Artykuł

LUDZIE, KTÓRYCH ZNAM (2002)

Autor: Karolina Chymkowska
opublikowano

Telegram ze świata przypadków beznadziejnych – Zjadliwy Wirus żyje i ma się dobrze. Ha ha! Czy doprawdy ktokolwiek mógł myśleć, że zniknął? Czy jest możliwe, żeby go zabrakło, kiedy dzień po dniu nasze komórki obumierają, proces zgnilizny toczy nas od wewnątrz, nie oszczędzając po równi, ciała ani ducha. Nic już właściwie nie zostało, nic z tego, co kiedyś było. Był Martin Luther King, ale on nie żyje. Victoria, ale ona poślubiła kogoś wartego o wiele więcej, zresztą po to, by go utracić. Co jeszcze? Dyplom z Harvardu? Żałosne.

Skąd znam wszystkich tych ludzi? Przecież niczego nie pamiętam.

Noce zlewają się z dniami. Maltretowane ciało boleśnie pragnie odpoczynku. Wyczerpany umysł pulsuje obrazami – gdzieś, kiedyś, minęło, było, stało się. Jak w kalejdoskopie kolejne twarze. Wszystkie są znajome, wszystko to ludzie, których znam. Pamiętam, że… zdarzyło się… kiedyś. Ta jedna twarz – w lustrze – jest tą obcą. Zmięta, niezdrowa, z wyraźnym piętnem obcych pokoi hotelowych i niekończących się prestiżowych imprez. Jak miło, że jesteś… cieszę się, że… ale chyba będziesz, prawda? Szybkie spojrzenie z ukosa. Te hotelowe żarówki, w których świetle wygląda się jak nieboszczyk. Szybkie spojrzenie i natychmiastowe opuszczenie głowy, żeby nie dostrzec w tych obcych, własnych oczach wyrazu pogardy. Albo nienawiści, bo ona musi tam być, skoro cały czas wewnątrz narasta skamieniała, twarda gula. Rozlewa się na całe wnętrze, przechodzi przez dotyk… wybacz, że nie podam ci ręki. Ale przyjdziesz dziś wieczorem, tak?

Dyplomy na ścianie, wspomnienia, przykurzone autografy z czasów, gdy parło się naprzód. Byłeś taki dzielny. Nie, to nie do zniesienia. Reguły gramatyki z jej czasem przeszłym są nie do zniesienia. Huck Finn, dzielny mały łobuz. Coś na sen. Żeby nie zwariować. I na uspokojenie. Może się uda zasnąć. Zmęczenie, zmęczenie, zmęczenie. Lojalność. Skąd znam wszystkich tych ludzi? Przecież niczego nie pamiętam. Nie było mnie tam. Dzwoniłem? Naprawdę? Co mówiłem? Biedny człowiek. Był kiedyś kimś. I co się z nim stało? Więc przyjdę, oczywiście, skoro ci zależy.

Nic już nie można zrobić. Bezpłciowy pokój i bezpłciowe miasto. Dużo bezładnej mowy, zwierzeń kierowanych do przypadkowych słuchaczy, którzy z zażenowaniem kiwają głowami, biedny człowiek, był kiedyś kimś. Wszystko po to, by zagłuszyć wycie z głębi duszy, którego nikt nie usłyszy, nikt nie zrozumie. Nie zniosę więcej. Chcę po prostu mieć spokój. Zasnąć może? Więc podwójna whisky. Umiem dbać o własne interesy. Ciągle jeszcze umiem postawić na swoim. Ale brzydzę się tym… coraz bardziej się tym brzydzę. Chcę wyjechać. Uciec. Wstawać rano, karmić kury, przypomnieć sobie, co znaczy świeży, radosny wschód słońca, któremu nie towarzyszą opary wódki, narkotyków, brudu i załatwionych spraw nie do załatwienia.

Znam ich wszystkich. Znam ich wszystkich dlatego, że poznawałem ich kosztem siebie. Nic mnie nie zaskoczy. Jeszcze się dziwię, że to jednak jest warte śmierci tej biednej dziewczyny, ale takie są reguły gry. Znam je bardzo dobrze i wciąż umiem grać, ale naprawdę, już nie chcę. Są rzeczy, które trzeba podziwiać z daleka. Postanowiłem je poznać i wciąż za to płacę. Wierzyłem w Martina Luthera Kinga, a dziś czuję tylko smród polityki. Fałsz ukartowanych uścisków ręki i olśniewających uśmiechów. Groźby wygłaszane w przyjacielskim objęciu, w błyskach fleszy. Idea pozostaje pociechą dla szaraczków. Profity spływają do faryzeuszy, którzy ją głoszą.

Niektórzy poddają się trochę wcześniej. Niektórzy idą naprzód wbrew wyciu, które narasta, narasta coraz głośniej, po to, by kiedyś dotrzeć do granicy wyczerpania, skąd, wbrew wszelkim decyzjom, postanowieniom i nadziejom, nie ma odwrotu. Znam reguły gry. Przyjdziesz dziś wieczorem, prawda?

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane