Artykuł

Kino, rock i imigracja – filmy dokumentalne Martina Scorsesego

Autor: Michał Bleja
opublikowano

Podobno aby nauczyć się robić dobre zdjęcia, należy ćwiczyć, patrząc na świat przez wizjer kamery bez naciskania przycisku „record”. Dzięki temu zyskujemy wyobrażenie, jak obserwowana przez nas rzeczywistość będzie wyglądała na filmie i rozwijamy umiejętności takie jak komponowanie kadru, kontrolowanie dynamiki i przede wszystkim uczymy się wyłapywać i selekcjonować dobre i złe ujęcia. Proces kształtowania się charakterystycznego stylu Martina Scorsesego trwał długo. Zanim stał się wirtuozem reżyserii i wypracował metody, które uczyniły z niego postać wyjątkową i niekwestionowanego giganta kinematografii, lubił eksperymentować, przy czym właściwie nigdy nie przestał się uczyć i odkrywać nowych rzeczy.

Filmy dokumentalne to niezwykle ważna, choć nieco niedoceniana gałąź twórczości tego reżysera. To teren, który pozostaje niezbadany nawet dla oddanych fanów Martina. Są one jednak niezwykle istotne dla naszego wyobrażenia o Scorsese, drogi, jaką przeszedł i pozwalają o wiele głębiej przeżywać jego dzieła. Dla odbioru niektórych jego filmów uchwycenie kontekstu jest kluczowe. Jeśli więc zamierzamy odbyć podróż w głąb Martina i pozwolić sobie popatrzeć na świat jego oczami, nie powinniśmy pomijać kina dokumentalnego.

Pierwszym filmem dokumentalnym Scorsesego był Street Scenes z 1970 roku. Dzieło to przedstawiało uliczne protesty przeciwko wojnie w Wietnamie. Wybór tematyki pokazuje, jak ważna, zwłaszcza w początkowym okresie twórczości tego reżysera, jest tematyka społeczna i zjawiska, które tak mocno wstrząsały powszechnym światopoglądem. W chwili kręcenia dokumentu Martin miał już za sobą pełnometrażowy debiut i kilka filmów krótkometrażowych, nie był więc pierwszym lepszym hipisem z kamerą. Szkoda, że znalezienie tego filmu graniczy z cudem, ale można liczyć na to, że prędzej czy później jakiś posiadacz starej kopii pokusi się o wrzucenie go do internetu.

Znacznie łatwiej dostępny jest Italianamerican – film, który z ulic przenosi się do domu rodzinnego samego Scorsesego. Bohaterami i zarazem narratorami są tu rodzice reżysera, którzy opowiadają o swoim życiu i pierwszych latach w Stanach Zjednoczonych. To obraz skrajnie naturalistyczny, kręcony z ręki, pomysłowo zmontowany i zaskakująco dynamiczny, zwłaszcza jak na film, który przez ponad godzinę pokazuje dwójkę starszych ludzi, którzy prowadzą ze stojącym za kamerą Martinem dość swobodną rozmowę. Italianamerican dodaje smaku głos Scorsesego znajdującego się za kamerą – świetnie kieruje on rodzicami tak, aby wydobyć z nich to, co dla widza okazuje się najbardziej interesujące. Ponadto warto wsłuchać się w sposób, w jaki Martin mówi. Ten specyficzny slang, jakim posługują się jego bohaterowie, zwłaszcza we wczesnych filmach, nie jest wynikiem amatorszczyzny, ale wierności – Scorsese tak właśnie mówił i tak właśnie mówiło się w środowisku włoskich imigrantów w Nowym Jorku.

W roku 1978 Scorsese po raz pierwszy zrealizował film, którego głównymi bohaterami są muzycy. The Last Waltz to ostatni koncert grupy The Band z Kanady. Zespół w latach siedemdziesiątych cieszył się znaczną popularnością, choć trudno byłoby stwierdzić, że stał się legendą. To głównie dzięki filmowi Martina formacja została zapamiętana. The Last Waltz jest majstersztykiem, który znakomicie oddaje panującą wtedy na scenie energię. Oprócz muzyków The Band pojawiają się również gościnnie prawdziwe gwiazdy, którym już statusu legendy nikt nie może odebrać: między innymi Bob Dylan, Muddy Waters czy Eric Clapton. Z perspektywy całej twórczości Scorsesego warto zwrócić uwagę na to, jak ubierali się muzycy – w niektórych, zwłaszcza wczesnych dziełach reżysera, Robert De Niro czy Harvey Keitel wyglądają tak, jakby pożyczali od nich kurtki i kapelusze.

Na kolejny film dokumentalny Scorsesego trzeba było czekać ponad dekadę. W 1990 roku powstał obraz zatytułowany Made in Milan – zaledwie dwudziestominutowy krótki metraż, którego bohaterem jest Giorgio Armani. Scorsese tutaj pokazuje się już jako dojrzały twórca, który poprzez niekonwencjonalny montaż i niezwykle bystre oko wydobywa z historii Armaniego samą esencję. Co ciekawe – to jedno z nielicznych dzieł Martina, które zrealizowane zostało po włosku. Choć film nie jest tak dziki jak Italianamerican, widać mnóstwo podobieństw z tamtym, starszym o ponad półtorej dekady eksperymentem. Być może dlatego, że obydwie historie są niezwykle włoskie.

Scorsese jest nie tylko twórcą, ale również wielkim znawcą kina – również kina polskiego, choć akurat o nim nie nakręcił dokumentu. Ma na koncie dwa epickie przewodniki – jeden, pochodzący z roku 1995, po kinie amerykańskim (A Personal Journey With Martin Scorsese Through American Movies) i drugi, po kinie włoskim z 1999 (Il mio viaggio in Italia). Obydwa dzieła przytłaczają swoim ogromem – filmy trwają po cztery godziny (amerykański odrobinę mniej, włoski odrobinę więcej). Są niesamowitym pokazem erudycji, a także bardzo osobistą spowiedzią reżysera na temat jego własnych inspiracji. Z tymi dziełami powinien zapoznać się nie tylko każdy fan Scorsesego, ale również każdy, kto interesuje się filmem jako zjawiskiem. W realizacji Martinowi bardzo przydała się umiejętność snucia interesującej opowieści – dokumenty ogląda się z zapartym tchem i choć nie należą do krótkich, to wciągają do tego stopnia, że trudno zrobić pauzę i odłożyć dokończenie na następny dzień.

Kolejnym niezwykle ważnym rozdziałem w dokumentalnej twórczości Scorsesego są filmy realizowane na użytek brytyjskiego programu telewizyjnego Arena. Zrealizował dla nich No Direction Home: Bob Dylan (2005) oraz George Harrison: Living in the Material World (2011). Arena to program obsypany nagrodami, który w sposób niezwykle dogłębny przedstawia najbardziej interesujące zjawiska z dziedziny kultury – muzyki, filmu, teatru etc. Dzieła Scorsesego uznawane są za najwybitniejsze spośród stworzonych w ramach projektu, choć konkurencję miały ogromną – dla Areny kręcili między innymi Anthony Wall czy Adam Low, a więc prawdziwi giganci kina dokumentalnego. W filmach dla Areny Scorsese mógł wykorzystać wszystkie zebrane wcześniej doświadczenia z rockowcami i dzięki temu udało mu się nie tylko stworzyć przekonujące portrety Dylana i Harrisona, ale również wyeksponować towarzyszącą im metafizykę. Jeśli ktoś lubi maratony – polecam włączyć sobie najpierw No Direction Home, a potem I’m Not There Haynesa. Obrazy te uzupełniają się doskonale, choć przecież prezentują zupełnie inne podejście do tematu. Łączy je jednak głębokie zrozumienie i niemal dzika fascynacja postacią Dylana, która bardzo łatwo udziela się widzowi.

Zbiór rockowych dokumentów Scorsesego uzupełnia Shine A Light z 2008 roku. Film stanowi zapis koncertu The Rolling Stones z 2006 roku, który odbył się w nowojorskim Beacon Theater. Został nakręcony podobnie jak The Last Waltz, jednak z wykorzystaniem znacznie większych środków. W przedsięwzięcie została zaangażowana ekipa najlepszych fachowców, którzy mieli na celu pokazanie Jaggera i spółki w pełnym blasku, jak sam tytuł filmu wskazuje. Na ile się to udało? Film trzeba obejrzeć, żeby to ocenić. Fani Stonesów będą zachwyceni. A ci, którzy nimi nie są, po obejrzeniu koncertu również raczej nimi nie zostaną. Oprócz samego występu kamera zarejestrowała jeszcze kilka innych ciekawych rzeczy pokazujących, co się wydarzyło wokół samego koncertu – pojawiają się między innymi sam Scorsese podczas rozmów z muzykami i Bill Clinton.

Ostatnim filmem dokumentalnym wyreżyserowanym przez Martina Scorsesego, bez którego ten artykuł nie mógłby istnieć, jest A Letter to Elia – film, który portretuje innego reżysera Elię Kazana, którego sam Scorsese uważa za swojego guru i postać, która wywarła największy wpływ na jego własną twórczość. Podobnie jak inne dokumenty Martina, A Letter to Elia bardzo głęboko wnika w portretowaną postać. Droga Kazana została przedstawiona w taki sposób, aby pokazać siłę ducha tego twórcy, która ostatecznie pozwoliła mu zgodnie z wyznaczonym celem trafić do Hollywood i dwukrotnie cieszyć się z Oscara. Scorsese bez wątpienia czuje więź z Kazanem, mimo że są przedstawicielami innych pokoleń.

Uważam, że nie można mówić o Scorsese w oderwaniu od jego dokumentalnej twórczości. Filmy dokumentalne Martina mówią o nim samym i o sposobie, w jaki patrzy na świat, nie mniej od fikcyjnych historii, które przyniosły mu sławę i chwałę. W jego dokumentalnej działalności należy też upatrywać źródeł wierności, z jaką zawsze przedstawia tło opowiadanych przez film wydarzeń. Pomijając wszystko inne – dokumenty Scorsesego to pokaz niezwykłych umiejętności i nieprawdopodobnego wyczucia, efekt wielu godzin spędzonych na obserwowaniu świata przez wizjer kamery.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane