KRÓL LEW. Nostalgia dwudziestokilkulatka | FILM.ORG.PL

KRÓL LEW. Nostalgia dwudziestokilkulatka








Karol Barzowski
19.09.2016


Tekst z archiwum film.org.pl.

To był koniec listopada albo początek grudnia 1994 roku. Pamiętam, jak stałem przed tym małym kinem z wielkimi drewnianymi drzwiami i ścianami pokrytymi czerwoną farbą. W szklanych gablotach przed budynkiem wisiał wypisany ręcznie kolorowymi pisakami repertuar oraz plakaty – jednym z nich był na pewno ten z siedzącym na ławce Forrestem Gumpem. Ale ja miałem zobaczyć wtedy inny film. Mama zabrała mnie na Króla Lwa i był to pierwszy kinowy seans w moim życiu. Doświadczenie z pewnością wyjątkowe, które – jakkolwiek patetycznie to nie brzmi – miało ogromny wpływ na moje późniejsze losy. Oddając podstemplowany bilet panu Zenkowi (był w tym kinie kasjerem, bileterem, sprzątaczem oraz operatorem sprzętu w jednym) i wchodząc w ciemny korytarz, czułem się, jakbym przekraczał próg jakiegoś innego świata. Podobne odczucia miałem chyba tylko wjeżdżając do domu strachu w wesołym miasteczku. I rzeczywiście, gdy film się zaczął, a słońce zaczęło wschodzić nad sawanną w takt afrykańskich rytmów, naprawdę przeniosłem się do innej, nieznanej krainy. Nie było mnie już w pochmurnym Wejherowie, wśród porozrzucanych na fotelach zimowych kurtek oraz w unoszącym się w powietrzu stęchłym zapachu starej sali kinowej. Byłem w Afryce i przeżywałem najbardziej magiczne chwile mojego krótkiego życia.

Dlaczego to wspomnienie napawa mnie dziś pewnym smutkiem? Ano, dlatego, że było to już 20 lat temu. Król Lew zadebiutował na ekranach amerykańskich kin 15 czerwca 1994 roku, w Polsce pojawiając się kilka miesięcy później. Choć dla wielu osób z mojego pokolenia wydaje się to aż niemożliwe, niestety taka jest prawda – dzień, w którym z otwartą buzią podziwialiśmy Simbę wchodzącego na Lwią Skałę, miał miejsce całe wieki temu. Wystarczy spojrzeć na to, jak postarzał się Elton John. Staruszek zdecydowanie nie wygląda już tak, jak w teledysku do „Can You Feel the Love Tonight”…

Od tego czasu zmieniło się zresztą dużo więcej rzeczy. Kino nie jest już tym samym miejscem, co kiedyś. Przede wszystkim te sale, w których oglądaliśmy Króla Lwa, w zdecydowanej większości przestały istnieć. Zburzone lub przeznaczone na inną działalność, są dziś już jedynie nostalgicznym wspomnieniem. Moje kino przez jakiś czas stało puste i straszyło szczątkami starych plakatów pozostawionych na murach z odchodzącą płatami farbą. Potem był tam sklep meblowy, a dziś bar – szkoda, że w najmniejszym stopniu nienawiązujący do pierwotnej roli budynku. Teraz mamy multipleksy, z których coraz więcej znajduje się w galeriach handlowych. Ma to swoje plusy, ma i minusy, a jednym z nich z pewnością jest brak atmosfery wyjątkowości seansu, pewnego święta serwowanego samemu sobie z różnych powodów. Dziś do kina chodzimy na przykład dlatego, że szybko uwinęliśmy się z zakupami…

Wielkim zmianom uległ też świat filmów animowanych. Wytwórnia Disneya, w tamtych czasach będąca niemal hegemonem, doczekała się poważnych konkurentów. Ołówki, papier i dłonie rysowników, początkowo jedynie wspierane przez komputer (zresztą nawet i w Królu Lwie), ostatecznie zostały przez niego zastąpione. Również i scenariusze produkcji dla najmłodszych przeszły niemałe zmiany – od historii bazowanych na słynnych baśniach przeszliśmy do zwariowanych komedii odwołujących się do kultury popularnej, które często skierowane są w równym stopniu do dzieci, jak i dorosłych. Animacje zrobiły się bardziej zróżnicowane, ale z drugiej strony spowszedniały; mamy ich dziś przecież całe mnóstwo. Moja pięcioletnia bratanica zaliczyła już naprawdę dużo seansów, a właściwie każdy z nich kwituje zwykłym „Fajne”. Jedynym filmem, który sprawił, że dostała wypieków na twarzy i zapamiętała go na całe miesiące, była Kraina lodu – produkcja podobna klimatem do starszych tytułów Disneya i mająca fabularnie sporo wspólnego z historią Simby. Przypadek? Nie sądzę.

image38

ZACHWYT NOWYM ŚWIATEM

Zarówno Król Lew, jak i Kraina lodu to przykłady starego, dobrego, poczciwego Disneya – takiego, w którym końcowe przesłanie wyłożone jest w sposób aż nazbyt czytelny, a wszystko to, co do niego prowadzi, zachwyca realizacyjnym rozmachem. Tego typu filmy przepełnione są magią. Od pierwszych scen ma się wrażenie uczestnictwa w ważnym, wyjątkowym, niemal mitycznym wydarzeniu. Dzięki takim produkcjom dzieciaki mogą zobaczyć na własne oczy krainy, które do tej pory mogły oglądać jedynie w postaci nieruchomej, uwiecznione na kartach książek. Trzeba bowiem przyznać, że najlepsze filmy tej wytwórni charakteryzują się nie tylko świetnie narysowanymi postaciami, ale też wspaniałym tłem – wszystko dopieszczone jest tam w najmniejszym szczególe.

Rozległe krajobrazy w tych filmach, pokazywane często z oddali lub z lotu ptaka, mają w sobie coś epickiego. Czy jest to słoneczna sawanna czy przysypane śniegiem Arendelle, widoki te potrafią zaprzeć dech w piersiach i zostać zapamiętane na bardzo długo. Ja do dziś mam przed oczami dzień budzący się w królestwie Mufasy, a moja bratanica z pewnością wspomina Elsę zmierzającą na szczyt góry i tworzącą swój lodowy pałac. To są sceny, które na całe lata zostają z widzem, zwłaszcza tym małym, który nie widział jeszcze zbyt wiele. Mimo mojej ogromnej sympatii do Toy Story czy Shreka, wydaje mi się, że filmy te nie mają takiej mocy. Są mądre, śmieszne, oryginalne, mają świetnie rozpisane postaci, ale… brak im magii; tego czegoś, co sprawia, że kino jest już nie tylko ciemną salą z wielkim ekranem, ale pewnym wehikułem przenoszącym nas do innego czasu i miejsca. Tym, co pozwala nam poznawać nowe światy.

tumblr_m9ul4vUXeS1re4uqoo1_1280

WSPÓŁCZESNY MIT

Choć Król Lew jest tak naprawdę pierwszym filmem wytwórni, który nie został oparty na już istniejącym dziele (no, prawie… – dla wielu osób mamy tu do czynienia z ewidentną zrzynką z japońskiego anime Kimba Biały Lew), jego fabuła jest pełna nawiązań do szekspirowskiego Hamleta, opowieści Starego Testamentu czy mitologii. Jeden z amerykańskich krytyków przyrównał go nawet do Gwiezdnych wojen i, jakby się porządnie zastanowić, nie jest to aż tak głupi tok myślenia. Pomijając już użyczenie głosu Mufasie przez Jamesa Earla Jonesa (Darth Vader), oba filmy są klasycznym przykładem tworzenia współczesnych mitów. To opowieści, w których główną rolę odgrywają archetypy, pewne modele postaci, spełniające w fabule określone funkcje na zasadzie: bohater, złoczyńca, mentor, pomocnik, mędrzec itd. Oglądając Króla Lwa czy Star Wars, nie ma się wrażenia obcowania jedynie z kinową rozrywką, ale czymś więcej – zamkniętym w ramach filmowej taśmy symbolem życia i człowieczeństwa.

Ten film to tak naprawdę poważna przypowieść, a nie rozrywka dla dzieci. Częściej niż śmiech zapewnia momenty poruszające, pełne podniosłości i wzruszeń. Oczywiście, są Timon i Pumba z ich „Hakuna Matata”, są głupie hieny troszczące się o odpowiednią dawkę humoru, ale nie da się ukryć, że Król Lew jest przede wszystkim pewną formą moralitetu – lekcją dojrzewania, odpowiedzialności za własne czyny oraz wizualizacją dobra i zła. Wreszcie, wspaniałym przykładem relacji ojciec-syn, a także tego, w jaki sposób życie nasze oraz tych wokół nas zatacza swoisty krąg.

Longlivetheking

MAGIA MUZYKI

Są w tym filmie sceny, które śmiało można zaliczyć do tzw. magii kina, poczynając od wspominanego już przeze mnie prologu, przez śmierć Mufasy (mnie najbardziej porusza to, jak Skaza wbija w niego swoje pazury, po czym wypowiada „Niech żyje król”), „Miłość rośnie wokół nas”, aż do spektakularnego finału, będącego swoistą klamrą dla motywu kręgu życia. Mają one olbrzymią siłę oddziaływania. I choć każda produkcja animowana to zbiorowy wysiłek tysięcy osób, które całe lata pracują w pocie czoła po to, aby nas zachwycić, w przypadku Króla Lwa z pewnością jednym z głównych czynników odpowiedzialnych za ostateczny sukces filmu była muzyka.

Ścieżka dźwiękowa Hansa Zimmera to jedna z najlepszych partytur tego słynnego kompozytora. Wprowadza do tej produkcji odpowiedni patos, nadając filmowi i jego poszczególnym scenom wyjątkowości. Ponadto, Zimmer odpowiedzialny był za aranżacje napisanych przez Tima Rice’a i Eltona Johna piosenek. A to w końcu nie byle jakie kawałki – Król Lew świetnie sprawdza się przecież również jako musical, co w 1997 zaowocowało sceniczną premierą tego tytułu na Broadwayu. Nieśmiertelne „Can You Feel the Love Tonight” („Miłość rośnie wokół nas”), „Hakuna Matata” czy epickie „Circle of Life” („Krąg życia”) to prawdziwe klasyki. Wszystkie trzy piosenki zostały zresztą nominowane do Oscara, co jest jednym z nielicznych takich przypadków w historii (obok Pięknej i Bestii, Dreamgirls oraz Zaczarowanej). Ja osobiście mam zaś duży sentyment do „Be Prepared” („Przyjdzie czas”), typowej dla Disneya piosenki złoczyńcy. Scena, w której hieny maszerują przed Skazą w rytm tego utworu, wywołuje ciarki na plecach. Nie ma się zresztą co dziwić – wzorowano ją ponoć na przemarszu wojsk Hitlera z Triumfu woli.

Hyenas-hyenas-from-lion-king-30719271-1920-1046

INNA KATEGORIA

Żeby dodać do tych nostalgicznych wynurzeń trochę dziegciu, muszę przyznać, że po tym pierwszym seansie w kinie, 20 lat temu, nie oglądałem już Króla Lwa. Chyba po prostu się bałem. Bałem się, że moje dziecięce wspomnienia zostaną zrewidowane, a magia, która towarzyszyła temu momentowi, na zawsze się ulotni. Gdy jednak w 2011 roku film ponownie zagościł w naszych kinach, dałem za wygraną. Chciałem przeżyć to jeszcze raz. No i… nieco się zawiodłem.

Król Lew oglądany po tylu latach to wciąż wspaniałe, epickie sceny powodujące gęsią skórkę. Jako całość nie do końca się jednak obronił. Oczywiście, jestem już „nieco” starszy, wizyt w kinie mam za sobą setki, zamiast rozchylanej kurtyny na sali czeka nieznośnie długi blok reklam, a wśród odgłosów nie ma już klimatycznego dźwięku przesuwanej taśmy, lecz raczej mlaskanie popcornem i dzwonki telefonów komórkowych. Okoliczności mało podniosłe. Mimo wszystko, patrząc na sprawę obiektywnie, wydaje mi się, że Disney stworzył kilka filmów ciekawszych fabularnie i ładniejszych pod względem animacji. Oglądając tę produkcję z perspektywy dorosłego faceta rozczarowały mnie też postacie Simby i Mufasy – tak jak wcześniej tę dwójkę bezkrytycznie podziwiałem, tak teraz zwłaszcza młodszy lew wydał mi się nijaki, a nawet trochę irytujący. Choć ostatnia scena filmu wciąż zachwyca, a z chwilą pojawienia się słów „The Lion King” na napisach końcowych ręce same składają się do oklasków, kino opuszczałem z mieszanymi uczuciami. Byłem zły na siebie, że popsułem swoje dziecięce wspomnienie. Przez lata wydawało mi się bowiem, że jakakolwiek krytyka wobec tego filmu byłaby niczym obraza majestatu. A teraz sam miałem swoje „ale”…

Lion King Simba and Mufasa

Na szczęście trochę czasu minęło, a ja myśląc o Królu Lwie znowu widzę siebie przechodzącego przez ciemny korytarz w tym małym starym kinie z czerwonymi ścianami. To w końcu ten seans ukształtował moje marzenia i sprawił, że robię dziś to, co robię. To wtedy postanowiłem, że kino już zawsze będzie ważną częścią mojego życia. I choć następcą pana Zenka nie udało mi się zostać, mam okazję pisać teksty takie jak ten i dzielić się moją pasją z innymi. To jeszcze lepsza sprawa. A gdyby nie Król Lew, możliwe, że nigdy by do tego nie doszło. Dlatego nieważne analizowanie i recenzenckie czepianie się szczegółów – filmy zmieniające życie należą do innej kategorii i tam je pozostawmy.

*

Jakiś czas po tym feralnym drugim seansie w 2011 roku wybrałem się do Media Markt. Gdy oglądałem okładki najnowszych dvd i blu-rayów, doszedł mnie pamiętny zaśpiew w języku zulu – na ekranie w dziale multimedia właśnie pokazywano pierwszą scenę Króla Lwa. Odruchowo poszedłem w tamtą stronę i stanąłem przed telewizorem.

0110357_1

I znowu się to stało – niewytłumaczalna magia zadziałała. Nieistotni byli inni ludzie, to, po co przyszedłem do sklepu, a nawet ciągłe wzywanie pracowników przez głośniki. Stałem przed tym telewizorem jak zahipnotyzowany, ciesząc się tym zupełnie nieoczekiwanym, a jakże przyjemnym seansem. Kiedy „Circle of life” się skończyło i na ekranie pojawił się tytuł, ocknąłem się. Nie zamierzałem przecież oglądać całego filmu. Ale wtedy dostrzegłem, że obok mnie stoi co najmniej pięć innych osób. Twarze dwójki dzieci wyrażały zachwyt, ich matka wyglądała na pełną dumy, a stojący nieco dalej facet mniej więcej w moim wieku sprawiał wrażenie, jakby cofnął się w czasie o 20 lat – rozmarzony uśmiechał się pod nosem, być może wspominając swoje małe kino i swojego pana Zenka.

Ocenianie tego filmu przez dwudziestokilkulatków nie ma chyba większego sensu. To symbol naszego dzieciństwa i przykład tego, jak silnie oddziaływać mogą ruchome obrazy. Król Lew to dla nas magia. I tyle. Więcej tłumaczyć nie trzeba.







  • SonnyCrockett

    To brzmi jak suchar ale ja też pierwszy raz w kinie byłem na „Królu lwie” i poczucie magii kina pozostało do dziś ;)

  • Fidel

    Takie prawdziwe, chlip ;)

  • Andriej

    A zatem jesteśmy rówieśnikami, dzięki za ten tekst ;) Już się bałem, że jestem w moim sentymencie osamotniony…

  • janko

    Jakie my mieliśmy szczęście oglądać ten film premierowo w kinie…

  • Patryk Głażewski

    To takie typowe, by mówić, że było się pierwszy raz w kinie na Królu lwie :). Tak też było ze mną i mam ze sobą podobne odczucia. Od lat jednak nie oglądałem go w pełni, najwyżej kilka scen. Pewnie w końcu to zrobię, bo choć uczucia do filmu nieco zwietrzały, to wciąż jest dla mnie dość ważny film. I cieszę się, że choć z animacjami bywa różnie, wciąż pojawiają się filmy, które potrafią zachwycić kunsztem. Autor jednak nieco za surowo traktuje tu Toy Story i Shreka, bo choć wprowadziły one nowe trendy, to moim zdaniem pod względem włożonego w nie ducha są niewiele gorsze.

  • MHP

    Każdy ma jakiś film (filmy?), który obejrzany w dzieciństwie wtopił się w podświadomość na tyle głęboko, że wspomnienie o nim wywołuje błogi uśmiech rozmarzenia. Nie zmieni tego nawet fakt, że owe obrazy z perspektywy dorosłego, nieco już otrzaskanego człowieka, to często straszliwe gnioty. Potęga sentymentu ;).

  • Mefisto

    Ugryź szynkę!

  • tomek

    Ja mam podobnie z „The Land Before Time” oraz „tymi starymi” „100-ma dalmatyńczykami”. ;-)

  • Mak

    Nigdy się tym filmem nie jarałem ani nic nudził mnie strasznie . Ja zawsze wolałem filmy w stylu Batman itd czy jakieś filmy akcji :P a w wieku 7 lat to już widziałem terminatora itd .

  • Madź

    Ja nadal kocham Króla Lwa. Miałam wszystkie 3 części na kasetach i książkę. Nadal mam :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Apokalipsa według Johna Carpentera

Następny tekst

Eva Green u Polańskiego!



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE