetycznych i grze psychologicznej. Tempo filmu jest powolne, narracja hipnotyzuje swym niespiesznym rytmem, a wysmakowane zdjęcia cieszą oko. Nic tu nie jest przypadkowe, obrana – wyciszona – forma wprowadza widza w swoisty trans i wciąga go w erotyczną grę obserwowaną na ekranie. Strickland znowu pokazał klasę, czekam z niecierpliwością na jego kolejny film.

CZERWONY PAJĄK

czerwony-pająk

Bliżej temu do „Zodiaka”, jak „Siedem”, chociaż i to porównanie jest niezbyt trafione, bo tutaj tożsamość seryjnego mordercy znamy praktycznie od samego początku.

Cicho liczyłem, że ten film będzie jedną z największych niespodzianek festiwalu Nowe Horyzonty i okaże się być rasowym polskim thrillerem o seryjnym mordercy. Wciąż za mało u nas porządnego kina gatunkowego. Zwiastun obiecywał wiele: wysmakowane zdjęcia, duszny klimat, nastrojową atmosferę, dobre aktorstwo. I w sumie większość z pokładanych w nim oczekiwań spełnił, ale niekoniecznie to pierwsze, najważniejsze, czyli dostarczenie doskonałego kina gatunkowego.

Zacznijmy jednak od pozytywów.

Film wygląda przecudownie, niektóre kadry są ucztą dla oczu, prowadzenie kamery potrafi zaskoczyć, jest niebanalne i czasami bawiące się percepcją odbiorcy.

Cieszy rzetelne oddanie realiów lat 60., scenografia i kostiumy, oraz różne archiwalne nagrania radiowe i telewizyjne, dodają one opowieści klimatu i nadają całości retro szyku. Scenariusz jest dość zaskakujący, niespodziewanie skręca w kierunku, którego nie sposób było przewidzieć po obejrzeniu zwiastuna. No ale…

Rozczarowane będą osoby spodziewające się szarpiącego nerwy thrillera. Bliżej temu do „Zodiaka”, jak „Siedem”, chociaż i to porównanie jest niezbyt trafione, bo tutaj tożsamość seryjnego mordercy znamy praktycznie od samego początku, a film szybko przeradza się w historię o relacji mordercy z zafascynowanym nim młodym mężczyzną. A przynajmniej takie sprawia wrażenie. Nie jest łatwo uchwycić istotę filmu Marcina Koszałki, bo ten wielbi się w myleniu tropów narracyjnych, piętrzeniu niejednoznacznych interpretacyjnie zwrotów fabularnych i zagadkowych zachowań bohaterów.

Koszałka podkreśla w wywiadach, że nie chciał niczego narzucać i tłumaczyć widzowi, pozostawiając interpretację filmu kwestią otwartą. Wszystko fajnie, ale w efekcie wyszło z tego takie dość typowe polskie kino artystyczne – mało konkretu, dużo onanizmu stylistycznego, niewystarczająca ilość gatunkowego mięsa. Przyjemnie się to ogląda, wielu zapewne dostrzeże wartość dodatnią w artystycznym zamyśle reżysera o porzuceniu ram thrillera o seryjnym mordercy, ja jednak poczułem się tym nieco rozczarowany.

COBAIN: MONTAGE OF A HECK

kurt-cobain-964578c3796fa085

Oprócz opowiadania o prawdziwym charakterze Kurta, prezentuje też skondensowaną historię jego drogi na szczyt.

Przeczytaj recenzję.

Dokument, który można postawić w jednym rządku z „Amy”. Wprawdzie film o królu flanelowych koszul jest tytułem zdecydowanie lepszym i ciekawszym, to jednak pod wieloma względami jest podobny do dokumentu o Winehouse, bo oparty w dużej mierze na prywatnych nagraniach gwiazdy zdobytych od rodziny i przyjaciół. Jest to materiał wartościowy merytorycznie, bo pokazujący muzyka od strony intymnej, zdradzający jak się zachowywał i myślał w sytuacjach prywatnych. Gdy publiczna maska mogła opaść, podobnie jak i obronna – często antyspołeczna – postawa, Kurt ujawniał drzemiące w nim pokłady humoru, a nawet lekki talent do parodiowania innych („dostaje” się Dylanowi).

W odróżnieniu od „Amy”, wchodzącej właśnie na polskie ekrany, jest to dokument spójny merytorycznie i głęboko przemyślany.

Nie jest to jedynie historia drogi na szczyt, a następnie bolesnego upadku, opowiedziana poprzez prywatne obrazki, które udało się wygrzebać reżyserowi. Brett Morgen podjął się próby zdemitologizowania postaci Kurta i odpowiedzenia na pytanie, jakim tak naprawdę był człowiekiem. Dokonać tego postanowił poprzez pokazanie jakim był mężem, ojcem, synem, bratem i przyjacielem.

„Cobain: montage of heck” nie jest więc maratonem gadających głów rozpływających się nad geniuszem bohatera filmu i sypiących anegdotami. Reżyser skupił się na wypowiedziach osób najbliższych muzykowi. Podkreślają to przypisy przy imieniu każdego z nich: żona, mama, macocha, przyjaciel. Tutaj nie ma miejsca na przypadkowe osoby. Morgen dokonał, zdawałoby się, niemożliwego, namówił do współpracy wszystkie zwaśnione ze sobą strony. W filmie nie brakuje nikogo. No, prawie. Odczuwalna jest nieobecność jednej istotnej osoby, Dave’a Grohla. Nie wiem, czy odmówił współpracy, czy też po prostu nie miał bliskiej relacji z Cobainem, w związku z czym nie było dla niego miejsca w dokumencie.

To jedyny zgrzyt, bo reżyser oprócz opowiadania o prawdziwym charakterze Kurta, prezentuje też skondensowaną historię jego drogi na szczyt. Korzystając z odręcznie pisanych dzienników oraz magnetofonowych kaset z prywatnymi nagraniami muzyka i wspomnień rodziny (niektórzy pierwszy raz w życiu wypowiedzieli się przed kamerą), opowiada o jego burzliwym dzieciństwie, nieprzyjemnościach przeżywanych w szkole średniej i wiążącym się z tym wyalienowaniu oraz jaki wpływ na jego wrażliwą psychikę miała późniejsza sława.

Uzupełnia to animowanymi sekwencjami, robionymi w technice rotoskopowej, towarzyszącym historiom z jego dzieciństwa. Przy pomocy animacji „ożywia” również liczne rysunki popełnione przez Cobaina. Wizualne wodotryski towarzyszą także prezentowanym na ekranie tekstom piosenek oraz notatek Kurta. Dodać do tego solidną dawkę utworów zespołu Nirvana, uzupełnionych o ciekawe covery i otrzymujemy bardzo atrakcyjny w formie dokument, który choć długi (niemal 150 minut), to nie dłuży się nawet przez chwilę.

 


Wprawdzie we wstępie napisałem, że nie będę marnować czasu na tytuły, o których nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Sumienie jednak nie pozwala mi zupełnie przemilczeć niektóre obejrzane filmy, bo warto przynajmniej zasygnalizować ich istnienie. A zatem, wyciągajcie ołówki i szybko notujcie tytuły, bo będzie w żołnierskich słowach:

35 Cows and a Kalashnikov

35 Cows and a Kalashnikov

35 krów i kałasznikow – wyprodukowany przez Rolanda Emmericha (!) dokument o trzech grupach społecznych zamieszkujących leżące blisko siebie afrykańskie tereny. Plemię biegających nago pasterzy o ciałach pokrytych artystycznymi rysunkami. Zamieszkujący stolicę Republiki Konga dandysi ubierający kolorowe garnitury z pstrokatymi dodatkami. Rezydujący na drugim brzegu rzeki Kongo zapaśnicy uprawiający mieszankę meksykańskiego wrestlingu z ludowymi czarami.

Performer – polski fabularyzowany dokument o znanym artyście Oskarze Dawickim.

Brawa! – nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem w Berlinie za reżyserię rumuński film historyczny opowiadający o policmajstrze i jego synu ścigających na terenie XIX-wiecznej Wołoszczyzny zbiegłego cygańskiego niewolnika.

The Forbidden Room

The Forbidden Room

Zakazany pokój – 100% Maddina w Maddinie. Najnowszy film Guya Maddina, doskonale znanego już festiwalowej publiczności, to misternie złożona szkatułkowa opowieść nasycona niesamowitymi pomysłami fabularnymi i charakterystycznym humorem dobrze znanym fanom twórczości kanadyjskiego reżysera.

Strefa nagości – Urszula Antoniak tym razem o nastoletniej lesbijskiej miłości. Powolne kino, oparte na spojrzeniach i gestach oraz urzekającym klimacie.

Wataha – dokument o sześciu braciach, którzy całe życie byli „więzieni” przez zwariowanych rodziców wewnątrz mieszkania położonego na Dolnym Manhattanie. Ich jedynym oknem na świat były filmy oglądane na kasetach VHS oraz płytach DVD. Oglądali je na tyle często, żeby nauczyć się dialogów na pamięć i zacząć odgrywać całe sceny (m.in z „Wściekłych psów” oraz „Mrocznego rycerza”) przy użyciu ręcznie robionych kostiumów i rekwizytów.

11+Sid+&+Nancy+(Wolfgang+Müller)

B-MOVIE: Lust & Sound in West-Berlin

B-MOVIE: Namiętność i dźwięk w Berlinie Zachodnim – fascynujący dokument, który poprzez prywatne nagrania i wyszukane archiwalne materiały telewizyjne, opowiada o berlińskiej scenie muzycznej oraz młodzieży zamieszkującej podzielone murem miasto w latach 80.

Pieśni braci moich – interesujący portret współczesnych Indian zamieszkujących rezerwat w Dakocie Południowej.

He never died – Henry Rollins jako nieśmiertelny, małomówny mężczyzna, który dużo śpi, lubi grać w bingo, a wkurzony roznosi przeciwników na strzępy. Niczego więcej nie powiem, bo byłoby to zwykłym draństwem z mojej strony.

He never died

He never died


 

No i to by było na tyle. Jak zwykle festiwal obfitował w dobre, niebanalne kino z całego świata, pozycje zarówno mainstreamowe, jak i artystyczne ekstremy. Dla każdego coś dobrego. Tu i ówdzie pisałem podsumowanie festiwalu, od lat nic się nie zmienia, co roku powtarzam, że Nowe Horyzonty pozostają najważniejszym punktem na mapie polskich festiwali filmowych. Tak więc wybaczcie, ale nie chcę robić za zdartą płytę, więc będę już kończyć. Dziękuję za uwagę, no i do przeczytania za rok.

P.S. Przyjedźcie za rok. Warto. Serio, serio.

Tyler Durden

https://www.facebook.com/pages/Kinofilia/548513951865584






  • bartek

    Jak mnie irytuje umieszczanie zdjęć nad tytułami, wg mnie straszny zamęt to wprowadza… Nie wiem co to za głupia moda. Coraz częściej się z tym spotykam.

    • bartek

      Dzięki! :)

  • deli

    Dobry wybór. Mnie najbardziej z nieobecnych tutaj (bo powtórka z Cannes) przypadł do gustu Lobster, a głośne Love zniesmaczyło nie tyle porno co pustką. Bardzo podobał m się Czerwony Pająk głównie z powodu pieknej formy. Neckie Youth to takie dzisiejsze Nieustające wakacje :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

MISSION: IMPOSSIBLE - ROGUE NATION

Następny tekst

Intruz



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE