Kino w złym guście – odcinek 4 | FILM.ORG.PL

Kino w złym guście – odcinek 4








Paweł Mączewski
27.01.2014


Jeżeli lubisz ambitne kino, wysublimowaną i wciągającą fabułę, dobrą grę znanych aktorów… to źle trafiłeś. Tutaj nie znajdziesz nic z tych rzeczy. Do widzenia i życzę miłego dalszego zwiedzania internetu. W tym miejscu jest tylko naprawę złe kino. Zadbam też o to, by towarzyszyły im także te produkcje nieznane szerszej publiczności, zapomniane i pokryte kurzem na celuloidowych kliszach. Dla każdego coś niemiłego.

Cykl prowadzimy we współpracy z ruchome-obrazki.blogspot.com

Drużyna B

zlekino1Ok, trzeba było chwilę poczekać na kolejną odsłonę „Kina w złym guście”, więc dzisiejszy odcinek zaczniemy od mocnego uderzenia, a właściwie kopniaka, pięciu kopniaków. „Command 5” to amerykańska produkcja z 1985 roku, której w żadnym razie nie powinniście doszukiwać się podobieństw z bardziej znanym „Commando”. Chociaż oba tytuły powstały w tym samym czasie, w jednym zobaczycie samozwańczego mściciela-kulturystę z austriackim akcentem, a w drugim prawdopodobnie najgorszy oddział do zwalczania przestępczości, jaki kiedykolwiek pojawił się na ekranie. Specjalnie nie używam określenia „dużym ekranie”, gdyż „Command 5” to produkcja telewizyjna, która zapewne miała być pilotem do całej serii. Tym bardziej zaskakuje tragiczność tego widowiska. Nie oszukujmy się jednak, jest źle, tak bardzo wspaniale źle, że nie mogło zabraknąć tej pozycji w naszej galerii „Kina w złym guście”.

Już od pierwszych chwil „Command 5” trudno nie zauważyć u twórców inspirowania się popularnym wtedy serialem „Drużyna A”. Tutaj również śledzimy przygody małej acz charyzmatycznej grupki bohaterów, która wypowiada wojnę  zorganizowanej przestępczości. Człowiekiem stojącym na czele tego oddziału jest kapitan Blair Morgan (Stephen Parr). To żołnierz, któremu moim zdaniem, w żadnym wypadku nie powinno się powierzać pod dowództwo jakichkolwiek ludzi. Jego nieprzewidywalność dorównuje chyba tylko jego głupocie… i skuteczności? (osobiście typ jest dla mnie jak odbezpieczony granat – wiadomo, że wybuchnie i będzie dość efektywny, ale jakim kosztem?) Mimo to, jego brawura budzi respekt u dowódców z najwyższych stołków w Pentagonie, którzy decydują się na skorzystanie z usług Morgana (chociaż nawet po ich nietęgich minach widać, że to już naprawdę ostateczność). Punktem zwrotnym w fabule jest moment, w którym kapitan Morgan zostaje wezwany do kwatery głównej sił zbrojnych USA, gdzie otrzymuje od swoich zwierzchników przygotowaną listę najlepszych z tych najlepszych. Dzięki tak precyzyjnie wyselekcjonowanym kandydatom, ma on stworzyć pięcioosobowy dream-team do zadań specjalnych. Co jednak robi nasz As w rękawie? Od razu wypierdala sporządzoną listę do kosza, oznajmiając z uśmiechem na ustach, że sam wybierze swoją drużynę. No i wybiera – bandę największych debili z policji, jakich chyba tylko przez pomyłkę wzięto do służby (tak, nagle scenarzyści przeskakują z wojska na krawężników). Serio, nie przesadzam. Każdy z nich, to mieszanka niesubordynacji, frustracji i nieprzewidywalności, przez co nawet ludzie z jednostki trzymają się od nich z dala. Jeden np. ma jakieś niezrozumiałe ataki szału, kiedy tylko słyszy o przemocy wobec kobiet (ale co ciekawe, tylko tych młodych). Inny natomiast relaksuje się tylko wtedy, kiedy wysadza coś w powietrze. Żeby było ciekawiej, cała drużyna zostaje wyposażona w najnowocześniejszy sprzęt i broń: futurystycznie wyglądający Van, motocykle, ładunki wybuchowe i karabiny maszynowe (Uzi, tak bardzo popularne w tamtych czasach). W tym przypadku powiedzenie „uzbrojeni i niebezpieczni” nabiera zupełnie nowego znaczenia. Jakby absurdu było mało, co chwila serwuje się tu dość czerstwe kawały, co najwyraźniej miało dopełnić obrazu pierwszorzędnej, telewizyjnej rozrywki. No i rzeczywiście, film bawi… ale chyba nie dokładnie tak jak zamierzono.

Kapitan Blair Morgan (Stephen Parr) z miną idealnie odzwierciedlającą sposób jego dowodzenia „I have no idea what I’m doing”.

Kapitan Blair Morgan (Stephen Parr) z miną idealnie odzwierciedlającą sposób jego dowodzenia „I have no idea what I’m doing”.

 

Commobile 5 – z zewnątrz może wydawać się niepozorny, ale tak naprawdę dysponuje w środku miejscem dla piątki dorosłych osób, sekcją sypialnianą, pełnym wyposażeniem bojowym i motocyklami (zabrakło tylko miejsca dla kuca).

Commobile 5 – z zewnątrz może wydawać się niepozorny, ale tak naprawdę dysponuje w środku miejscem dla piątki dorosłych osób, sekcją sypialnianą, pełnym wyposażeniem bojowym i motocyklami (zabrakło tylko miejsca dla kuca).

 

Jeżeli chodzi o przedstawianą tu historię, znowu nasuwa się na myśl porównanie do wspomnianej wcześniej „Drużyny A”: Podczas transportowania niebezpiecznych więźniów, dochodzi do próby ich odbicia przez grupę uzbrojonych i zdecydowanych na wszystko zbirów. W trakcie ucieczki przez wymiarem sprawiedliwości, dzika banda bierze za zakładnika całe miasto i tylko połączone siły „Command 5” są w stanie zaprowadzić tu porządek. Jako, że jestem fanem starych westernów, końcówka filmu przypadła mi do gustu najbardziej. Przez krótką chwilę bowiem ten prosty akcyjniak z lat 80. pokazał klasyczny pojedynek dobra ze złem, rodem z Dzikiego Zachodu. Nie zmienia to jednak faktu, że dotarcie do tego miejsca fabuły, porównałbym właśnie do męczącej podróży przez rozgrzaną prerię… bez wody w manierce.

Cała drużyna „Command 5” pozująca do zdjęcia w przestrzennym wnętrzu swojego Vana.

Cała drużyna „Command 5” pozująca do zdjęcia w przestrzennym wnętrzu swojego Vana.

 

Jako ciekawostkę dodam, że powyższy odpowiednik B.A. Baracusa, to John Matuszak (tutaj wcielający się w postać Nicka Kowalskiego, szalonego sapera). Dokładnie ten aktor zagrał postać Lotney’a „Sloth” Fratelli w filmie „Goonies” (nie pamiętacie ”Slotha”? Wujek Google przypomni, hehe).

Jako ciekawostkę dodam, że powyższy odpowiednik B.A. Baracusa, to John Matuszak (tutaj wcielający się w postać Nicka Kowalskiego, szalonego sapera). Dokładnie ten aktor zagrał postać Lotney’a „Sloth” Fratelli w filmie „Goonies” (nie pamiętacie ”Slotha”? Wujek Google przypomni, hehe).

 

Zwiastun:

 

Prehistoryczne fantasy

zlekino6Niech was nie zwiedzie klimatyczny plakat, ten film nie znalazł się tu przypadkiem. Warto jednak zaznaczyć, że nie jest to też kompletnie złe kino, to kino… specyficznie złe. Nie zdziwi mnie więc, jeżeli dużej części z was przypadnie do gustu prezentowana tu konwencja. Ba! Podobno są też tacy, którzy uważają ten tytuł za kultowy. Mowa o „Yor, myśliwy z przyszłości” z 1983 roku, w reżyserii Antonio Margheriti (znanego również pod pseudonimem Anthony M. Dawson)…

Wybaczcie, nie mogłem się powstrzymać.

Materiałem źródłowym do nakręcenia filmu był argentyński komiks „Henga, el cazador”. Jest to historia Yora (Reb Brown), prehistorycznego łowcy, który przypadkiem dowiaduje się, że tak naprawdę pochodzi z innego, znacznie nowocześniejszego świata przyszłości. Ścigany przez wrogie plemię, wyrusza w niebezpieczną podróż nie tylko po to, by ratować własne życie, ale by odnaleźć też swój prawdziwy dom. W wyprawie towarzyszy mu jego wybranka, Ka-Laa (Corinne Clery) oraz stary mędrzec (Luciano Pigozzi).

Komiksowy pierwowzór – „Henga”.

Komiksowy pierwowzór – „Henga”.

 

Po drodze czekać będzie ich masa przygód, m.in.: Walka z dzikimi plemionami, dinozaurami, robotami przyszłości i największym złoczyńcą epoki kamienia, Imperatorem. Brzmi ciekawie? Rzeczywiście jest, biorąc pod uwagę, że przedstawiany tu świat jest tak odrealniony i sztuczny jak to tylko możliwe. Reżyser Antonio Margheriti perfekcyjnie przeniósł (mam wrażenie, że nie do końca z premedytacją) całą komiksową infantylność z wczesnych lat 80. Nie sposób też nie zauważyć wzorowania się wcześniejszą o 3 lata produkcją sci-fi „Flash Gordon”. Już od pierwszych minut filmu, wraz z pojawieniem się na ekranie tytułu, w tle wybrzmiewa pogodna piosenka braci Guido & Maurizio De Angelis, w rytm której zza gór wyłania się uśmiechnięty blondyn, Yor.

Uwaga, może wpaść w ucho!

Cóż za wspaniała interpretacja życia w epoce kamienia, warto dodać, że to beztroskie kicanie po skałach z maczugą w ręku, było dla Reba Browna także jego pierwszymi krokami świecie show-biznesu… za swoją kreację otrzymał nominację do Złotej Maliny w kategorii „najgorszy debiut aktorski” w 1983 roku. Brawo! Godnymi uwagi są także i reszta występujących tu postaci. To co rzuca się od razu w oczy to, że pozytywni bohaterowie zawsze są czyści i ładni (oprócz tych starych, starość to starość: zmarszczki, garb, wystający brzuszek itp.). Ci źli natomiast to brudne, nieokrzesane i odpychające gbury, którym bliżej do małp niż ludzi. No i jest jeszcze Imperator (John Steiner), stylizowany na…Imperatora z Gwiezdnych Wojen. To on tutaj gra rolę głównego antagonistę, rządnego władania całą planetą. Od początku do końca opowiadana historia jedzie ogranymi schematami, więc łatwo przewidzieć jak skończy się ta historia. Są jednak też i zaskakujące momenty, jak np. wykorzystanie martwego pterodaktyla jako paralotni!

Imperator w towarzystwie jednego ze strażników.

Imperator w towarzystwie jednego ze strażników.

 

Dinozaury, jak żywe.

Dinozaury, jak żywe.

 

„Przed wyruszeniem w drogę, należy zebrać drużynę.”

„Przed wyruszeniem w drogę, należy zebrać drużynę.”

 

Zwiastun:

 

Pojedynek młodych i gniewnych

zlekino11„Showdown” z 1993 roku, to idealny przykład filmu, którego fabuła pochodzi ze scenariuszowego recyklingu. By to dzieło mogło powstać wzięto na warsztat takie tytuły jak „Najlepsi z najlepszych” oraz „Karate Kid” i zmielono je ze sobą, co dało jedną wielką zbitkę widzianych wcześniej scen. Prawdopodobnie reżyser Robert Radler, odpowiedzialny za dwie pierwsze części  „Najlepszych…”, spodziewał się kolejnego sukcesu… nie wyszło, zaufajcie mi. Gwiazdą  „Showdown” jest Billy Blanks, nazywany także tańszą wersją Wesley Snipes’a. Aktor ten znany jest głównie z kina kopanego klasy B, w którym występował w latach 80. i jeszcze na początku 90. Tutaj Billy wciela się w postać policjanta o imieniu… Billy, który podczas jednej z akcji na służbie, zostaje zmuszony do obrony koniecznej, zabijając atakującego go przestępcę. Nie mogąc pogodzić się z targającymi nim wyrzutami sumienia, porzuca jednostkę i zostaje cieciem w jednej z amerykańskich szkół. Od tej chwili stara się unikać jakichkolwiek kontaktów z innymi ludźmi (no i trzeba przyznać, że wybrał do tego najodpowiedniejsze miejsce – szkołę pełną dzieciaków).

zlekino12

Nie mogąc już oczyszczać ulic miasta, zajął się czyszczeniem szkolnych korytarzy.

 

Zostawmy jednak na chwilę Billy’ego, gdyż tutaj pojawia się kolejny bohater opowieści, Ken (Kenn Scott). To młody chłopak, który ledwo co przeprowadził się ze swoją matką do wielkiego miasta. W wielkiej metropolii czeka go natomiast ciężka przeprawa, gdyż z miejsca podpada największemu łobuzowi w szkole, którym jest Tom (Ken McLeod). Tylko Billy – szkolny cieć, będzie mógł uchronić Kena przed cyklicznie spuszczanym mu wpierdolem. Postanawia bowiem, że nauczy chłopaka swoich umiejętności jak walczyć.

Nowy w szkole nie ma łatwo, dzieciaki potrafią być okrutne.

Nowy w szkole nie ma łatwo, dzieciaki potrafią być okrutne.

 

Rozciąganie w ćwiczeniach to podobno podstawa w kopniakach.

Rozciąganie w ćwiczeniach to podobno podstawa w kopniakach.

 

Od tego momentu, by jeszcze bardziej przybliżyć wam klimat „Showdown”, zalecam słuchania w tle powyższego utworu.

Tak właściwie moglibyśmy zakończyć segment „Karate Kid”, gdzie nauczyciel oprócz wiedzy o sprzedawaniu kopniaków, dzieli się ze swoim uczniem także życiowymi radami na każdy temat (w tym jak poderwać dziewczynę swojego przeciwnika – najwyraźniej preferuje taktykę „Total enemy destruction”). Obaj skłóceni ze sobą młodzieńcy trafiają w końcu na nielegalną arenę sztuk walki, żeby ostatecznie rozstrzygnąć swój konflikt. Żeby było jeszcze ciekawiej, właścicielem hali jest trener Toma – niegodziwy i pozbawiony jakichkolwiek skrupułów Lee (Patrick Kilpatrick), któremu Billy (jeszcze jako gliniarz) zabił rodzonego brata, podczas wspomnień obrony koniecznej. Ha! Jak widzicie zawiłości w fabule nie powstydziłby się sam Hitchcock.

Zły mistrz Lee, pogardza słabymi i lubi się nad nimi pastwić. Zły do szpiku kości drań.

Zły mistrz Lee, pogardza słabymi i lubi się nad nimi pastwić. Zły do szpiku kości drań.

 

Jest pot, jest krew, jest poświęcenie, ale przede wszystkim jest kupa śmiechu! Fabułę tego filmu cechuje brak jakiegokolwiek realizmu i przerysowanie, a każda z postaci do bólu schematyczna, staje się karykaturą samej siebie. Oczywiście taki efekt nie był zamierzonym, ale reżyser zdecydowanie większą uwagę przywiązywał do choreografii walk, niż jakiegoś tam aktorstwa. Oto kilka z naprawdę wielu smaczków, jakie czekają was w „Showdown”:

  • Billy – będąc jeszcze w mundurze, przejawia cechy opanowanego acz stanowczego mistrza walk Wschodu. Dla równowagi dostaje więc grubego, wąsatego i niezdarnego partnera, którego musi pilnować. Później nasz bohater znika na jakiś czas z ekranu, prawdopodobnie do swojej samotni, którą sobie stworzył nad salą gimnastyczną (do której się przeprowadza, po odejściu z policji). Chociaż sprawdza się jako trener Kena, jest chyba najgorszym przykładem woźnego. Właściwie prawie nie sposób uświadczyć go przy sprzątaniu czegokolwiek, przez co szkoła wygląda jak jeden wielki chlew. Chociaż chwila, cofam to z byciem dobrym trenerem – pierwsze co musi robić Ken, to sprzątanie szkolnych kibli, które wyglądają naprawdę źle… pamiętacie lekcje mycia okien mistrza Miyagi? Jednak cwane skurwiele z tych sensei.
  • Ken – to książkowy przykład ślamazary, który poprzez determinacje i wytrwałość w końcu zwycięża i zbiera wszystkie fanty. Filmowa historia trwa nie dłużej niż ok. pół semestru, ale w tym czasie chłopakowi udaje się wyrzeźbić swoje ciało do perfekcji. Kiedy zaś zdejmuję koszulkę, każdy jego mięsień ma już własny mięsień, a wszystko w instant olejkowej polewie. W swojej podróży z „zera do bohatera” zdobywa szacunek uczniów szkoły, najlepszego kumpla (chudzielca będącego filmie tym, czym Robi był dla Batmana) oraz ukochaną dziewczynę..
  • Tom – to drugi w kolejności z największych dupków w tym filmie. Kiedy razem ze swoimi pomagierami pojawia się na szkolnym korytarzu, dla nerdów i geeków bardziej przypomina rodzaj kataklizmu niż człowieka z krwi i kości. Nie grzeszy zbytnio inteligencją, ale i tak bardziej liczy się dla niego wygląd zewnętrzny i to, że wszyscy się go boją. Najzabawniej jest patrzeć na jego relacje ze swoją dziewczyną – kompletnie naiwną idiotką, która cały czas ma nadzieję, że się zmieni. Ich związek polega głównie na ciągłym prześladowaniu Toma swojej partnerki, której zabrania rozmawiania z jakimkolwiek chłopakiem ze szkoły. Kiedy biedaczka zwraca mu w końcu uwagę, że „chodzi mu już chyba tylko o seks”, ten ucina temat twierdząc, że nie ma czasu na takie bzdurne gadki… a następnie zdradza ją z inną. To co jednak pozostaje dla mnie zagadką, to czemu zdecydowano zafundować mu stylówę, która przypomina dokładnie jak tę z obrazka poniżej?

zlekino16

  • Ostatni, o którym warto tu wspomnieć to oczywiście główny antagonista – Lee. Ten koleś to zmaterializowane zło! Ma wąsy, łysinę i bliznę na twarzy (trochę tak jak ja), więc to nie przesada. W dzień facet prowadzi szkołę walki, w której na zajęciach wybiera z grupy uczniów najsłabszego adepta i leje go na oczach innych, by się dowartościować. Nocami prowadzi nielegalne turnieje walk, gdzie również uchodzi za niepokonanego (cóż a zbieg okoliczności). Nienawidzi wszystkiego co słabe, gardzi innymi i lubi przesiadywać w swoim biurze ze zgaszonymi światłami, co jeszcze bardziej odzwierciedla jego mroczną duszę. Drań do ostatniego kopniaka.

Na koniec filmu dostajemy oczywiście morał całej bajki, w której zło zostaje pokonane, a dobro triumfuje. Czy może być lepiej? Nie w świecie „Showdown”.

Zwiastun:







  • rob

    no i niech ktoś powie że jest coś takiego jak zły film no niema (no dobra są wyjątki )w gruncie rzeczy im durniej tym lepiej ;D filmy oglądałem i daje im solidną 4 w szkolnej skali ;D

  • Maki

    Akurat Showdown ogladałem z 5 razy i się świetnie bawiłem

  • rebelmale

    Taka drobna uwaga (nie, żebym się zaraz czepiał): Uzi to nie karabin maszynowy, tylko pistolet maszynowy, ponieważ został skonstruowany do strzelania nabojem pistoletowym (9 x 19 mm Parabellum).

  • Marek Jankowski

    Też pamiętam SHOWDOWN[ a właściwie POJEDYNEK] I znowu Patrick Kilpatrick dostał w tyłek.Który to już raz?

  • Ufok

    Nie, żebym się czepiał ale ale bardziej pasuje mi: „w przestronnym wnętrzu..” niż „w przestrzennym wnętrzu..”






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Fota #125 - "Rambo III"

Następny tekst

Piłkarzyki rozrabiają



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE