LAWRENCE Z ARABII. Błękitne oczy Petera O’Toole’a | FILM.ORG.PL

LAWRENCE Z ARABII. Błękitne oczy Petera O’Toole’a

Monumentalne kino lat 60.








Jan Dąbrowski
20.09.2015


Wyprodukowane przez Wielką Brytanię dzieło z 1962 roku, zdobywca niemal trzydziestu wyróżnień, z czego siedmiu Oskarów, sześciu Złotych Globów i czterech nagród BAFTA. Rok po premierze wciągnięty na listę stu filmów wszech czasów. Wyreżyserowana przez Davida Leana opowieść o jednostce, która dokonuje przełomowych czynów na Bliskim Wschodzie.

Podczas I wojny światowej Thomas Edward Lawrence (w tej roli nieznany wtedy Peter O’Toole) przydzielony zostaje przez Biuro Arabskie Armii Brytyjskiej w Kairze do spotkania się z księciem Faisalem (Alec Guinness) w sprawie walk Arabów z Turkami. Oddelegowany na pustynię uczy się panujących tam zasad, poznając żyjące tam plemiona oraz wzajemne relacje między nimi. W rolach dowódców wrogich obozów wystąpili Omar Sharif i Anthony Quinn. Obcowanie z nieznaną dla Brytyjskiego żołnierza kulturą sprawi, że Lawrence i o sobie dowie się kilku rzeczy.

Sama fabuła wywodzi się z książki prawdziwego T. E. Lawrence’a pod tytułem Siedem filarów mądrości, w której autor opisuje swoje przeżycia na Bliskim Wschodzie. W filmie (zaczynającym się od pogrzebu Lawrence’a) najpierw o tej postaci dowiadujemy się kilku rzeczy od tych, którzy przyszli na pożegnalną ceremonię. Zaczepiani przez dziennikarza goście mówią niewiele, ale z ich odpowiedzi jasno wynika, że był to człowiek tajemniczy, stworzony do rzeczy wielkich, szlachetny, a na dodatek indywidualista. Widzowi w trakcie seansu przychodzi ocenić, w jakim stopniu peany te są prawdą, a w jakim jedynie uprzejmościami pod adresem denata (w myśl zasady, że o zmarłym brzydko się nie mówi).

David Lean i Peter O'Toole na planie

David Lean i Peter O’Toole na planie

Film „zapracował” na swoją nieśmiertelność głównie przez rozmach i świetną kreację aktorską O’Toole’a.

Obraz kręcono w Hiszpanii, Maroku, Jordanii oraz Wielkiej Brytanii. Większość akcji ma miejsce na ogromnych pustynnych obszarach, widzowie raczeni są przepięknymi ujęciami piaszczystych wydm i skalnych form. Lean w swoim filmie z maestrią oddaje mistyczną przestrzeń, którą powinno się szanować i w żadnym wypadku jej nie lekceważyć. Bohater podziwia jałowe terytoria, uczy się ich specyfiki – był przedtem planistą i obszary te były dla niego punktami, które umieszczał na mapie. Z czasem Lawrence dowie się, jak bardzo należy liczyć się z pustynną krainą, a lekkomyślność może kosztować życie. Sceny zbiorowe także zasługują na uwagę – dziesiątki wielbłądów, setki koni, mrowie statystów, aranżacje kadrów – prawdziwa uczta dla oka. Upływ lat w minimalnym stopniu zaznaczył na nich swoją obecność. Ponadto wrażenie robią wszelkie eksplozje, naloty, etc (wszystko zrealizowane tradycyjnymi metodami). Świetnie rozpisane są też dialogi – między głównymi postaciami czuć chemię (zwłaszcza między O’Toolem a Sharifem), a Lawrence jest złotoustym, pogodnym, chwilami zuchwałym poszukiwaczem przygód, nie jest jednak pozbawiony refleksji nad światem, często ponurych. Choć jest żołnierzem i bierze udział w działaniach wojennych, ma w sobie delikatność, coś kruchego. Nie dziwi zupełnie, że tą rolą Peter O’Toole otworzył sobie na oścież wrota do kariery.

Pierwotny cel wyprawy bohatera na pustynię to spotkanie z księciem Faisalem – którego Alec Guinness wykreował na prawdziwego męża stanu. Jest to dumny przywódca, świadom swojej pozycji, zalet i ograniczeń. Jest przy tym człowiekiem szczerym i ceniącym sobie szczerość – w rozmowie przedkłada prawdę nad wszystkie etykietalne frazesy. Nieusłuchany Lawrence podczas audiencji wtrąca się w kurtuazyjną i miałką rozmowę, gdy widzi, że rozmówcy mijają się z faktami. Tą małą niesubordynacją skupia na sobie nie tylko ciekawość, ale i uwagę Faisala. Ich rozmowy będą sporadyczne, lecz zawsze treściwe. Guinness buduje postać przywódcy świadomego ułomności swojego ludu, chce oswoić innych Arabów z maszynami, nowoczesną strategią i taktyką – wierzy w kruchy sojusz z brytyjską armią, za wszelką cenę chcąc zachować niezależność.

Wspomniany Omar Sharif jako Ali Ibn El Kharish, przedstawiciel plemienia Harytów, jest szalenie intrygującą postacią. Buduje obraz przedstawiciela arabskiego świata, wraz z przyjętymi w nim zasadami, z czasem pojmuje i popiera ideę zjednoczenia zwaśnionych plemion. Interesuje go Lawrence, który u Araba zdobywa uznanie, dokonując rzeczy z jego punktu widzenia niemożliwych (np. organizując wyprawę do fortu Akaba pieszo, a nie – jak dotychczas – drogą wodną). Poznając Brytyjczyka, Ali zaczyna rozumieć i popierać jego punkt widzenia. Jest on przykładem postępowego Araba. Ukazana w filmie relacja, jaka powstaje między nimi – oparta na wzajemnym szacunku i chęci poznania przedstawiciela innej kultury – jest jedną z bardziej wyrazistych i sugestywnych ilustracji przyjaźni męsko-męskiej.

O'Toole, Sharif In 'Lawrence Of Arabia'

Z kolei Auda Abu Tayi (Anthony Quinn) reprezentujący plemię Howejtatów – jest gruboskórnym, nieco stereotypowym, interesownym Arabem. I on czuje respekt względem Lawrence’a, lecz ostatecznie sam sobie jest panem. Lubi pieniądze i władzę, jest też odważny i wojowniczy, a wszystko robi „dla swojej przyjemności”. Quinn stworzył postać twardego, nieustępliwego wodza, którego posłuch u współplemieńców i zdobycze utwierdziły w przekonaniu, że takie metody są dobre. Jest porywczy i bywa złośliwy, przez co szybko dochodzi do słownych utarczek między nim a Alim. We wszystkich wątkach jednak jest miejsce na sporo humoru, dzięki czemu film jest łatwiejszy w odbiorze, a bohaterowie są ludzcy, podobni nam. Czasem nawet krótka wymiana zdań i spojrzeń postaci rozładowuje atmosferę, a same riposty bywają cięte niczym ostrze jataganu.

W gruncie rzeczy to właśnie humor stanowi o nośności tego dzieła.

Lawrence’a rzadko opuszcza vis comica, a bardzo często żart jest siłą przebicia w sytuacjach, gdzie broń i dyplomacja zawodzą. Swoim specyficznym sposobem bycia Brytyjczyk zjednuje sobie Arabów z taką samą siłą, z jaką zraża przełożonych w sztabie. Co ciekawe, mimo upływu półwiecza niektóre docinki i szermierki słowne świetnie sprawdziłyby się w dzisiejszych produkcjach.

lawrence_of_arabia_47-1920x1200

W swojej oprawie film byłby o wiele uboższy, gdyby nie niesamowicie nastrojowa, monumentalna i bogata w orientalne motywy muzyka Maurice’a Jarre’a.

Seans rozpoczyna niemal pięciominutowa uwertura, podczas której ekran jest ściemniony, a widzowi pozostaje słuchać i wciągać się w klimat opowieści. Przysłuchując się tej muzyce trudno nie odnieść wrażenia, że Jarre stworzył motywy tak bogate, chwytliwe i pamiętne, że łatwo doszukać się inspiracji nimi we współczesnych filmach „pustynnych”. Orkiestrowe aranżacje nie stanowią jedynie tła dla śledzonej przez widza fabuły, lecz dają o sobie znać w równym stopniu co ujęcia majestatycznych wydm.

Jak na dzisiejsze standardy film nie jest szczególnie brutalny. Choć działań wojennych widzimy sporo, jednak posoki jest niewiele. Wydaje się, że był to zabieg celowy, a kadrowanie świadome. Krew na rękach jest tu symbolem pewnych wyborów, a także ceny, jaką płaci się za nie (zwłaszcza wymownie widać to w drugiej połowie dzieła Leana). Śmierć jest wpisana w pustynię, lecz zyskuje na znaczeniu przez odpowiednią ekspozycje. Plastyczna strona filmu jest zresztą jednym z jego największych atutów. Reżyser stawia na monumentalne, szerokie ujęcia, by w pełni ukazać bitewną zawieruchę skąpaną w unoszących się kłębach piasku. Sceny te robią wrażenie i dzisiaj, szczególnie dlatego, że wszystko, co mamy przed oczyma, jest autentyczne – konie, statyści, plenery. Film powstawał w pięknych czasach, kiedy żeby mieć ujęcie z armią na koniach, trzeba było mieć armię (statystów) i konie – a nie komputerowe protezy. Ta świadomość towarzysząca seansowi Lawrence’a z Arabii po latach dodaje mu jeszcze splendoru.

Męskiej części widowni może brakować żeńskiego pierwiastka – w filmie nie ma ani jednej istotnej postaci kobiecej, na dodatek żadna niewiasta nie odzywa się, jak na świat arabski przystało. Próżno szukać też wątku romantycznego, co jednak nie jest tu zarzutem – film od początku do końca wypełniają zajmujące wydarzenia. W zasadzie brak tu niepotrzebnych scen, pustynia jest miejscem intrygującym i niebezpiecznym, lecz nieustannie pięknym (niczym błękitne oczy Petera O’Toole’a).

korekta: Kornelia Farynowska







  • Ryan

    Humor stanowi o nośności tego dzieła? Ośmielę się nie zgodzić. Dosyć pustawa ta recenzja czy co to miało być. Nie ma ani słowa o demitologizacji pomnikowego wizerunku Lawrenca co po mojemu jest główną siłą tego dzieła (poza stroną techniczną co oczywiste). Lean w drugiej części filmu niszczy swojego bohatera. Odziera z papieskiego oblicza. Po tureckich torturach Lawrence to niestabilny psychicznie przegrany człowiek co O’Toole po mistrzowsku odgrywa. Znakomita scena ataku na wrogie wojska podczas której Lawrence wykrzykuje „No prisoners!” z obłąkańczym wzrokiem. Drugim pominiętym tematem przez autora jest konfrontacja ideałów z polityką. Koniec końców szlachetne plany zjednoczenia ludów arabskich nie dochodzą do skutku. Do głosu dochodzą politycy i rozdzielają między sobą to co udało się osiągnąć bohaterom. Również bardzo gorzka konkluzja. Po łebkach ta analiza.

    • Jan Dąbrowski

      Nie tyle „po łebkach”, co tekst powstawał jako część większego cyklu. Ten nie doszedł do skutku, więc materiał poszedł w sieć samopas, nawet nie zdążyłem go przeredagować.

  • Macc

    David Lean to oskarowiec, co można więcej powiedzieć. Lawrence… to film wielki, ale za lepszy uważam Most na rzece Kwaii. Tutaj mamy tylko pokazaną przemianę jednego człowieka ( tak jak wspomniał Ryan), a w Moście.. jest więcej postaci, które pokazują swoje drugie oblicze, co wydaje mi się o wiele ciekawsze. W każdym razie Lawrence… jest filmem wartym obejrzenia.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Everest

Następny tekst

Letnie przesilenie – Gdynia 2015



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE