Artykuł

Koniec podróży? Kilka refleksji na temat „Hobbita” Petera Jacksona

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorem artykułu jest Sławomir Wasiński.

Nastał czas pożegnania ze Śródziemiem? Czy to już? Zanim spróbuję odpowiedzieć na te pytania, warto wrócić na moment do czasu, kiedy „Hobbit” był jeszcze w planach. Zapewne większość z was pamięta zmagania i początkowe kłopoty tego ogromnego projektu. Kiedy ostatecznie fotel reżysera zajął Peter Jackson, pojawiła się konkretna wizja ekranizacji książki J.R.R. Tolkiena. Zaplanowano pojawienie się postaci znanych z „Władcy Pierścieni”, oczywiście zarówno tych, które w oryginalnym „Hobbicie” nie występowały, jak i dodanie zupełnie nowych bohaterów. Całość miała zostać pomyślana w ten sposób, by historia stanowiła pomost między przygodami Bilba Bagginsa, a wyprawą jego krewnego Froda. Zabieg ten poskutkował nieuniknionymi porównaniami z „Władcą…”. Należy więc przyjrzeć się całej trylogii i sprawdzić, jak powyższe założenia zostały zrealizowane. 

Peter-Jackson-and-the-cast-on-set-in-The-Hobbit-An-Unexpected-Journey

Peter Jackson od początku nie potrafił zdecydować się dla kogo „Hobbit” będzie przeznaczony, co znakomicie widać na przykładzie pierwszej części, czyli „Niezwykłej podróży”. Przy okazji, brawa na dystrybutora, oczywiście podróż musiała być „niezwykła”, ponieważ obiecuje wiele atrakcji, nie zaś jak chce oryginał „nieoczekiwana”, bo to zwiastuje nieprzygotowanie i skazanie na bylejakość. Charakter książkowego „Hobbita” jest jednoznaczny – to opowieść kierowana do młodszych odbiorców, by nie powiedzieć wprost – do dzieci. We „Władcy Pierścieni” mamy już poważniejsze intrygi, wojny, rozlew krwi i na tyle duże skomplikowanie fabularne, że niekoniecznie każdy szkrab w lot pojmie, o co chodzi. I właśnie ekranizacja „Władcy…” stawiała sobie za cel, by jak najstaranniej odwzorować fabułę, co i tak okazało się niemożliwe, ponieważ zrezygnowano z co najmniej kilku znaczących wątków. Niemożność zapanowania nad charakterem filmu jest pierwszą konsekwencją koncepcji zakładającej splecenie tych dwóch dzieł Tolkiena.

Początkowo „Hobbit” ma charakter książki – spokojny, z zabawnymi momentami, a także z piosenkami. Aż tu nagle pojawiają się np. wątki typu Thorin i zaszłości z Białym Orkiem lub dość brutalna przeprawa przez Góry Mgliste wypełnione goblinami[1].

[quote]Niezdecydowanie reżysera, do kogo ma być to adresowany film, ukazało jeszcze jeden problem, znakomicie widoczny, gdy na ekranie pojawia się przemoc. [/quote]

Mam na myśli brak ukazywania konsekwencji tejże przemocy. Mimo że „Władca…” i „Hobbit” mają taką samą kategorię wiekową, czyli PG-13, to w tym pierwszym starcia były krwawe, a śmierć zaakcentowana. W „Hobbicie” ani jedna klinga nie wymagała czyszczenia po walce. Rezygnacja z tak prostego zabiegu przynosi tylko szkody. Wypacza to odbiór takich zjawisk jak np. wojna, szczególnie u młodych widzów. Nie dzieje się to zresztą pierwszy raz. By nie szukać daleko – taką samą strategię przyjęto w „Opowieściach z Narnii”. Ten niepokojący „efekt Narnii” jest jednym z największych grzechów twórcy „Hobbita”.

AzogPines1

Część druga, czyli „Pustkowie Smauga”, zwiastuje największy paradoks całej trylogii. Wydłużanie filmów po to, by się śpieszyć. Pierwsza część trwała o niecałe dziesięć minut dłużej niż „Pustkowie…” i przedstawiła wydarzenia z pierwszych osiemdziesięciu pięciu stronic książki. Akcja w części drugiej, czyli spotkanie w domu Beorna i przebycie Mrocznej Puszczy są opisywane przez czterdzieści stron (!), jednak w filmie pojawiają się stosunkowo krótko (wersja reżyserska zapewnia kilka dodatkowych minut w towarzystwie Beorna). Kluczową rolę w tym aspekcie odgrywa Azog, który jest „naganiaczem” fabuły. To on przez znakomitą część przygody popędza kompanię Thorina, przez co spokój i odpoczynek są krótkie, a czas na dodatkowe wątki zaplanowane przez reżysera coraz dłuższy.

Skoro mowa o fantazjach Jacksona, warto zastanowić się, jak wprowadzane są do świata „Hobbita” postacie, których wcześniej tam nie było. Jednym z najciekawszych przykładów są postacie Galadrieli i Sarumana. W części pierwszej oboje przybywają do Rivendell, by wraz z Gandalfem odbyć spotkanie, które później zostało nazwane Białą Radą. Podczas niej Gandalf miał nie tylko mówić o nadchodzącym zagrożeniu, ale przekonać także Białego Czarodzieja, by ten ewentualnie zgodził się na wyprawę krasnoludów (w teorii również Elrond musiał wydać pozwolenie). Można żałować, że zdecydowano się na rozwiązanie tak dalece nie mające sensu. Żaden z Istarich (obrońcy Śródziemia, zwani czarodziejami) nie odpowiadał przed drugim. Mimo tego, że Saruman posiadał największą moc, był tylko i wyłącznie „organem doradczym”, jego zadaniem była pomoc, nie wydawanie rozkazów.

1219085_1368874154531_full

 

Będąc przy Istarich, pojawia się także kolejny z nich – Radagast. Bohater mający pełnić rolę komediową, jeden z najjaśniejszych punktów wprowadzonych do oryginalnej historii. Kolejna scena, tym razem pochodząca z „Bitwy Pięciu Armii” potwierdza tylko nonsensowność włączenia ww. postaci do fabuły. Oto Gandalf dogorywa jako więzień w ruinach fortecy Dol Guldur, na pomoc przychodzą mu Elrond, Saruman i Galadriela. Ta ostatnia recytuje fragment epigrafu przypominającego, kto i ile pierścieni otrzymał, po czym dziewięciu śmiertelnych ludzi powstaje z martwych i wywiązuje się walka. Gdzieś po drodze także Sauron zostaje przepędzony.

Sceny tego typu znajdują się w grupie oznaczonej jako efekciarskie, dzięki czemu płynnie można przejść do postaci Legolasa i Tauriel (choć jego karkołomne wyczyny to temat na inne rozważania). Kiedy tylko Legolas pojawił się w „Hobbicie”, doceniłem jego inny rys charakteru. We „Władcy…” był mądry i opanowany. Tutaj zaś jest młody, zakochany, brawurowy i nieostrożny. Zrobienie z niego „młodego gniewnego” wydawało się pomysłem trafionym w dziesiątkę. Pokazywałoby rozwój charakterologiczny postaci oraz podkreślało jej wiarygodność. Jednak nie wszystko się tu zgadza. Wyprawę Bilba i wydarzenia z „Władcy…” dzieli zaledwie kilka dekad, dla nieśmiertelnych elfów to czas niezwykle krótki i nawet decyzja powzięta przez Legolasa na końcu „Bitwy Pięciu Armii” może nie wystarczyć, by wykształcić w sobie cechy charakteru, jakimi został obdarzony podróżując z Drużyną Pierścienia. Z kolei wątek Tauriel wydaje się być w najwyższym stopniu rozczarowujący, bo niedomknięty. Największa ozdoba trójkąta miłosnego, po jego rozwiązaniu, została porzucona sama sobie, a jej losy nieznane. Zdumiewające, że reżyser tak marginalnie potraktował wymyśloną przez siebie postać. 

The-Hobbit-TDOS-032-Tauriel-Legolas

W porządku. Przecież zawsze mogą podnieść się głosy, że „Hobbita” nie należy traktować w kategoriach adaptacji, a rozumieć go raczej jako fanfikcję. Przecież Peter Jackson od dziecka chciał obejrzeć w kinie przygody swoich ulubionych bohaterów, więc nie można mieć wątpliwości, że jest fanem, prawda? Zgoda. Nigdy nie byłem przeciwny fanowskim fikcjom, zawsze jednak twierdziłem, że takowe powinny zachować ducha oryginału. Nie sztuką jest wytrzebić materiał z pierwotnej treści i tworzyć całkowicie nową historię w danym uniwersum. Największe wyzwanie to na już dobrze znanych treściach budować pojedyncze nowe i alternatywne wątki. W tym wypadku „Hobbit” służył Jacksonowi tylko i wyłącznie za ramy, z których niestety wypadał niejednokrotnie, a bezczelność licencji poetyckich, udzielanych sobie nazbyt często, miejscami była przytłaczająca.

[quote]Czy to koniec podróży? Czy myślicie, że Śródziemie pozostanie od tej pory bez życia? [/quote]

Wszyscy ci, którzy interesowali się twórczością J.R.R. Tolkiena nim nikomu nie śniły się ekranizacje wiedzą, że jest sporo materiału, po który ktoś w końcu sięgnie. Przy odrobinie wyobraźni „Przygody Toma Bombadila” z pewnością mogą znaleźć się na wielkim ekranie. Na pewno przyjdzie nam długo na to poczekać, ale wreszcie ktoś zderzy się z materią i zekranizuje „Silmarillion”, albo w wielu kinowych częściach, albo w formie serialu. Przeogromna ilość materiału może spokojnie zostać podparta „Księgą zaginionych opowieści” oraz „Dziećmi Húrina”. Świadczy o tym zarówno olbrzymia popularność i chęć oglądanie takich widowisk, generowanie przez nie setek milionów dolarów oraz nieustająca pasja twórców. Czy to koniec podróży? Nie, to dopiero początek.

hobbit-3

[1] Używam tu tolkienowskiej nomenklatury, zastosowanej w „Hobbicie” i miejscami pojawiającej się we „Władcy…”. Pisząc o goblinach Tolkien miał na myśli orków. Stąd zamieszanie w filmowej „Bitwie Pięciu Armii”, która okazała się być potyczką nieco innych armii. W pierwowzorze starli się po jednej stronie: elfy, ludzie i krasnoludy, po drugiej zaś gobliny i wargowie (dzikie wilki). Ekranizacja wykluczyła te ostatnie, w ich miejsce wstawiając orków (książkowe gobliny) i „prawdziwe” gobliny (których obecność podczas bitwy ograniczyła się do jednej sceny).

Ostatnio dodane