KMF NA 6 FESTIWALU MUZYKI FILMOWEJ - Wstęp | FILM.ORG.PL

KMF NA 6. FESTIWALU MUZYKI FILMOWEJ








Jerzy Babarowski
28.09.2013


Wstęp 

Mam nadzieję, że się cieszycie – KMF coraz śmielej wchodzi na salony. Świadomie się chwalę, bo krakowski Festiwal Muzyki Filmowej to jedno z dwóch związanych z kinem rodzimych wydarzeń, na którym możemy spotkać prawdziwą śmietankę najznamienitszych osobistości świata filmu, a przede wszystkim świata powiązanej z filmem muzyki z całego globu. Takiego „star powera” dostarcza jedynie FMF i bydgoskie Camerimage (w którym niestety nie dane mi jeszcze było uczestniczyć). Europa czy Hollywood, Azja czy Australia – Kraków gościł już artystów z każdego muzyczno-filmowego zakątka świata. W tym roku zrobi to po raz kolejny. Od dziś w KMFie relacja z tego wydarzenia. To również dobra okazja, żeby wam przypomnieć, jak wyglądały poprzednie edycje krakowskiego festiwalu.

Deszcz tu pada. Niedobrze. Jeszcze nigdy na FMFie nie padał deszcz. Dotąd krakowski festiwal kojarzył mi się ze słońcem, ciepłem, wiosenną bryzą i – oczywiście – towarzyszącą jej alergią. To przez to, że przełożyli termin: z maja na wrzesień. Teraz zamiast słońca i ciepła jest zimno i deszcz. Niedobrze. Trzeba to jakoś będzie przeżyć.

Z drugiej strony wszystko jest jakby takie samo: te same twarze dziennikarzy z innych redakcji, te same twarze festiwalowej ekipy. Nic się nie zmieniło poza tym, że tym razem mam plakietkę z napisem „PRESS”, a wcześniej nie miałem. Dziwnie się z tym czuję. Trochę jakby ktoś mi zabrał coroczną niewinną magię tej imprezy. Dotąd byłem jedynie legalnie płacącym za bilet uczestnikiem, który nie miał wglądu w działanie tego wszystkiego i ograniczał się do roli widza na widowni, obserwatora, zwykłego śmiertelnika chłonącego przygotowany mu produkt. Tym razem jest inaczej. Dziwnie.

Ale ja nie o tym miałem. Jestem tu już po raz szósty – na krakowską imprezę jeżdżę od samego początku, coś niecoś widziałem, coś niecoś próbowałem nawet pomóc, gdy Festiwalowi groziły cięcia wymierzone w Krakowskie Biuro Festiwalowe (o, TU) możecie przeczytać moją godną pożałowania próbę wejścia w rolę aktywisty społecznego) i pomyślałem, że skoro jestem już legalnym dziennikarzem, to warto by było skorzystać z okazji i przybliżyć wam trochę, jak wyglądały poprzednie edycje tego przezacnego muzycznego święta. A wyglądały wspaniale.

Rok 2007 – wersja pre-alpha

Sześć lat temu po raz pierwszy przybyłem do Krakowa w celach innych niż czysto turystyczne – jako młody, niedoświadczony chłopiec nocujący jeszcze nie w hostelu, a u koleżanki, z którą łączyło mnie coś mniej niż uczucie i coś więcej niż przyjaźń. Wtedy to po raz pierwszy Kraków otworzył się na potrzeby fanów muzyki filmowej – tego dziwnego, egzotycznego grona, które nie za bardzo wiadomo, jak w ogóle ugryźć, bo ani to pop, ani rock, ani klasyka. Jakieś nie-wiadomo-co. Ale to nie-wiadomo-co było związane z kinem i to nie byle jakim kinem – bo mainstreamowym, popularnym, a tam gdzie jest popularność, tam są i pieniądze. Postanowiono więc przeprowadzić próbę – może nie od razu pełnoprawne wydarzenie, festiwal, parodniowe święto dla filmowo-muzycznych nerdów, ale event próbny. Tak więc uczyniono i do Krakowa zaproszono Ennio Morricone.

Nie była to ani pierwsza, ani ostatnia wizyta włoskiego kompozytora w naszym kraju – ale z pewnością dla mnie najbardziej pamiętna, bo i jedyna, którą widziałem na własne oczy. Zorganizowany na krakowskim Rynku koncert symfoniczny wypełnił historyczną Starówkę dosłownie po brzegi, a poruszanie się po niej wtedy, gdy grała muzyka, było dużą sztuką. Oczywiście organizacja tego wszystkiego wołała o pomstę do nieba – miejsc siedzących było jakieś dwieście, wejścia były, z tego co pamiętam, tylko na zaproszenia, a wszyscy, którzy ich nie mieli, musieli się kisić na stojąco w tłumie. Do tego, żeby mieć dobre miejsce, tuż przy barierce, trzeba było przyjść parę godzin wcześniej, jak na jakieś U2.

Nazwijcie mnie ignorantem, ale nie podobał mi się ten koncert – zapewne dlatego, że nie znałem wcześniej ani muzyki Ennio, ani filmów, do których została skomponowana i miałem osiemnaście lat. Nogi mnie rozbolały i w połowie imprezy jakimś cudem, z rozwiązanym sznurowadłem (Boże, cóż to za koszmar był…) przecisnąłem się za Rynek.

Ennio grał swoje najbardziej znane hity i do dziś pamiętam „Gabriel’s Oboe” z „Misji” czy „Deborah’s Theme” z „Dawno temu w Ameryce”. Powodzenie krakowskiego koncertu najwyraźniej przekonało członków Biura Festiwalowego do pociągnięcia inicjatywy muzyki filmowej, bo już w następnym roku ruszyła pierwsza edycja trwającego do dziś festiwalu.

Rok 2008 (29-31.05) – debiut

Rok 2008 był próbą ognia: w festiwal włożono pierwsze spore pieniądze i trzeba było sprawdzić, jak na bardzo nowatorską – zwłaszcza jak na polski rynek – inicjatywę zareaguje publiczność. Organizatorzy postanowili jednak nie szczędzić funduszy i już na sam początek uderzyli z grubej rury – główną atrakcją Festiwalu miało być symultaniczne (to znaczy obraz wespół z graną na żywo muzyką) wykonanie pierwszej części „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona na krakowskich Błoniach. Odważne zagranie.

Pierwszy wieczór Festiwalu odbył się w Filharmonii Krakowskiej, a orkiestra Sinfonietta Cracovia zagrała najgorętsze melodie takich twórców jak Elmer Bernstein, James Horner, John Williams, Jerry Goldsmith, Wojciech Kilar czy właśnie Morricone. Wykonania były wspaniałe i do dziś dźwięczy mi w głowie usłyszany wtedy „Taniec Eleny” Michała Lorenca z „Bandyty” czy temat przewodni „Parku Jurajskiego” Williamsa.

Drugi dzień zapamiętałem jako niewypał – do Krakowa zaproszono Erica Serrę, francuskiego kompozytora znanego ze współpracy z Lukiem Bessonem i ze skomponowania muzyki do takich filmów jak „Wielki błękit”, „Leon zawodowiec” czy „Piąty element”, ale też „GoldenEye”. Poprowadzony przez niego koncert – właściwie bardziej rockowy niż orkiestrowy – odbył się na Błoniach i zupełnie nie zachwycił ani mnie ani – z tego co pamiętam – zgromadzonych słuchaczy. Ciężkie gitarowe brzmienia, w których ledwo było słychać jakiekolwiek melodie, przewalały się przez scenę, nie pozostawiając po sobie ani odrobiny emocjonalnego śladu. Wróciłem do (już niestety) hostelu znudzony i zawiedziony.

Na szczęście dzień trzeci wszystko mi wynagrodził – gdy „Drużyna Pierścienia” zabłysła na olbrzymim ekranie kinowym na Błoniach, a z głośników popłynęła ukochana przeze mnie muzyka Howarda Shore’a wiedziałem, że wróciłem do domu. Sam kompozytor zresztą wysłał do polskiej publiczności wiadomość z przeprosinami, że nie mogło go z nami być w Krakowie i z życzeniami miłych wrażeń.

W tamtym czasie muzyka kanadyjskiego kompozytora do adaptacji prozy Tolkiena była jedną z najbardziej uwielbianych przeze mnie ścieżek muzycznych w ogóle (zresztą, pewnie nadal jest, choć nie słuchałem jej od wielu lat) i nic nie mogło mi sprawić lepszego prezentu niż możliwość usłyszenia jej na żywo, w całości, wraz z genialnym filmem. W swoich zachwytach nie byłem odosobniony: wszyscy widzowie byli wniebowzięci, a nowy festiwal okazał się wielkim sukcesem. Nie było wtedy jeszcze ani spotkań z twórcami, ani akademii festiwalowych, ale te trzy dni wystarczyły, by publiczność doceniła nowatorski projekt, a muzyka na długo zapisała się w jej sercach i umysłach.

Rok 2009 (21-23.05) – drugi album

Jeśli coś jest dobre, to najtrudniej to powtórzyć i przed takim właśnie zadaniem stanęli organizatorzy FMFu w 2009 roku. Dużo zespołów muzycznych polega na drugiej płycie – wydawało się, że FMF mógł spotkać podobny los, ale na szczęście tak się nie stało.

Tym razem już Festiwal działał jak dobrze naoliwiona maszyna – do kupienia był informator, zaproszeni zostali dostojni goście, a prócz głównych atrakcji można było też wziąć udział w akademiach festiwalowych czy sesjach Q&A, gdzie możliwe było zadanie pytań wieloletnim współpracownikom największych wydawnictw czy najsławniejszych kompozytorów z Hollywood. Zaproszeni zostali mi.n. Tom Tykwer (reżyser „Pachnidła” czy „Biegnij, Lola, biegnij”), Jan A.P. Kaczmarek czy Tan Dun (autor partytury do „Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka”).

Drugą edycję otworzył występ Maxa Raabe – artysty estradowego odtwarzającego wraz z niemieckim zespołem Palast Orchester szlagiery piosenkowe z czasów początku kina – i było to jedno z niewielu wydarzeń w historii FMFu, na którym mnie nie było. Nie interesowały mnie tamte czasy, nie znałem tych utworów, więc wolałem spędzić czas inaczej – tym bardziej, że jeszcze tego samego wieczoru był inny koncert.

W godzinach wieczornych pierwszego dnia Festiwal powrócił na krakowskie Błonia – po raz kolejny rozbrzmiała muzyka z największych kinowych hitów. Widzowie-słuchacze mieli okazję posłuchać utworów z „Iron Mana”, „Spider-Mana 3” czy „Matrixa: Rewolucji” do towarzyszących na ekranie fragmentów tych filmów. Pamiętam, że gdy usłyszałem wykonane na żywo „Neodammerung” z ostatniej części trylogii „Matrixa” Dona Davisa przeszły mnie dreszcze – swojego czasu uwielbiałem nie tylko ten utwór, ale tego rodzaju muzykę w ogóle. Wieczór zakończył się suitą z „Pachnidła” z kompozytorami i reżyserem filmu obecnymi na koncercie.

Dzień drugi upłynął pod znakiem Jana Kaczmarka i Tana Duna – wieczorem w Filharmonii festiwalowa widownia posłuchała suit z takich ilustrowanych przez polskiego kompozytora filmów jak „Marzyciel”, „Niewierna” czy „Wojna i pokój”. A ja do dziś pamiętam delikatne dziecięce chórki z muzyki do tego pierwszego filmu.

Druga część wieczoru – ta poświęcona Dunowi – miała się ponownie przenieść na Błonia, jednak na drodze organizatorom nieoczekiwanie stanęła pogoda. Potężna burza zniszczyła przygotowaną na wieczór scenę, co sprawiło, że koncert epickiej muzyki azjatyckiego kompozytora musiano przenieść do Filharmonii. Nie przeszkodziło to na szczęście w odbiorze: koncert zapamiętałem jako jedno z najlepszych wydarzeń w historii Festiwalu, a do dziś w głowie rozbrzmiewa mi dźwięk egzotycznego, azjatyckiego instrumentu erhu…

Dzień trzeci poświęcono kolejnemu spotkaniu z Tolkienem oraz przedpremierowemu pokazowi filmu „City Island” w obecności reżysera. Film – z Andym Garcią w jednej z głównych ról – okazał się być przezabawną komedią obyczajową, jednak chyba od tamtego czasu nie zapisał się w szerszej świadomości kinomanów. Z kolei symultaniczny koncert „Dwóch Wież” pamiętam do dziś – a to ze względu na koszmarnie niską temperaturę, która zaatakowała przybyłych na Błonia uczestników Festiwalu (po zachodzie słońca spadła podobno do 4 stopni Celsjusza…). Sprawiło to, że – mimo mojej dozgonnej miłości dla Tolkiena i dzieł pana Shore’a – koncert opuściłem po pierwszej połowie filmu.

Mimo dających się we znaki problemów z pogodą drugą edycję festiwalu zapamiętałem jednak bardzo pozytywnie – głównie ze względu na wspaniałe wykonanie muzyki z „Przyczajonego tygrysa…”. Organizatorzy dostali ode mnie kciuk w górę i zielone światło na następne lata. Jak wynika z frekwencji na późniejszych edycjach – nie tylko ode mnie.

Rok 2010 (20-22.05) – powiew ze Wschodu

Trzecia edycja festiwalu upłynęła pod znakiem Wschodu i wpływu kultury wschodniej na obraz współczesnej muzyki filmowej. Festiwal nabrał rozpędu: do Krakowa powrócił Tan Dun, przybył też Shigeru Umebayashi – autor muzyki do takich filmów jak „Spragnieni miłości”, „2046” czy „Dom latających sztyletów” – oraz wybitny polski pianista jazzowy Leszek Możdżer.

Pierwszego dnia Festiwalu ten ostatni wspomagał znaną już festiwalowej publiczności orkiestrę Sinfonietta Cracovia w zagraniu Internetowej Symfonii „Eroica” – stworzonej przez Tana Duna we współpracy z internautami partytury, zagranej pod jego batutą. Na koncercie zagrano również muzykę Duna do filmów „Bankiet” oraz „Hero”.

Następnego dnia rozegrały się dwa wydarzenia: koncert klasycznych wersji piosenek z filmów Disneya, mi.n. z Natalią Kukulską na scenie (tam mnie niestety nie było) oraz koncert twórczości Shigeru Umebayashiego… z którego niestety niemal nic nie pamiętam.

Największą atrakcją okazało się jednak spotkanie z nikim innym, jak z Howardem Shore. Po dwóch latach nieobecności Kanadyjczyk w końcu przybył do Krakowa, aby osobiście poprowadzić orkiestrę do zagrania muzyki z trzeciej części filmowej trylogii Petera Jacksona. Spotkanie odbyło się w kawiarni niedaleko Rynku, a ja miałem szczęście siedzieć przy samym niemal kompozytorze (nie, na zdjęciu powyżej to nie ja). Później można było wziąć od niego autograf, który pan Shore umieścił na poświęconej mu stronie w moim egzemplarzu informatora festiwalowego – jest tam do dziś :)

Zresztą w ogóle przy trzeciej edycji poziom akademii festiwalowych i gości, którzy składali wizyty stał się już atrakcją samą w sobie. Nigdy wcześniej w Krakowie nie obrodziło tak wybitnymi osobistościami ze świata muzyki filmowej, a porozmawiać można było m.in. z Nancy Knutsen – wieloletnią współpracowniczką Johna Williamsa. W 2010 roku również miejsce koncertów przeniesiono gdzie indziej – trzecia edycja była pierwszą, na której główne festiwalowe eventy nie odbywały się w Filharmonii czy na Błoniach, ale w Hali Ocynowni ArcelorMittal w Nowej Hucie. Ten przedziwny industrialny obiekt położony w głębi ogromnego kompleksu Ocynowni początkowo wzbudzał wątpliwości nie tylko organizatorów, ale i samych muzyków (ze względu na akustykę). Od tamtej pory jednak stał się nieodłączną wizytówką nie tylko FMFu, ale i paru innych krakowskich festiwali muzycznych.

Tam też rozegrała się główna atrakcja ostatniego, trzeciego dnia Festiwalu – symultaniczny koncert score’u do „Powrotu Króla”. W sytuacji, gdy wreszcie odeszła kwestia iście mroźnej temperatury, można już było bez problemów skupić się jedynie na muzycznym doświadczeniu. Doświadczeniu wspaniałym, które zresztą pamiętam do dzisiaj. „Powrót Króla” od zawsze był moją ulubioną częścią trylogii – zarówno w oryginale literackim i w interpretacji Jacksona, jak i pod względem skomponowanej przez Howarda Shore’a muzyki.

Trzecia edycja okazała się wielkim sukcesem. Decyzja o przeniesieniu koncertowych wydarzeń do Ocynowni była strzałem w dziesiątkę, a FMF na trwale zapisał się na muzycznej mapie nie tylko Krakowa czy Polski, ale i Europy – jako jeden z nielicznych festiwali na Starym Kontynencie poświęconych w całości muzyce filmowej.

Rok 2011 (19-22.05) – Mount Everest

I tak oto dochodzimy do czwartej edycji FMFu – mojej ulubionej, którą wspominam najmilej i z największymi emocjami. To był ten moment, gdy krakowski festiwal przełamał granice Polski i na chwilę wbił się w krajobraz poświęconych muzyce filmowej świąt z całego świata.

Po wielu latach do Krakowa wreszcie udało się sprowadzić Joe Hisaishiego – azjatyckiego kompozytora od niemal trzydziestu lat współpracującego z Hayao Miyazakim, którego chyba nie trzeba przedstawiać. Hisaishi miał się już pojawić na poprzedniej edycji, jednak ponoć wymagania artysty okazały się wtedy zbyt wysokie dla festiwalowych organizatorów. Całe szczęście, że w 2011 go nie zabrakło – to jeden z moich ulubionych współczesnych twórców muzyki filmowej, a na pewno jeden z najwybitniejszych melodystów tego gatunku. Zagrany ponownie w Hali Ocynowni koncert muzyki z dokonań Studia Ghibli pod batutą samego Hisaishiego zapamiętałem jako jedno z najlepszych – jeśli nie najlepsze – wydarzenie w historii całego FMFu. Reakcję publiczności na suitę z „Mojego sąsiada Totoro” do dziś trudno mi zapomnieć.

Drugiego dnia Festiwal otworzył się na coś zupełnie dla siebie nowego – muzykę z gier komputerowych. Wieczorem w Hali odbyły się dwa niezapomniane koncerty: muzyki z serii „Final Fantasy” oraz dwóch komputerowych „Wiedźminów”. Seria „Final Fantasy” to ostoja branży gier komputerowych, o której słyszeli nawet ci, którzy grami się raczej nie interesują. Na przestrzeni niespełna dwudziestu pięciu lat swojego istnienia gry „FF” stały się jednymi z najwybitniejszych przedstawicieli gatunku jRPG i zajęły poczesne miejsce w japońskiej popkulturze. A jedną z najbardziej wyrazistych i rozpoznawalnych cech tej serii (dzięki której w ogóle po nią sięgnąłem) była muzyka autorstwa Nobuo Uematsu – nazywanego też „Johnem Williamsem gier komputerowych”. Do Krakowa zawitał stale z nim współpracujący Arnie Roth, pod którego batutą odbył się koncert pt. „Distant Worlds: music from FINAL FANTASY”, z którego repertuarem Roth jeździł – i jeździ nadal – po całym świecie.

Drugą atrakcją były wspaniałe melodie skomponowane przez Adama Skorupę oraz Krzysztofa Wierzynkiewicza do „Wiedźmina 2: Zabójcy Królów” – bardzo dobrze przyjętej gry komputerowej autorstwa warszawskiego studia CD Projekt RED, która akurat w okolicach trwania Festiwalu miała swoją premierę i stała się wizytówką polskiego gamedevu na całym świecie. Zarówno z panem Rothem, jak i z przybyłymi do Krakowa kompozytorami „wiedźmińskimi” oraz producentem gry Tomaszem Gopem wcześniej w ciągu dnia odbyły się spotkania poruszające zagadnienia gier, ich miejsca na mapie współczesnej kultury oraz różnic między pracą kompozytorów muzyki filmowej a muzyki do produkcji interaktywnych. I tylko żal, że do Krakowa nie przybył sam maestro Uematsu, choć w kuluarach mówiło się, że podobno był zaskoczony poziomem imprezy i żałował, że nie przyjechał…

Trzeciego dnia Festiwalu odbyła się kolejna projekcja symultaniczna. Po zakończeniu trylogii „Władcy Pierścieni” organizatorzy FMFu zdecydowali się pozostać w klimatach hollywoodzkich superprodukcji i na ekranie Hali Ocynowni tym razem zagościł kapitan Jack Sparrow. Dla mnie była to jedyna mniej mnie interesująca atrakcja tej edycji FMFu, bo „Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły” to nigdy nie był film, który specjalnie lubiłem – ani pod względem filmowym, ani muzycznym. Chociaż organizatorzy mogli się przynajmniej pochwalić głośnymi nazwiskami, które uświetniły pokaz, np. Alicją Bachledą-Curuś, z którą zrobiłem sobie fotę, ha :)

Czwarty dzień (tak, FMF po raz pierwszy rozszerzono o kolejny dzień) był zawodem pod względem poziomu dramaturgicznego, ale na pewno nie artystycznego. Po trzech poprzednich dniach, na których królowały wielkie produkcje światowego ekranu (czy monitora) i najznamienitsi artyści, ostatni dzień Festiwalu poświęcono Polsce, a dokładniej – polskiemu serialowi. Tym serialem był „Czas honoru” – chyba nasza najlepsza współczesna produkcja serialowa i jedna z niewielu (jeśli nie jedyna) rodzima produkcja tego rodzaju mogąca w jakikolwiek sposób startować do zagranicznej konkurencji. Do Krakowa sproszono całą główną obsadę i producentów z tworzącego „Czas…” Akson Studio.

Oczywiście główną atrakcją była muzyka – skomponowana przez młodego polskiego kompozytora Bartosza Chajdeckiego partytura stała się jedną z najmocniejszych stron serialu i jednym z najwybitniejszych osiągnięć polskiej muzyki filmowej ostatnich lat. Po popołudniowym spotkaniu z obsadą i twórcami serialu niedaleko Rynku wieczorny koncert odbył się w atmosferze radosnej fety – wspaniałe kompozycje Chajdeckiego były przeplatane mini-wywiadami z odtwórcami głównych ról „Czasu honoru”, a na koniec koncertu i sam nieśmiały kompozytor otrzymał burzę długo nie mogących ustać oklasków. Wspaniały koncert.

Po tamtej nocy jasnym było, że czwartą edycję FMFu trudno będzie pobić. W moim prywatnym rankingu do dziś pozostaje dla mnie tą, która udała się najlepiej. Obawy okazały się uzasadnione już na początku przyszłego roku…

Rok 2012 (24-26.05) – obniżka lotów

Nic, co dobre, nie może trwać wiecznie, a Polska jest krajem, w którym to powiedzenie zyskuje nowe znaczenie. Na początku 2012 roku Krakowskie Biuro Festiwalowe musiało dokonać serii cięć budżetowych z powodów różnych, o których nie ma sensu tutaj pisać. Dość powiedzieć, że przez chwilę wydawało się, iż piąty FMF nie odbędzie się wcale. Jednak olbrzymi sprzeciw lojalnej festiwalowej publiczności, która kształtowała się przez poprzednie cztery lata – do którego sam dorzuciłem swój malutki kamyczek – przyczynił się do ponownego rozpatrzenia sprawy przez organizatorów. Ostatecznie FMF udało się uratować, choć problemy finansowe nie mogły pozostać bez wpływu na poziom kolejnej edycji…

W 2012 roku powrócono więc do harmonogramu trzydniowego, a repertuar okazał się znacznie skromniejszy niż dotychczas. Pierwszy dzień odbył się pod znakiem „Pachnidła: Historii mordercy” w reżyserii Toma Tykwera – filmu, który już raz zawitał na FMF trzy lata wcześniej i który, mówiąc oględnie, wybitny nie jest. Muzyka jednak jest cudowna i można było usłyszeć ją w całej glorii podczas koncertu symultanicznego filmu zagranego po raz kolejny w Hali Ocynowni w Nowej Hucie. Niezwykłe melodie i faktury dźwiękowe odzwierciedlające patologiczną osobowość i zdolność wyczuwania zapachów głównego bohatera jeszcze długo dźwięczały mi w głowie.

Drugi dzień przypominał już niestety klasyczny polski benefis, jakich pełno jest w naszej państwowej telewizji. Dobrze chociaż, że miał iście wyjątkowego bohatera – był nim bowiem Wojciech Kilar, jeden z najbardziej utytułowanych i międzynarodowych polskich twórców muzyki filmowej. W Hali Ocynowni zagrano jego najlepsze i najbardziej znane kompozycje, a koncert był przeplatany wypowiedziami reżyserów, którzy na przestrzeni lat z Kilarem współpracowali – m.in. Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Zanussiego czy Romana Polańskiego. Najjaśniejszym momentem koncertu z pewnością było wykonanie muzyki do „Draculi” Francisa Forda Coppoli. Oczywiście sam zainteresowany również był obecny na imprezie – dostał nawet klucz do bram Krakowa od prezydenta Jacka Majchrowskiego :)

Jeśli jakaś część piątej edycji FMFu była porównywalna z klasą poprzednich lat, to był to z pewnością dzień ostatni – w Hali miała zabrzmieć tzw. Symfonia Biomechaniczna, na którą składały się utwory z filmów o Obcym. Tak, tym Obcym – Sinfonietta Cracovia zagrała fragmenty score’ów „Obcego: ósmego pasażera Nostromo” Ridleya Scotta, „Obcy – decydujące starcie” Jamesa Camerona, „Obcego 3” Davida Finchera oraz „Obcego: Przebudzenie” Jean-Pierre’a Jeuneta. Gościem Festiwalu był autor muzyki do trzeciej części sagi o Obcym Elliot Goldenthal wraz z partnerką – reżyser Julie Taymor, z którą również wielokrotnie współpracował przy jej produkcjach. Z kompozytorem można było się spotkać zarówno drugiego, jak i trzeciego dnia festiwalu – najpierw bowiem uczestniczył w panelu poświęconym muzyce z filmów o Obcym, a następnego dnia on i pani Taymor rozmawiali z fanami o jej dorobku i procesie współpracy, który zachodzi między nią a jej partnerem. Ciekawe było zwłaszcza to pierwsze spotkanie, na którym pan Goldenthal podzielił się z fanami kilkoma wspomnieniami i spostrzeżeniami o procesie produkcyjnym „Obcego 3”, który wśród fanów tej przerażającej kreatury (a przede wszystkim Davida Finchera) zdążył już obrosnąć legendą.

Na samym koncercie prócz muzyki związanej ze stworzonym przez H.R. Gigera (którego prace służyły jako wizualizacje podczas gry orkiestry) potworem zagrano też inne dzieła Elliota Goldenthala – głównie z filmów w reżyserii Julie Taymor. Koncert zapadł mi w pamięć, choć nie zawsze w sensie pozytywnym – muzyka z filmów o Obcym jednak wyraźnie lepiej się sprawdza na ekranie niż poza nim, a twórczość pana Goldenthala jest z kolei na tyle wyrafinowana i specyficzna, że potrzeba jej fanów o gustach trochę bardziej wysublimowanych niż moje.

I w ten oto dość skromny i ponury (jak na horrory science-fiction przystało) sposób zakończyła się ubiegłoroczna edycja FMFu. Mimo wydarzeń nie zapadających w pamięć tak bardzo jak przy poprzednich edycjach, należy organizatorów Festiwalu pochwalić – mimo uciążliwych problemów finansowych nie poddali się i z pomocą fanów zorganizowali imprezę, która – mimo że skromniejsza niż poprzednie edycje – to nadal zachowała swój niepowtarzalny klimat i urok. Mimo wszystko do Warszawy wracałem ucieszony.

No i to by było na tyle – jak będzie w tym roku? Ja już trochę wiem, a wy będziecie wiedzieć wkrótce, dzisiaj bowiem na łamach KMFu pierwsza część relacji z tegorocznej edycji FMFu. Trzymajcie się i do usłyszenia!

Rodia

Nieznoszący wszystkiego, w równym stopniu nienawidzący bezmózgiej amerykańskiej papki jak i pretensjonalnych artystycznych smrodów, nie trawiący remake'ów, adaptacji i wszelkiego rodzaju przeróbek czegoś, co już było, cierpiący na widok kondycji współczesnego kina, rzygający na widok chciwości amerykańskich producentów, święcie wierzący w ambitne kino środka, odrodzenie Hollywood i w spektakularność nie wykluczającą głębi przekazu fan science-fiction, czarnego kryminału, Dostojewskiego, smutku i mroku w każdej postaci i wieczny narzekacz. Również nierób, wałkoń i śpioch.






  • Mr.Mbutu

    Przywołuje dobre wspomnienia :)

  • zonk

    Wolałem kiedy FMF był imprezą plenerową. W Drużynie Pierścienia na początku filmu jest taka scena kiedy wojska Elfów Krasnoludów i Ludzi przewracają się od podmuchu wywołanego przez rozpadającego się Saurona. Tak się złożyło, że w tym samym momencie na Błoniach zawiał wiatr. Efekt był niesamowity. Poza tym kiedy muzyka grała w plenerze, wzbudzała zainteresowanie ludzi nie zaznajomionych z tematem i miała szansę zrodzić nowych fanów. Odkąd festiwal przeniósł się do hali ocynkowni stał się imprezą zamkniętą dla naszego dziwnego egzotycznego grona fanów muzyki filmowej i nie ma większych szans zainteresować nowych słuchaczy

    • Jerzy Babarowski

      Hm, czy ja wiem… Odkąd impreza przeniosła się do ocynowni przede wszystkim nie musisz cały czas myśleć o dojmującym zimnie (choć jak pokazały ostatnie dni po przeniesieniu imprezy na wrzesień to też niestety nie jest już prawdą…) i możesz skupić się na filmie. A FMF jest promowany na tyle silnie, że sądzę, że większość z tych, których mógłby zainteresować i tak o nim usłyszy. Wydaje mi się, że nowi, których udałoby się pozyskać przez pokaz plenerowy stanowiliby niewielki odsetek…






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Powrót do Garden State

Następny tekst

Agenci



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE