M.Night Shyamalan - anatomia upadku | FILM.ORG.PL

M.Night Shyamalan – anatomia upadku








Szymon Pajdak
11.06.2013


Night, człowieku, co się z tobą stało? W 1999 roku byłeś niemal bogiem. Twój zaledwie trzeci film – pierwszy w pełni profesjonalny – odniósł niesamowity sukces. Ponad 650 mln dolarów przychodu, 6 nominacji do Oscara, deszcz innych nagród i co najważniejsze, uwielbienie widowni. Byłeś na szczycie, mogłeś nakręcić co zechcesz i jak zechcesz. Co poszło nie tak? Od 9 lat spod twojej ręki nie wyszło nic, co można by nazwać dobrym.

M.Night Shyamalan, a właściwie Manoj Nelliyattu Shyamalan, to najlepszy przykład człowieka, który już na samym początku zawiesił sobie poprzeczkę tak wysoko, że od tamtej pory może tylko spoglądać w górę. Na początku mógł ją jeszcze dostrzec, teraz musi się naprawdę skupić, żeby ujrzeć cokolwiek. Jakim cudem facet, którego nazywano następnym Spielbergiem, upadł tak nisko? I kto, biorąc pod uwagę jego ostatnie porażki, finansuje te projekty? 14 czerwca na ekrany polskich kin wejdzie jego kolejna produkcja, „1000 lat po Ziemi”. Warto więc przypomnieć, jak ten sympatyczny Hindus znalazł się w miejscu, w którym jest obecnie.

Początki:

Shyamalan urodził się w mieście Mahe, położonym w południowych Indiach. Kiedy miał zaledwie sześć miesięcy, jego rodzice zdecydowali się na przeprowadzkę do USA. Osiedlili się w Pensylwanii, gdzie ich latorośl uczęszczała do prywatnej podstawówki i szkoły średniej. W 1988 Shyamalan rozpoczął studia na wydziale sztuki Uniwersytetu Nowojorskiego. Ukończył je cztery lata później. To właśnie na studiach postanowił przyjąć imię Night, ponieważ nauczyciele i koledzy z klasy mieli problemy z wymówieniem „Nelliyattu”.

Od dziecka fascynowało go kino. Już w podstawówce zaczął kręcić amatorskie produkcje, prawdziwe wyzwanie przyszło jednak podczas studiów. To właśnie wtedy zrealizował swój pierwszy film fabularny – „Praying With Anger”, do którego napisał scenariusz, zagrał też główną rolę. Obraz miał być dramatem z wątkami autobiograficznymi, opowiadającym o Amerykaninie poszukującym swoich hinduskich korzeni. Pieniądze na realizację aspirujący reżyser pożyczył od znajomych i rodziny. Produkcja zadebiutowała na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto w 1992 roku, nie przyniosła jednak autorowi znaczących profitów. Grano ją w jednym z kin w stanie Illinois i to jedynie przez tydzień.

Młody filmowiec niepowodzeniem się nie zraził, ale wkrótce musiał przełknąć kolejną gorzką pigułkę. W 1994 roku wytwórnia Fox kupiła od niego scenariusz, który sam miał zrealizować. Niestety na krótko przed podpisaniem kontraktu producenci zrezygnowali z jego usług. Film nie powstał do dzisiaj.

Następną produkcją Shyamalan był obraz „Dziadunio i ja” z 1995 roku. To historia 10-letniego chłopca, który po śmierci dziadka zaczyna swoją wędrówkę w poszukiwaniu Boga. Niestety i tym razem panowie w szarych garniturach pokrzyżowali szyki ambitnemu reżyserowi, tnąc jego dzieło na stole montażowym. W efekcie przy 6-milionowym budżecie film zarobił jedynie 300 tys. dolarów.

Sukces:

Zdesperowany Night postanowił zaryzykować. Zaraz po ukończeniu kolejnego scenariusza oświadczył swoim agentom, że nie sprzeda go taniej niż za milion dolarów. Wtedy na horyzoncie pojawił się Disney, który zapłacił za historię i reżyserię 3 miliony. Tak powstał „6. zmysł”, czyli opowieść o chłopcu, który widzi i słyszy zmarłych oraz o psychiatrze, który postanawia mu pomóc.

 

W rolach głównych wystąpili Haley Joel Osment i Bruce Willis. Wszyscy wiemy, co było dalej. Świat oszalał na punkcie Hindusa. Widzowie oglądali film po kilka razy, żeby wyłapać wszystkie szczegóły i znaleźć błąd, który podważyłby perfekcję scenariusza. Media prześcigały się w komplementach dla reżysera, a producenci zaczęli na niego spoglądać o wiele łaskawiej. „6. zmysł”, oprócz niespodziewanego sukcesu, stanowił także doskonałą charakterystykę stylu reżysera. Spokojne, momentami wręcz senne tempo narracji, statyczne kadry, stopniowe budowanie napięcia i realistyczne traktowanie zjawisk paranormalnych. To wszystko sprawiło, że podczas ostatnich scen siedzieliśmy na brzegu fotela, obgryzając nerwowo paznokcie, z niedowierzaniem obserwując, co dzieje się na ekranie. M. wbił się w naszą świadomość niczym rozpędzony pociąg i nie miał zamiaru z tego zrezygnować.

Rok później na ekranach kin pojawił się „Niezniszczalny” z Brucem Willisem i Samuelem L. Jacksonem. Fabuła obracała się wokół Davida, ochroniarza, który jako jedyny wychodzi cało z katastrofy kolejowej. Sam zainteresowany nie widzi w tym niczego dziwnego, ale wkrótce trafia na kogoś, kto ma zupełnie inne zdanie na ten temat.

 

Po sukcesie „6 zmysłu” oczekiwania stały się ogromne i chyba właśnie to zaszkodziło filmowi najbardziej. Sama historia była ciekawa i sprawnie poprowadzona. Night demitologizował superbohaterów o wiele wcześniej, niż zrobił to Nolan w „Batman: Początek” i wyszło mu to naprawdę dobrze. Reżyser bawił się z widzem, pokazując wszystkie „moce” Davida na zasadzie hipotezy. Prezentował nam jego ponadprzeciętne zdolności, robiąc to jednak w taki sposób, że sami do końca nie wiedzieliśmy, czy David to faktycznie superbohater, czy też wszystko jest tylko zbiegiem okoliczności. Niestety Shyamalan nie do końca poradził sobie z budowaniem napięcia. Większość filmu obserwujemy beznamiętnie i jedynie końcówka serwuje nam sporą porcję zaskoczenia. Nie popisał się także Bruce Willis, z którego twarzy raczej trudno wyczytać emocje. Film podzielił widzów i krytyków, co doskonale było widać po wpływach do kasy. Zarobił „tylko” około 250 mln dolarów, co wypadało dosyć blado przy wyniku finansowym poprzedniego obrazu Hindusa. Być może niechęć do „Niezniszczalnego” wynikała również z dojrzałości historii? 10 lat temu filmy o superbohaterach były zupełnie inne niż teraz, pozbawione tego ludzkiego pierwiastka. Czyżby Night dał ludziom coś, czego nie potrafili wtedy kupić? Reżyser musiał udowodnić swoją wartość, pokazać, że opowieść o Davidzie była małą wpadką.

W sierpniu 2002 roku na ekranach kin pojawiły się „Znaki”. Film opowiadał historię pastora Grahama Hessa (w tej roli Mel Gibson), który po śmierci żony zamieszkał z dziećmi i bratem na farmie. Wkrótce na jego polu pojawiają się dziwaczne kręgi i linie. Mężczyzna myśli, że są one dziełem żartownisia, okazuje się jednak, że podobne przypadki odnotowano na całym świecie.

 

„Znaki” to zdecydowanie najdojrzalszy film, jaki wyszedł spod ręki Shyamalana. Oprócz oryginalnego podejścia do inwazji obcych, porusza także kwestię wiary, zwątpienia i przypadków w życiu człowieka. M. bardzo szybko wprowadza nas w historię. Widzimy, jak dzieci znajdują zdewastowane pole, retrospekcje ujawniają, jak zginęła żona pastora oraz w jaki sposób odwrócił się on od Boga. Reżyser po mistrzowsku pokazuje nam, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a każde zdarzenie czy informacja są ze sobą powiązane i mają wpływ na naszą przyszłość. Dialogi są bardzo dobre, gra aktorów, zwłaszcza Gibsona, również, muzyka doskonale buduje napięcie. Dajemy się temu ponieść i niczym w transie podążamy za bohaterami, aż do samego końca, który, no cóż… psuje to, co Shyamalan robił udanie przez ponad 3/4 filmu. Nie chodzi tutaj o ostatnią scenę, która daje nadzieję i spina całą produkcję doskonałą klamrą, niejako zataczając koło. Chodzi o końcowe 15 minut, które ocierają się o komedię. Gdyby nie to, „Znaki” można by postawić wyżej niż „6. zmysł”. Night chyba na siłę próbował kolejny raz zaskoczyć widza. Tym razem nie wyszło mu to na dobre, co nie zmienia faktu, że film jest naprawdę udany. Umiejętnie łączy kino science-fiction z dramatem, dodając do tego elementy thrillera. Większość recenzji była pozytywna, widzowie także nie zawiedli i dali zarobić reżyserowi ponad 420 mln dolarów. Taka suma nie mogła przejść niezauważona, Shyamalan dostał więc zielone światło dla swojego kolejnego projektu.

Na „Osadę” przyszło czekać nam do 2004 roku. M. zebrał na planie imponującą ekipę. Na ekranie pojawili się Joaquin Phoenix, Adrien Brody, Sigourney Weaver, William Hurt oraz Brendan Gleeson. Akcja filmu toczy się w małej, otoczonej lasem osadzie gdzieś w Pensylwanii. W puszczy żyją przerażające bestie, jednak na mocy niepisanego porozumienia nie atakują one ludzi, jeżeli ci nie zapuszczają się w głąb kniei. Na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności dochodzi do zerwania paktu. Następnego dnia mieszkańcy znajdują na swoich drzwiach dziwne symbole.

 

Shyamalan robi to, co potrafi najlepiej. Nieśpiesznie buduje klimat i napięcie, roztacza dookoła aurę tajemnicy, a w finale przewraca wszystko do góry nogami i robi to z jeszcze większym impetem niż w „6. zmyśle”. Niestety to właśnie zakończenie okazało się największa bolączką „Osady”. Reżyser tak bardzo uwierzył w to, że ludzie potrzebują spektakularnego finału, że wpadł we własne sidła. Nie można odmówić mu elementu zaskoczenia, które podczas ostatnich scen powoduje opad szczęki, ale z drugiej strony ciężko nie oprzeć się wrażeniu, że M. zwyczajnie przesadził. Odwrócił filmową rzeczywistość o 180 stopni, przez co cała końcowa sekwencja staje się niejako oderwana od reszty obrazu i kompletnie pozbawiona sensu. Owszem, zaskakuje, ale chyba nie o ten rodzaj zaskoczenia nam chodziło. Można bronić Nighta, starać się budować wokół tej produkcji dodatkową filozofię, mówiącą o manipulacji i presji społecznej, ale jest to złudne. „Osada” została okaleczona przez swojego własnego ojca. Nie sposób odmówić jej magnetyzmu, zapada w pamięć, jednak tym razem widzowie nie do końca dali się nabrać. Mimo drobnego zmęczenia materiału była to ostatnia dobra produkcja, którą ten wychowany w USA Hindus sygnował swoim nazwiskiem. Później było już tylko gorzej.

Upadek:

„Kobieta w błękitnej wodzie” z 2006 roku okazała się kompletną klapą i przyniosła reżyserowi pierwszą nominację do Złotej Maliny.

 

Historia samotnego dozorcy, Clevelanda Heepa, który pewnego dnia spotyka tajemniczą dziewczynę, podającą się za nimfę, nie przypadła widzom do gustu. Była to klasyczna opowieść  na dobranoc, rozwinięcie bajki, którą reżyser napisał dla swoich pociech. Po seansie możemy im tylko współczuć. Film nuży i męczy. Razi schematyczność i naiwność. Szkoda nam aktorów, którzy starają się wyciągnąć cokolwiek ze swoich źle napisanych postaci. Nie udało się również to, co do tej pory stanowiło swego rodzaju smaczek w produkcjach Hindusa, czyli jego występ w jednej z mniejszych ról. Tym razem M. przesadził, robiąc ze swojej postaci niemal mesjasza. Ratunku można było szukać jeszcze w zakończeniu, ale i ten element zawiódł. To wszystko sprawiło, że obraz nie zwrócił nawet kosztów produkcji, które wyniosły 70 mln dolarów (na co poszły te pieniądze?!). Jeżeli dodać do tego kasę przeznaczoną na reklamę i różnego rodzaju zabiegi marketingowe, 72 mln zysku wypadają bardzo blado.

Jeżeli ktoś myślał, że nie można nakręcić filmu gorszego od „Kobiety w błękitnej wodzie”, ten przy premierze „Zdarzenia” musiał przecierać oczy ze zdumienia. Film opowiadał o serii samobójstw, która nawiedziła okolice Central Parku. Kiedy to niepokojące zjawisko zaczęło się rozprzestrzeniać na dalszą część metropolii, główny bohater, Elliot Moore, postanawia wraz z żoną uciec z miasta.

 

Nie wiem, pisanie czegoś więcej o tej produkcji ma w ogóle jakikolwiek sens. Kolejny raz całkiem niezły pomysł wyjściowy zostaje totalnie pogrzebany przez wykonanie. Wszystko w „Zdarzeniu” jest podane zbyt prosto, wręcz łopatologicznie. M. już nawet nie próbuje być tajemniczy, nie buduje napięcia. Wygląda to tak, jakby miał to wszystko gdzieś. Prostymi środkami próbuje wzbudzić w nas strach, ale kompletnie sobie z tym nie radzi. Nie pomaga także Mark Wahlberg. Lubię tego aktora, ale jego występ w tej produkcji woła o pomstę do nieba. Równie dobrze można było wstawić zamiast niego klocek drewna, efekt byłby ten sam.

Film został wręcz zmiażdżony przez krytykę (17% na Rotten Tomatoes), otrzymał także 4 nominacje do Złotej Maliny. Widzowie początkowo dali się nabrać na niezłe zwiastuny i nazwiska w obsadzie, bo pierwsze wyniki finansowe były przyzwoite, jednak później wyraźnie dostrzegli, że ktoś robi ich w konia. Nie można było upaść już niżej, dlatego kolejny projekt Nighta okazał się minimalnie lepszy od „Zdarzenia”. Co nie znaczy, że był dobry.

„Ostatni władca wiatru” to historia, która została oparta na amerykańskim serialu animowanym o tym samym tytule. Opowiada o narodzie Ognia, który chce zniewolić narody Wiatru, Wody i Ziemi, a tym samym zapanować nad światem. Pewnego dnia dwójka przedstawicieli Wody znajduje chłopca o imieniu Aang, który dysponuje niezwykłymi zdolnościami. Uważają, że jest on wybrańcem, który zakończy wojnę.

 

Głównym problemem filmu jest, a jakże by inaczej – scenariusz.  Shyamalan próbuje mieszać ze sobą klasyczne kino drogi oraz film batalistyczny, wplatając gdzieś w środek słaby romans. Tradycyjnie cała historia zostaje potraktowana po łebkach i trudno przywiązać do niej większą wagę. Obraz jest rwany, momentami sprawia wrażenie pociętego, składającego się z przypadkowych scen. Zawodzą aktorzy, którzy tworzą postacie tak płaskie, że kompletnie nas one nie obchodzą. Czerstwe są dialogi, brakuje emocji i napięcia. Sytuacji nie poprawia także zbędne 3D.

Gdyby nie świetne efekty specjalne oraz muzyka nadwornego twórcy Nighta, Jamesa Newtona Howarda, produkcja byłaby równie miałka jak „Zdarzenie”. Dzięki tym dwóm elementom dało się ją jednak w miarę bezboleśnie oglądać. Tylko czy można to uznać za jakikolwiek sukces?

Co dalej?

Od niemal dwóch tygodni na ekranach kin gości najnowsza produkcja Nighta – „1000 lat po Ziemi”. Film w którym przenosimy się w odległą przyszłość, kiedy to ludzie wskutek kataklizmu jaki dotknął planetę musieli ją opuścić. Towarzyszymy generałowi Raigeowi, który razem z krnąbrnym synem Kitai podróżuje w kierunku układu słonecznego. Ich statek zostaje uszkodzone przez rój meteorytów, przez co muszą awaryjnie lądować na Ziemi.

Jeżeli wierzyć zagranicznym krytykom i widzom „1000 lat po Ziemi” to kolejna wydmuszka w dorobku reżysera. Obraz powielający wszystkie wady jego dotychczasowych produkcji. Zmarnowany potencjał? Jak najbardziej. Płaskie i totalnie obojętne postacie? Nie mogło być inaczej. Wszechobecna nuda? Zgadnijcie? Will Smith gra jedną, skwaszoną miną, a jego syn irytuje samą obecnością na ekranie. Logika nie istnieje, a dialogi są tak suche, że można dzwonić na 112 i zgłosić zagrożenie pożarem. Całość ratują podobno niezłe efekty specjalne, ale i tutaj zdarzają się zgrzyty i momentami wszystko wygląda sztucznie. Chciałbym żeby to nie było prawdą, ale coś mi mówi, że i tym razem Night dał ciała.

Najdziwniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że wytwórnia Columbia Pictures zaufała reżyserowi i powierzyła mu ponad 130 mln dolarów na produkcję. Nie wiem na co liczyli? Na cudowne przebudzenie po 9 latach posuchy? Czy może na to, że znane nazwiska w obsadzie zrobią swoje i ludzie szturmem zapełnią sale kinowe? Póki co ani jedna z tych rzeczy nie ma miejsca, co zdają się potwierdzać wyniki finansowe.

Jak będzie dalej? Nie wiadomo, chodzą jednak pogłoski, że Shyamalan poważnie myśli o sequelu „Niezniszczalnego”. Chwytanie się brzytwy? Chyba tak, ponieważ na chwilę obecną ten reżyser sięgnął dna i póki co, nie widać lepszych perspektyw na przyszłość. Może pomogła by dłuższa przerwa, albo powrót do korzeni? Ciężko stwierdzić, ale wydaje mi się, że gorzej być nie może. Ludzie przestali nabierać się na sztuczki, którymi hindus próbuje ich czarować, dostrzegli także słabość jego warsztatu i wtórność, która cechuje jego ostatnie dokonania. Mam nadzieję, że kiedyś nas jeszcze zaskoczy. Pozytywnie oczywiście.

 

Co robić?

Arahan

Pracownik, student i podróżnik. W świat filmu ucieka od otaczającej go rzeczywistości. Uwielbia Spielberga, Nolana, Leone, Tarantino, del Toro i Scorsese. Na ekranie lubi oglądać DiCaprio, McGregora, Pacino, Daniela Day-Lewisa i Oldmana. Kino ma przede wszystkim wzbudzać emocje, niezależnie od tego jakie one będą. Ma wzruszać, zaskakiwać, dawać radość i skłaniać do refleksji - wszystko zależne od nastroju. Pierwszą recenzję do redakcji wysłał w 2009 roku, a od listopada 2011 pisze w miarę regularnie, raz lepiej, a raz gorzej, ale chyba nie tak źle skoro zaproszono go do zacnego KMF-owego grona.

Arahan - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Patryk Głażewski

    Ładny artykuł. Osobiście jestem (byłem?) fanem Shyamalana, bo lubiłem styl i klimat, który tworzył w swoich filmach. Jestem także w mniejszości, której podobała się „Kobieta w błękitnej wodzie”, pomimo jej wad. Zdarzenie mnie mocno zawiodło, „OWW” dotąd nie obejrzałem. Podejrzewam jednak, że ten ostatni mu nie wyszedł, bo woli się on skupiać na małych filmach opowiadających o małej grupie osób często zamkniętych w małych przestrzeniach, a superprodukcja to może dla niego za dużo (ale po „Zdarzeniu” potrzebował jakiegoś hitu). Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że dostanie jeszcze szansę na kolejny film. Obejrzę jednak „1000 lat po Ziemi”, może ewentualnie znów będę w mniejszości. albo zwątpię całkowicie.

    PS. A jednak wszystkie jego filmy mają zawsze jeden wielki plus – muzyka Jamesa Newtona Howarda. Niezależnie od filmu zawsze jest rewelacyjna i różnorodna.

    PS 2. Autor nie wspomniał o pobocznym projekcie „Kroniki Nighta” z którego wyszedł na razie jeden film, „Diabeł”. Ponoć nie za dobry, ale lepszy od Zdarzenia, czy OWW. W dodatku Night szykuje serial telewizyjny.

  • Jaro

    Nie rozumiem w sumie zachwytów nad zakończeniem „Osady”… od początku było przecież wiadomo, że ma być zaskakujące, a nietrudno było się domyśleć, co by widza najbardziej zaskoczyło. No i mnie… nie zaskoczyło. Właśnie dlatego.

  • Tomek Madejski

    Pamiętam jeszcze że przed premierą Osady końcówka została zmieniona ze względu na przecieki scenariusza lub coś w tym stylu, choć nie wiem ile w tym prawdy.

  • Mefisto

    Generalnie mogę się zgodzić z tekstem, bo kariera Nighta faktycznie poszła się jebać, ALE:
    1) generalnie widzę, że robisz ten sam błąd, co widzowie i po twórcy spodziewasz się cały czas jednego: twistów, które zmienią Twoje życie. A bynajmniej nie w tym tkwi siła jego filmów. Ba! Nawet ten cholerny Szósty zmysł, który się do takiego stanu rzeczy przyczynił, nie końcowym twistem stoi. Wg mnie nie świadczy to jednak o impotencji samego twórcy, co jego odbiorców.
    2) Zakończenie w Osadzie jest jak najbardziej logiczne i można się go domyśleć po jakichś 20 minutach filmu, więc bynajmniej nie psuje, ani tym bardziej nie odwraca fabuły o 180 stopni. To dwa wcześniejsze twisty to czynią. Ogromnie, ogromnie niedoceniany to film, a szkoda, bo właśnie najlepszy ze wszystkich.
    3) Niezniszczalny od początku planowany był jako trylogia, więc jeśli te plotki to prawda, to Night nie chwyta się brzytwy, tylko realizuje w końcu pierwotny plan. Czemu tak późno? Nie wiem, może dopiero teraz dostał kasę albo skończył pisać skrypt.
    4) After Earth nie jest jego filmem, więc bardzo irytują mnie rzucane tutaj stwierdzenia. Ten projekt to autorski pomysł i wykonanie rodzinki Smithów, którzy się jedynie Nightem podpisali, a on sam zyskał na tym pewnie trochę milionów na koncie. Poza krzyczeniem na planie trudno mi jednak uznać to za JEGO film.
    5) Lady in the Water – owszem, nie jest to arcydzieło, ale mam wrażenie, jakby krytykujący go nie byli w stanie przyjąć tego obrazu z mentalnością 6-7-latków, do których jest wszak skierowany. Owszem, obraz czasem przynudza, ale generalnie to ładna baja. Żadna porażka wg mnie.
    6) Znaki to nie jest film o kosmitach (tak samo jak 6 zmysł nie jest o duchach), a o wierze właśnie – kosmici grają tutaj jedynie rodzaj narzędzia, stąd może kiczowatość tego kwadransu o którym wspominasz, co jednak ani trochę nie osłabia napięcia w tych scenach. Problem największy tego filmu tkwi wg mnie jedynie w efektach/wizualizacji przybyszów z kosmosu.
    7) Z tym dnem też bym nie przesadzał. 1 tytuł zrobiony dla kasy pod kogoś, 1 średniak i jedynie 2 autentyczne wpadki (choć Avatara nie widziałem akurat). Tragedii nie ma. To już Scott nakręcił więcej gówien, a ma się dobrze. Co prawda w Hollywood mierzy się sukces kasą, ale osobiście i tak wolę Hindusa i jego wpadki, niż zakłamania serwowane co chwila przez napuszonego Nolana – ten to dopiero jest przereklamowany.

    • Ojciec Fernando

      Oj, Nolan to taki drugi Shyamalan, już dawno kłuło mnie to po oczach.

      • Szymon Pajdak

        Podobnie jak Mefi Nighta cenię wyżej niż Nolana. To reżyser, który ma cholernie duży potencjał i zwyczajnie boli mnie, że koleś tak niszczy sam siebie.

        • Cator

          A ja nie wiem jak można porównać Nolana do Shymalana, nawet jeżeli przyjąć, że nad tym pierwszym było nieco więcej szumu ostatnio, niż być powinno.

          Nolan w najlepszej formie i tak przebija M Nighta na topie, a temu pierwszemu nigdy nie zdarzyło się popełnić czegoś zbliżającego się do dna jakim jest After Earth czy Airbender.

          Nie rozumiem też zupełnie zarzutów o napuszenie. Prawda, trylogia Batmana miała w sobie pewną wydumaną tematyczną teatralność, ale wywodziło się to ze stylistyki superbohatera i w jakiś sposób do tego pasowało. Sam Nolan resztą swojej filmografii nigdy nie pokazywał, że jest napuszony. To raczej wina otoczki jaka wyrosła wokół niego, po mega sukcesie jakim był TDK i kontrastu w jakim stawał na tle reszty kinematografii komiksowej. On sam nigdy nie przedstawiał żadnego wydumanego, z tyłka wyciągniętego sadzenia się na nie wiadomo co, oprócz ostatniego Batmana, w którym nieco spudłował. Pisząc, że jest napuszony czy, że „co chwilę sadzi przekłamania” jest śmieszne.

          • no, miałem nadzieję, że ktos odpowie na te insynuacje. Gdzie Nolan, gdzie Shyamalan. Można Nolana nie lubić za zbyt duże ambicje, które nie zawsze ida w parze z oryginalnością, ale on zawsze robi filmy z zegarmistrzowską precyzją. O jego filmach się sporo mówi, coś znaczą, są _jakieś_, nawet jeśli budzą sprzeczne emocje. Postawić obok niego Shyamalana to bezczelność :P

          • Mefisto

            To nie tylko Batman, ale wszystko co robi przy dużym budżecie. Incepcja jest napuszona, nawet Prestiż w jakiś sposób też. Poza tym TDKR to ostre gówno za wielkie pieniądze i jak najbardziej może się równać z takim Zdarzeniem, a nawet i z nim przegrywa, bo tam gdzie Hindus bawi się mimo wszystko konwencją (z marnym skutkiem, ale jednak), tam Nolan sądzi, że robi wielkie, poważne kino, a wychodzi mu żałośnie (nawet w czysto technicznych aspektach ten film to porażka). Zresztą obaj są w bardzo podobnej sytuacji artystycznej, patrząc po filmografii: początki rewelacyjne, ale im dalej w las, tym gorzej. Na Nolana się jednak nie psioczy tyle, bo jego filmy zarabiają kasę i są na topie. Przyjdzie jednak taki dzień, i to szybciej niż myślicie, kiedy Nolan też się ostro wyłoży, a wszyscy fanboje będą musieli z żalu pozjadać swoje czarne trykociki :)

          • porównanie TDKR do Zdarzenia przez klawiaturę by mi nie przeszło. Nie cenię za bardzo zamknięcia trylogii, ale litości, pod względem już samej realizacji to kilka półek wyżej niż cokolwiek Shyamalana od prawie 10 lat. No naprawdę, można nie lubić, nie cenić TDKR, ale że porażka techniczna? Gdzie, co, jak, dlaczego? Nie przesadzasz czy aby? Do fanbojstwa mi daleko, ale tobie do hejterstwa cholernie blisko.
            No i serio, wolę napuszoną Incepcję i Prestiż oraz „żałosne” Batmany niż nijakie, pozbawione jakiegokolwiek polotu, krztyny oryginalności, pomysłu i spójności wyroby typu Zdarzenie, Kobieta…, Airbender. Gdyby Shyamalan udoskonalał swój styl i tworzył filmy w rodzaju Osady czy Znaków, to nawet wszelkie potknięcia byłyby mu szybko wybaczone, a jego renoma może nawet i większa od Nolana.

          • Mefisto

            Gdzie, co, jak – sorry, ale noc robiąca się z dnia w przeciągu 5 sekund, czy widoczni jak na dłoni kaskaderzy, którzy walczą z powietrzem, to w produkcji za grube miliony po prostu śmiech na sali. A Happening jaki miał budżet? Niewielki w sumie.
            Poza tym hejterstwo, serio? Incepcja – 9 / 10, TDK – 8 /10, Prestiż równie wysoko, co jednak nie zasłania mi oczu od brandzlowania się nad tym, jakie te filmy są doskonałe. Bo nie są.

          • Cator

            No i widzisz Mefisto, niby oceniasz tak wysoko, a mimo tego ciągle marudzisz na jego filmy, jakby to był poziom Baya. Tak jakbyś chciał na siłę powiedzieć, że te filmy nie są doskonałe, co przecież każdy tutaj wie. Nolan jest w mojej ścisłej reżyserskiej czołówce, ale nie uważam go za filmową Alfę i Omegę. Piszesz o sadzeniu się i czy przekłamaniach, a mimo tego oceniasz tak wysoko. Jak dla mnie wygląda to jakbyś po prostu toczył wojnę z samą internetową nakrętką i hypem, a nie porównywał jego filmy do innych na trzeźwo.

          • Mefisto

            Bo:
            a) jego filmy to dobry fun (poza TDKR który jest tak cholernie męczący), starający się mimo wszystko dać coś więcej, niż wybuchy i cycki
            b) gdyby Nolan miał większe jaja i/lub nie starał się skakać wyżej dupy, te filmy mogły być bez problemu arcydziełami – a tak nie są, a nawet ci zęsto zniżają się do poziomu takiego Baya, stąd powód do narzekań.
            c) z nakrętką i hypem też warto walczyć – zawsze jest szansa, że jakiś Neo się obudzi ze swojego kokona :)

          • Adam Nguyen

            Incepcja napuszona? Niby w jaki sposób? Bo gadają o snach i noszą garniaki? Bo jest lekko oniryczny klimat? Incepcja jest ambitna w tym co chce pokazać, ale nie ma tam sadzenia żadnych pretensjonalnych ideii, żadnych konkretnych myśli, które reżyser chce nam przekazać łopatą, nie ma tam żadnego „silenia” się na niewiadomo jaką pseudo-artystyczną wizję. Jest po prostu ambicja pokazania czegoś unikalnego, robiącego wrażenie i porywającego. O to w dobrym kinie chodzi przecież. A Prestiż? Rotfl. Niby w jaki sposób Prestiż jest napuszony? Gdzie? Dlaczego? Bo rozgrywa się w wiktoriańskiej Anglii i nikt nie sadzi dowcipów? Sorry, ale podejście niektórych do „pretensjonalności” Nolana powoli zakrawa na jakiś żart. Ta otoczka „snobiznu”, która przez te ostatnie kilka lat roztoczyła się wokół niego (i to wcale nie przez to co on sam pokazuje na ekranie, raczej przez kontrast w jaki jego specyficzna, brytyjska sylwetka filmowca, staneła na tle popkulturowego podwórka, w które wszedł – tak jak pisał Cator), przybrała już tak karykaturalny poziom, że każda oznaka pozbawionej meta-żartów, próbującej pokazać coś ciekawego fabuły, jest przez niektórych od razu brana jako „sadzenie się”. Facet naprawdę jest ofiarą swojego własnego sukcesu. Z tym że w jego przypadku, ma to więcej wspólnego z obciążeniem hypem i medialną otoczką, jakich nie posiada żaden dzisiejszy reżyser, a nie z powodu postępującego zaniku zdolności twórczych, jak w przypadku M Nighta.

            Zresztą, nawet jeżeli na potrzeby argumentu przyjąć, że te dwa filmy rzeczywiście są „napuszone” (nie są), to w takim razie oceniając to taką miarą, twistowe filmy M Nighta to w porównaniu prawdziwy festiwal gromkopierdnych ambicji i nadumania.

            Nie przesadzałbym też z tą podobną sytuacją artystyczną. Jeszcze daleka droga do tego by Nolan obniżył się do poziomu, gdzie ludzi zastanawiają się kto wciąż finansuje jego projekty.

          • Mefisto

            Nie przesadzałbyś, gdyż patrz wyżej – filmy Hindusa nie zarabiają i zaczynają się robić śmieszne. Filmy Nolana zarabiają i mają za sobą całą rzeszę fanbojów, którzy nie pozwolą złego słowa powiedzieć (już nikt nie pamięta nagonki na 50 prawd Duxa? przecież to było ża-ło-sne!). Gdyby sytuacja była inna, Nolan z pewnością zostałby także zmieszany z błotem. A póki co jest jedynie śmiesznie wynoszonym na piedestał twórcą, który zarówno gubi się w swojej stylistyce, jak i nie pokazuje tak naprawdę niczego nowego w gatunku (mam tu na myśli Batmany, które jakimś cudem urosły do rangi 8 cudu świata). A co do napuszenia – Incepcja jest napuszona, co objawia się już choćby w samej muzyce i co było wielokrotnie wyśmiewane w internecie. Nie czyni to z niej złego filmu, ale lekko irytuje. Prestiż też jest lekko napuszony, zwłaszcza w końcówce, tylko nie wiem co wg Ciebie ma do tego miejsce akcji. Cholera, nawet Insomnia jest napuszona, zwłaszcza względem oryginału – Ty tego nie widzisz to i ok, ale nie odbieraj tego innym :)
            Gromkopierdne ambicje i nadumanie Nighta odbieram jako atak na atak, ale mam nadzieję, że odnosisz to jedynie, do trzech ostatnich jego filmów, bo tylko tam mają miejsce :)

          • Adam Nguyen

            No i widzisz znowu piszesz o tym ile filmy zarabiają, jak pojebanych mają fanboyów i w tym widzisz zło. To jest gadanie o filmach przez pryzmat ich medialnej otoczki. Sorry, ale moim zdaniem ludzie z Twoim podejściem nie różnią się aż tak bardzo od tych którzy mają na rejestracji samochodów naklejki „In Nolan we Trust”. Jesteście tak samo podatni na wpływ popkulturowego statusu danego twórcy, po prostu siedzicie po przeciwnych barykadach. Gdyby sytuacja była inna i hype nie miał miejsca, Nolan nie zostałby „zmieszany z błotem”, bo pomimo jego okazjonalnych potknięć, nie popełnił nigdy, ba nie zbliżył się nawet do poziomu kariery, który sprawiłby, że pisano by o nim takie artykuły, jak ten powyższy. Miał słabsze chwile, ale nigdy nie nakręcił prawdziwie złego filmu. Ilu topowych reżyserów mogłoby się tym pochwalić? Na pewno nie M Night. Z tym czy nie pokazał niczego w nowego w obranym przez siebie gatunku, mógłbym kłocić się cały dzień, TDK na pewno nie był przykładem komiksowej sztampy. Napuszenia Incepcji wciąż po Twoim poście nie widzę. Muzyka to zwykłe zagranie stylistyczne, podkreślające akcję, w żaden sposób nie wpływa na artystyczne napuszenie filmu. Napuszenia Prestiżu również nie widzę. Oceniając w taki sposób, każdy „poważny/posępny” film jest z góry skazany na nakleję „napuszonego”. Pisząc o miejscu akcji chciałem właśnie wyśmiać powyższy zarzut, szukając potencjalnego „sadzenia się” w wiktoriańskich klimatach filmu.

            „Ale nie odbieraj tego innym :)”
            Nakierowuję to zdanie na kwestię uwielbienia dla filmów Nolana i obracam w Twoją stronę :)

        • Mefisto

          Aha, i jeszcze jedno: piszesz o perfekcji skryptu do Szóstego zmysłu, kiedy ten film da się wyjątkowo łatwo podważyć logicznie za pomocą jednej właściwie sceny :)

          • Deina

            której?

          • Mefisto

            Bruce Willis siedzi z Toni Collette na fotelach w milczeniu i po chwili wchodzi do domu mały Osment – to plus parę prostych pytań, jakie zwyczajowo cisną się na usta przy każdej fabule i Szósty zmysł leży i kwiczy :) Na szczęście emocjami jest on niesiony, nie logiką

          • Deina

            To jest scena, dla której ludzie tłumnie walili do kin, przekonani, że tam jest błąd. Ona go nie widzi.

          • Mefisto

            No właśnie. To jak on niby tam wszedł? Tak się po prostu wziął i pojawił i zero konweracji? I skąd w ogóle miał dane dzieciaka? Nie mówiąc już o bardziej prozaicznych problemach, przed którymi film ratuje się jedynie tym, iż pokazuje jedynie wycinki z życia Bruce’a – ot, jakieś tam problemy rodzinne, a cała reszta cacy. Grubymi nićmi jest to szyte, naprawdę grubymi – ale ważne, że się sprawdza.

  • Świetny reżyser 4 bardzo dobrych filmów (6 zmysł, Unbreakable, Osada, Znaki), wyraźnie podpisanych, z charakterystyczna pracą kamery, ciekawym klimatem. A później facetowi jakby wena przeszła, a za nią talent – 3 kolejne filmy to naprawdę co najwyżej przeciętne filmidła, pozbawione stylu i zrobione do tego niechlujne. Pal go licho twisty, ale to zwyczajnie słabo i mało angażująco opowiedziane historie, a już Airbender to wyrobnictwo pierwszego rzędu… After Earth nie wyglądał na film dla Shyamalana i recenzje tylko potwierdzają fakt, że facet błądzi i chyba sam nie wie dokąd zmierza.

  • Artur Gralla

    Ja poprostu odwracam kolejnosc od najgorszych filmow nighta do najlepszych i wtedy mam komfort psychiczny.

    np ostatni film to 6 zmysl przedostatni niezniszczalny a potem jak kto tam woli.

  • QuietRage

    Znaki to jego najgorszy film… po avatarze „ostatnim erbenderze” oczywiście;P

    Gdy „Znaki” obejrzałem od razu wdziałem znaki, że facet się skończył.

    Osadę obejrzałem lata później i była równie kiepska jak jej recenzje, ale Kobitka w wodzie to pocieszny infantylizm.

    Zdarzenia i Dżejdena po Ziemi to chyba nie obejrzę.

    Szjamalan = trzeci z rodzeństwa Wachowskich ;P

  • Jakub Piwoński

    a ja, na swój pokręcony sposób, jeszcze w hindusa wierzę. i na „after earth” pójdę, choćby z ciekawości.

  • Tomasz Kocot

    Kobieta była wg mnie znakomita. Mało jest baśni filmowych w ogóle i dlatego często do niej wracam. Zdarzenie rzeczywiście słabe.

    Plusem jest to, że dzięki MNS dostaliśmy jedne z najlepszych (jeśli nie najlepsze) ścieżek dźwiękowych ostatnich lat.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Antiviral

Następny tekst

Urwany Film #38 - Kac Vegas 3



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE