KEVIN SAM W DOMU. Świąteczny American Dream | FILM.ORG.PL

KEVIN SAM W DOMU. Świąteczny American Dream








Karol Barzowski
25.12.2014


Pamiętam ten dzień, kiedy po raz pierwszy obejrzałem “Kevina…”. Miałem sześć, może siedem lat. Byłem chory. Od rana do wieczora leżałem w łóżku pod pierzyną z zużytych chusteczek i miałem wszystkiego dość. Ale wtedy mój starszy brat przyniósł mi z wypożyczalni kasetę VHS – powiedział, że ma dla mnie coś, co na pewno poprawi mi humor. Na naklejce napisany był tytuł „Kevin sam w domu”. Włożyłem film do odtwarzacza video, obejrzałem całość, po czym bez chwili zastanowienia przewinąłem kasetę do początku i… wcisnąłem „play”. To chyba jedyny raz w życiu kiedy obejrzałem jakiś film dwa razy pod rząd, bez żadnej przerwy. Byłem po prostu zafascynowany „Kevinem…”. Kiedy następnego dnia brat oddał kasetę, chciało mi się płakać. Była to dla mnie prawdziwa tragedia.

Takie wspomnienia ma z pewnością wielu Polaków. „Kevin sam w domu” jest u nas po prostu otoczony kultem. Kiedy w 2010 roku stacja Polsat zapowiedziała, że nie wyemituje tego filmu w okresie świątecznym, widzowie zaprotestowali. W internecie wrzało – mówiło się o tym, że można odwołać Boże Narodzenie, że Polsat zabija święta, i tak dalej, i tym podobne. Powstała nawet petycja do władz telewizji, aby jednak pokazano „Kevina…”. Ostatecznie stacja ugięła się pod protestami i zdecydowała się na emisję świątecznego hitu, a w kraju zapanowała euforia. I to nie tylko na facebooku. Sam doskonale pamiętam, jak wybrałem się wtedy z koleżanką do Media Markt na ostatnie przedświąteczne zakupy. Gdy oglądaliśmy okładki dvd, ni stąd ni zowąd podbiegła do nas rozentuzjazmowana dziewczyna. „Nie kupujcie ‘Kevina…’ na dvd! Polsat pokaże go w święta, nie odwołujemy Gwiazdki!” – głosiło jej przesłanie. Do dzisiaj nie wiem czy zrobiła to spontanicznie, czy może był to element szeroko zakrojonej akcji. Jak by nie było, pokazuje to, jak wielkie emocje wzbudza w Polakach ten film o rezolutnym ośmiolatku – i to niezmiennie od wielu, wielu lat.

home-alone-1a

„Kevin sam w domu” (lub jego całkiem zgrabnie pomyślany, rozgrywający się w Nowym Jorku sequel) to właściwie stały punkt programu, jeśli chodzi o polskie obchody Bożego Narodzenia. Co roku przyciąga on przed telewizory miliony widzów. Dla niektórych jest to oczywiście niczym obraza – u mnie zresztą również telewizor w Wigilię jest wyłączony. Ale prawda jest taka, że te seanse zbliżają do siebie ludzi. To już w pewnym sensie tradycja, dzięki której rodzina siedzi w jednym pokoju, na jednej kanapie, wspólnie śmiejąc się i komentując ulubione momenty filmu. Jeśli ma to uchronić od świętowania osobno, czyli na zasadzie każdy ze swoim smartphonem, jestem jak najbardziej „za”.

Wydaje się, że taki stan rzeczy to coś naturalnego i globalnego. W końcu to amerykański film. No i rzeczywiście, w roku premiery zarówno część pierwsza, jak i druga, zawojowały box-office. Obie odsłony „Kevina…” zanotowały ogromny sukces kasowy, a także ugruntowały pozycję Macaulaya Culkina jako dziecięcej gwiazdy numer 1. To z pewnością bardzo lubiane filmy. Ale… właściwie próżno szukać ich na wszelkich listach najlepszych czy najpopularniejszych tytułów okołoświątecznych. Rozmawiając ze znajomymi z zagranicy również rzadko spotykałem się ze zrozumieniem naszej polskiej fascynacji „Kevinem…”. Wydaje się, że w Stanach o wiele silniejszą pozycję mają klasyki, jak np. „To wspaniałe życie” czy „Białe Boże Narodzenie”. Amerykanie doceniają też obie ekranizacje „Grincha”, oraz „W krzywym zwierciadle: Witaj święty Mikołaju”. W Europie zaś swoistym kultem otacza się „Love Actually” i… brytyjską krótkometrażówkę „Bałwanek”. „Kevin…” wielbiony jest właściwie tylko nad Wisłą. Dlaczego? Co takiego sprawia, że ten film tak silnie zakorzenił się w naszej świadomości?

still-of-macaulay-culkin-and-daniel-stern-in-home-alone-(1990)-large-picture

Oczywiście „Kevin…” to solidna slapstickowa komedia, którą można oglądać całymi rodzinami. Ambitnie ciągnie ją na swoich barkach młody Culkin, który naprawdę pokazał tutaj swój ogromny talent. W wielu scenach jest to właściwie teatr jednego aktora. O wtopę było bardzo łatwo, ale Macaulay nie zawiódł i bezbłędnie poradził sobie z tym trudnym zadaniem. Film jest w ogóle bardzo dobrze obsadzony – zarówno Joe Pesci oraz Daniel Stern w rolach włamywaczy, jak i Catherine O’Hara z Johnem Heardem jako rodzice Kevina, odwalają kawał świetnej roboty. Nie wspominając już o Robertsie Blossomie, czyli „przerażającym” staruszku odśnieżającym chodniki – zawsze bardzo podobał mi się ten wątek i to głównie zasługa jego wiarygodnej kreacji.

To wszystko prawda, a film ma też pewnie i sporo innych zalet, ale… mam wrażenie, że ten polski fenomen polega jednak na czymś innym. Na czym? „Kevin…” to w końcu obraz amerykańskiego snu. Zaledwie chwilę po upadku komunizmu dostaliśmy możliwość zobaczenia jak to jest w tym wielkim, kolorowym, odległym świecie. Pamiętam, że dla mnie dom McCallisterów jawił się niczym współczesny pałac. Ta przestrzeń, te pokoje, kominek, równiutko przystrzyżony trawnik, domek na drzewie… To było jak urzeczywistnienie marzeń. Nawet strych, na którym nie chciał spać Kevin, był dla mnie czymś niezwykłym. Na moim w końcu tylko wieszaliśmy pranie… Poza tym, przepysznie wyglądająca pizza, dowożona ci wprost do domu (wtedy w Polsce jeszcze nie do pomyślenia), supermarket, w którym jest dosłownie wszystko czego można potrzebować, czy wreszcie biznes-klasa, którą McCallisterowie lecą do Paryża… Już samo to było skosztowaniem czegoś niemal nierzeczywistego. A jeśli dodać do tego fantazję o byciu samemu w domu, czyli oglądanie zakazanych filmów, spanie w łóżku rodziców i jedzenie lodów kiedy tylko ma się na to ochotę, wprowadzało to młodego widza w stan bliski euforii. Życie Kevina przedstawione w tym filmie było po prostu spełnieniem dziecięcych snów.

vlcsnap-00003.jpg

Końcówka filmu to z kolei idealny obraz świąt. „Kevin…” daje nam poczuć ten niedościgniony, amerykański ideał Bożego Narodzenia. Jest równiutka, bogato ozdobiona choinka, prezenty, padający śnieg, powrót rodziny w samą porę na czas świąt oraz pojednanie po latach w wykonaniu zaprzyjaźnionego sąsiada i jego syna. W sequelu jest nawet jeszcze lepiej, bo dostajemy widok jak z pocztówki – przepięknie oświetlone drzewko przy nowojorskim Rockefeller Center. To taki ideał Gwiazdki o jakim gdzieś wciąż skrycie marzymy, kto wie czy nie głównie dzięki temu właśnie filmowi.

Razem z narciarskim wypadem z teledysku „Last Christmas” to chyba najbardziej idylliczny obraz Bożego Narodzenia, z jakim można się spotkać. Za to właśnie chyba tak bardzo „Kevina…” kochamy. Zapomina się wtedy o tym, że to tak naprawdę mało ambitna i zupełnie nierealna historyjka. Dość powiedzieć, że Marv i Harry po prostu nie przeżyliby spotkania z młodym McCallisterem. Ale… kogo to w gruncie rzeczy obchodzi. Ważne, że jest to film wielokrotnego użytku. Taki, w którym wystarczą pierwsze takty charakterystycznej muzyki Johna Williamsa, aby sentyment nami zawładnął, a na sercu zrobiło się cieplutko. Taki, który jakimś sposobem na nowo odtwarza magię świąt, regularnie co roku. O „Kevina…” nie trzeba się modlić jak o śnieg, nie trzeba go pilnować jak makowca w piekarniku. On będzie zawsze i zawsze zrobi to, co do niego należy. Do naszej Gwiazdki dalekiej od ideału wprowadzi trochę american dream. A przede wszystkim sprawi, że – w odróżnieniu od głównego bohatera – spędzimy miły czas z rodziną. To przecież… tradycja.

A na koniec Kevinowy Alfabet, czyli garść informacji, o których powinien wiedzieć każdy wielki miłośnik tego filmu.

A jak „Aniołowie o brudnych duszach”, czyli film gangsterski oglądany przez Kevina i wykorzystany potem do przepędzenia dostawcy pizzy oraz włamywaczy. W drugiej części chłopiec ogląda zaś sequel, „Aniołowie o jeszcze bardziej brudnych duszach”. Oba filmy nie są prawdziwe – powstały jedynie we fragmentach, specjalnie na potrzeby „Kevina…”. Nie mylić z „Aniołami o brudnych twarzach” Michaela Curtiza z 1938 roku.

B jak Brenda Fricker, irlandzka aktorka, która zagrała w drugiej części filmu kobietę opiekującą się gołębiami w Central Parku. Dla większości widzów jest to nieznana twarz, kojarzona jedynie z tym tytułem. Jednak nie dość, że Fricker gra często, to jeszcze ma na swoim koncie Oscara. W 1990 roku otrzymała go za drugoplanową rolę w filmie „Moja lewa stopa”.

C jak cameo. Zwolennicy teorii spiskowych twierdzą, że w pierwszej części „Kevina…” swojego cameo ma… Elvis Presley. Miałby nim być brodaty mężczyzna stojący w kolejce za panią McCallister, kiedy ta krzyczy na sprzedawcę biletów na lotnisku.

D jak dom. Chris Columbus początkowo planował umieścić w filmie sekwencję koszmaru, w której dom McCallisterów miałby ożywać. Kevin uciekałby przed goniącym go piecem z piwnicy oraz dziadkiem do orzechów. Ostatecznie jednak te plany nie wypaliły, gdyż realizacja tych scen wiązała się ze zbyt dużymi nakładami finansowymi.

E jak erotyka. W tym familijnym filmie znalazła się szczypta erotyki – Kevin przegląda „Playboya”. Numer, który ma w rękach, pochodzi z lipca 1989 roku, a na jego okładce można zobaczyć Erikę Eleniak, gwiazdę „Słonecznego patrolu”.

F jak Fuller McCallister – kuzyn Kevina, mający problem z trzymaniem moczu. Zagrał go… Kieran Culkin, czyli młodszy brat Macaulaya. Równie utalentowany i znacznie lepiej prowadzący swoją karierę. Zagrał później np. w znanym „Wbrew regułom”, „Scott Pilgrim kontra świat”, a przede wszystkim w „Ucieczce od życia”, za którą nominowano go do Złotego Globu.

Tool-Chest

G jak guma. Daniel Stern dla bezpieczeństwa używał gumowych stóp w scenach, w których jego bohater chodził boso.

H jak Hope Davis, aktorka dwukrotnie nominowana do Złotego Globu oraz Emmy, znana np. z „Amerykańskiego splendoru”, „Prognozy na życia” czy „Schmidta”. W pierwszej części „Kevina…” po raz pierwszy pojawiła się na dużym ekranie. Wcieliła się w sprzedawczynię biletów na lotnisku.

I jak improwizacja. Zdanie wypowiadane przez Kevina „Poddajecie się czy macie ochotę na więcej?” było improwizacją Macaulaya Culkina. Reżyser postanowił jednak włączyć je do filmu.

J jak John Candy, grający w „Kevinie…” Gusa Polinskiego, sympatycznego amatora polki, który proponuje pomoc matce Kevina. Aktor nagrał swoje sceny w jeden dzień, choć był to zdecydowanie długi dzień pracy – zdjęcia zajęły aż 23 godziny. Candy spotkał się zresztą z Macaulayem Culkinem już wcześniej, na planie „Wujaszka Bucka”. To podczas kręcenia tego filmu w głowie scenarzysty Johna Hughesa pojawił się pomysł na fabułę „Kevina…”.

K jak klapa. John Heard wcielający się w tatę Kevina, uważał, że film będzie klapą. Nie był zadowolony ze swojej roli, ani z tego, jak wyglądała praca na planie, co dawało się odczuć podczas zdjęć. Po obejrzeniu ostatecznej wersji filmu oczywiście zmienił zdanie. Chris Columbus twierdzi, że wciąż ma na taśmie jego przeprosiny.

L jak Little Nero’s Pizza. McCallisterowie zamawiają pizzę z tej właśnie restauracji. Jest to oczywiście nawiązanie do Little Ceasar’s Pizza, znanej amerykańskiej sieci pizzerii.

M jak Marley, czyli starszy pan mieszkający po sąsiedzku z Kevinem. Jego wątek został wprowadzony do scenariusza niemal w ostatniej chwili. Nosi takie samo nazwisko jak wspólnik Scrooge’a z „Opowieści wigilijnej”.

paqoany9jscowv0kypyg

N jak niemiły. Joe Pesci poważnie traktował swoją rolę i chciał, aby jego relacja z Kevinem na ekranie wypadła przekonująco. Unikał więc Macaulaya Culkina na planie, tak, aby ten pomyślał, że naprawdę jest niemiły. Ponadto, w scenie, w której Harry próbuje ugryźć palec Kevina, Joe Pesci rzeczywiście ugryzł Culkina, i to dość mocno, zostawiając na jego palcu bliznę. Można powiedzieć, że dzięki Pesciemu Macaulay już w młodym wieku poznał co to aktorstwo oparte na „metodzie”.

O jak Oscar. Pierwsza część filmu otrzymała dwie nominacje do tej nagrody – dla Johna Williamsa za muzykę oraz piosenkę „Somewhere in my memory”. Statuetki nie udało się niestety zdobyć.

P jak pająk. W scenie, w której tarantula chodzi po twarzy Daniela Sterna, użyto żywego pająka. Sztuczny był jedynie krzyk aktora – Stern po prostu otworzył buzię, a dźwięk dodano potem, by nie wystraszyć tarantuli. Na szczęście udało się nakręcić tę scenę przy pierwszym ujęciu.

R jak Robert De Niro. To jemu pierwszemu zaproponowano rolę Harry’ego. Aktor odrzucił ją i z powodzeniem zastąpił go Joe Pesci.

S jak szczoteczka. Scena, w której Kevin kupuje szczoteczkę do zębów jest pierwszą, którą nakręcono na planie zdjęciowym. Ostatnią zaś jest ta, w której chłopak biegnie przez zalaną piwnicę sąsiadów – zrealizowano ją w basenie położonej niedaleko szkoły.

T jak talkboy – przenośny dyktafon kasetowy przeznaczony głównie dla dzieci i młodzieży. Początkowo wyprodukowano go jedynie po to, by mógł być użyty w filmie „Kevin sam w Nowym Jorku”, ale na skutek prośb widzów w 1993 roku został wprowadzony do sprzedaży detalicznej.

U jak „Uwierz w ducha” – to jedyny film, który mógł konkurować z „Kevinem…” w box-office 1990 roku. W Stanach film z Patrickiem Swayze zarobił 217 milionów dolarów, prawie 60 mniej niż „Kevin…”. Poza Ameryką to jednak „Uwierz w ducha” zebrał więcej widzów, łącznie zarabiając niemal 506 milionów dolarów. „Kevin…” zatrzymał się na 476 milionach.

W jak Winnetka, miasto w stanie Illinois. To tutaj znajduje się posesja, która „zagrała” dom McCallisterów (jedynie jadalnia i salon zbudowane zostały w studiu). W 2012 roku właściciele sprzedali go za ponad półtora miliona dolarów.

Z jak zdjęcie. Pamiętacie fotkę, którą Kevin odkrywa w rzeczach swojego starszego brata? Widniała na niej niezbyt piękna dziewczyna Buzza, na której widok młody McCallister miał się przerazić. Tak naprawdę to zdjęcie chłopaka ucharakteryzowanego na dziewczynę. Reżyser nie chciał, aby osoba, której fotografię wykorzystają, zmagała się potem z niemiłymi uwagami.

Na deser jeden ze znakomitych Honest Trailerów:







  • Andriej

    Gratuluję pamięci, bo ja szczerze mówiąc nie pamiętam, kiedy pierwszy raz obejrzałem „Kevina…”

  • Szymon Pajdak

    Nie pamiętam kiedy pierwszy raz widziałem Kevina, ale dla mnie to już stały element Świąt. Właśnie patrzę jak Marv oberwał wiatrówką, a Harry spadł z oblodzonych schodów. Oglądam to już po raz dwudziesty któryś i bawi mnie to tak samo jak za pierwszym razem. Nie ma Świąt bez Kevina, nie ma Kevina bez Świąt (kiedyś widziałem jak Polsat Film wyemitował w czerwcu, obejrzałem, ale bez choinki migoczącej w rogu, bez brzucha pełnego karpia, barszczu, siemieniotki (zupa z konopi) i pierogów to nie to samo).
    Kocham ten czas, kocham ten film, kocham nostalgię z nim związaną. Wesołych Świąt kochani :)

  • Mefisto

    Spoko artykuł, ale małe sprostowanie: Kevin nie kupił szczoteczki ;)

  • Cassel

    Film rewelacja. Zupełnie nie obchodzi mnie, czy „Kevin” jest u nas otoczony jakimś absurdalnym świątecznym kultem i mam gdzieś wszelkie coroczne socjologiczno-kulturowe rozważania na ten temat. Dla mnie liczy się tylko jedno: jest to świetna komedia do wielokrotnego oglądania, śmieszna i zabawna, idealnie wyważona, bez żadnej fałszywej nuty i bez słabych punktów, rewelacyjnie zagrana przez małego Culkina i znakomicie przez resztę obsady. Film, na którym bawię się fantastycznie, może nie co roku, jak Polsat przykazał, ale co kilka lat. Arcydzieło komedii, a druga cześć spokojnie jej dorównuje.

  • Kiken

    wczoraj wraz z Babcią obejrzałem ten zacny ‚rodzinny obraz’, który konsoliduje rodzinę pod wpływem ‚wpadki’

  • Beatka

    Film jest świetny! Ogromna dawka humoru! W dodatku niedawno wyszła książka na podstawie filmu! Moje dzieci są nią zachwycone!






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Mów mi Vincent

Następny tekst

'71



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE