HOBBIT – redakcyjne podsumowanie | FILM.ORG.PL

HOBBIT – redakcyjne podsumowanie








01.01.2015


2014_the_hobbit_the_battle_of_the_five_armies_wide-223ee0e3c0b9dc1ae262bbee03c8abd7

 

Przeczytaj recenzję Karola Barzowskiego.

Przeczytaj recenzję Filipa Jalowskiego. 

 

Rafał Oświeciński

„Bitwa Pięciu Armii” nie rozczarowuje. Jest dokładnie taka, jakiej się spodziewałem: spektakularna, głośna, łatwa. Takie były dotychczasowe odsłony „Hobbita”, więc o zaskoczeniu nie może być mowy. Oceniam ją na 6-/10. Największy kłopot jest w tym, że brak rozczarowania co do ostatniej odsłony jest tożsamy z rozczarowaniem całym projektem Petera Jacksona. Cała ta historia jest niemiłosiernie efekciarska i stargetowana na widza zdecydowanie młodszego niż w przypadku „Władcy Pierścieni”. I ten fakt implikuje taką a nie inną dynamikę, sposób zarysowania postaci, metodę podziału na dobrych i złych, prezentację tego, co w tych historiach najefektowniejsze. Nie byłoby w tym nic zdrożnego, bo takie czasy i tacy widzowie, a i dodatkowo pozytywny jest fakt, że jest to jednak  powrót do Śródziemia, po którym po raz kolejny oprowadza Peter Jackson i jego grupa nowozelandzkich zapaleńców. Ten świat nie ma już tego ducha LOTRa – być może zawiniła ta feeria efektów specjalnych użytych w każdym niemalże kadrze, ta sztuczność, ten rozciągnięty do granic możliwości scenariusz z wieloma pretekstowymi scenami akcji – tyle kunsztownymi, co pustymi, udającymi prostą grę komputerową.

Dla porównania włączcie sobie „Władcę”, na 10 minut, w dowolnym momencie – to doskonale wyważone kino, pełne znakomicie zarysowanych postaci, z których każda pełni bardzo ważną rolę. No i wypełnione całą masą cudownych, niezapomnianych scen, ujęć, pomysłów trwających od kilku sekund do kilku minut, które można by wymieniać i wymieniać. „Hobbity” tego nie mają. Co prawda „Niezwykła podróż” zbliżyła się do klimatu „Drużyny Pierścienia” przez długi pobyt w Shire, ale im dalej w las, tym gorzej. Zbyt cool, by poczuć magię. Czasem głupkowato, czasem żenująco, a najczęściej obojętnie. Fakt, kilka ujęć jest boskich, ale z nich złożyć można 15-minutową krótkometrażówkę. Od początku obawiałem się, że Jackson pójdzie w ślady George’a Lucasa, który również powrócił do świata, który wyniósł go na szczyt. Obawy niestety się potwierdziły, a „Hobbity” dla filmowego Śródziemia zrobiły to, co Epizody 1-3. Czyli nie ma wstydu pod względem zarobionej kasy i spektakularności, jednak jakościowo to już nie to. Nie twierdzę, że moje fanbojstwo dotyczące „Władcy Pierścieni”nie gra tu ważnej roli – być może tak jest, że wielbi się to, na co zerka się z największym sentymentem. Prawdopodobnie ponowne wejście do tej samej rzeki nie zachwyca tak bardzo. Choć z drugiej strony siebie samego podejrzewałbym już raczej o bezkrytycyzm niż o duże rozczarowanie. A jest na opak.

Oddajmy jednak cesarzowi co cesarskie – Martin Freeman to najlepszy z niziołków. Świetny w każdym momencie. To jedyne, w czym „Hobbity” są lepsze od LOTRa.

The-Hobbit-The-Battle-of-the-Five-Armies-banner-8

Ewelina Świeca

„Hobbit” dla całkowitego laika. Daleko mi do fanklubu Tolkiena i wszystkiego, co z nim związane. Niemniej jednak, gdzieś kiedyś pojawiła się chęć poznania, a przynajmniej próby poznania fenomenu literatury tego pisarza, a co z tym się wiąże, filmów na podstawie jego książek. I w przypadku „Hobbita”, gdybym musiała wybierać, co wolę: filmową wersję-wizję Jacksona czy literacki pierwowzór, to wybrałabym książkę Tolkiena. Bardziej przemawia o mnie powieść-baśń, która wabi uroczą prostotą i jest, co najważniejsze, spójna: elementy składowe są wyważone, czujemy klimat przedstawianego świata, doskonale go sobie wyobrażamy, wszystko się w nim składa i wyjaśnia, akcja jest w dobrym tempie, opisy otoczenia i postaci nie zanudzają, a wszystkiemu towarzyszy humor. Przyjemnie jest czasami cofnąć się w czasie i przeczytać dobrą dziecięcą książkę.

Preferowanie książki nie oznacza jednocześnie „skreślenia” filmowej trylogii Jacksona, tak innej od powieści. Nie ulega wątpliwości, że to kino niebagatelne, które warto zobaczyć, a już na pewno spróbować się z nim zmierzyć. Czy to w wersji 2D, czy bardziej widowiskowej 3D, w obu wypadkach będzie to doświadczenie najwyższych możliwości kinowej produkcji. Czy obejrzałabym drugi raz trylogię „Hobbita” lub którąś z jej części? Raczej nie. A przynajmniej na razie nie. Ale nie jest mi na pewno szkoda czasu poświęconego na pierwszy seans i zobaczenie świata Tolkiena w wydaniu Jacksona.

Różnice między filmem i książką łatwo wyłapać, co dodano, co ujęto, co rozciągnięto, co zmodyfikowano. Można spróbować grubą kreską oddzielić książkę i film, nie porównywać. Jednak jest to trudne, a wręcz niemożliwe, jak już się przeczyta pierwowzór. Porównujemy chcąc nie chcąc, zastanawiając się, co i gdzie wyszło lepiej, a co gorzej. Ale bez względu na fakt lektury czy też jej brak, „Bitwa pięciu armii” Jacksona wydaje mi się za poważna i za straszna jak dla dzieci, a jednocześnie zbyt infantylna i pusta jak dla dorosłych – można patrzeć na fantastyczną krainę oraz postacie, a wraz z nimi szykować się do walki, jednak zaczyna się to dłużyć i nudzić. Wszystkie wątki – przemiany bohatera, miłości, zbiera się do bitwy, przyjaźni – poprowadzone są w najprostszy, powierzchowny i oczywisty sposób, co w przypadku dzieci się sprawdzi, a starszych znudzi.

Zauważalne jest (co wynika z porównania z książką), że historia jest zdecydowanie poważniejsza, twórcy uciekli od lekkości towarzyszącej książce Tolkiena. Ostateczne starcie to poważna sprawa, żarty na bok. Nawet Bilbo poważnieje. Nie mogłam się przekonać, do sceny-zwrotu akcji, gdy wsparcie dwunastu krasnoludów niemalże ratuje całą bitwę. Gdyby ich było ze stu albo gdyby posiadali jakieś zdolności godne czarodzieja… Będzie to oczywistością, ale niewykluczone, że totalnemu laikowi taka informacja może się jednak przydać: nie ma sensu wybierać się na ostatnią część „Hobbita” bez obejrzenia dwóch poprzednich części. Inaczej zostaniemy wrzuceni w środek historii, co, rzecz jasna, skutkuje niezrozumieniem jej, niewyłapaniem sensu podróży Bilba już od samego początku seansu.

Na koniec warto docenić obsadę aktorską, a dyskusji nie podlega, że Martin Freeman jest idealnym Bilbo Bagginsem. Nie da się nie lubić tej postaci i jej nie kibicować. Na wymienienie zasługuje też Richard Armitage w roli króla krasnoludów, Thorina, całkowite przeciwieństwo uroczego Hobbita, jednak równie skupiająca na sobie naszą uwagę postać.

hobbit-battle-5-armies-banner

Jakub Piwoński

Gdy dowiedziałem się o planach ekranizacji „Hobbita”, zagościły we mnie ambiwalentne uczucia. Bo z jednej strony obnażona została pazerność twórców, w imię zysku rozciągających skromną powieść do rozmiarów trylogii, z drugiej jednak, jako sympatyk tolkienoweskiego uniwersum, trudno mi było nie cieszyć się z możliwości ponownego wkroczenia do Śródziemia, tym bardziej, że projekt ten trafił w jedyne, właściwe ręce. I pewnie wielu z was miało podobnie.

Po premierze części trzeciej można pozwolić sobie na pewne podsumowanie. Nie ulega wątpliwości, że „Hobbit” stawiany w szrankach z „Władcą Pierścieni” zawsze będzie na przegranej pozycji. To zwyczajnie nie ta waga. Ekranowych przygód Bilbo Baginsa nie można jednak deprecjonować. Rozmachem, mierzonym w każdym aspekcie, dorównują swemu duchowemu poprzednikowi. Zachowany został także klimat dobrze znanego nam świata, a narracja poprowadzona została w sposób płynny i interesujący – a był to aspekt, który budził moją największą obawę. W umiejętny sposób powróciły także znane nam dobrze postacie, przynosząc ze sobą liczne nawiązania do dalszych losów jedynego pierścienia. Na czym polega więc największy problem tej trylogii? Otóż na tym, że widz jest już obyty z estetyką, która w swoim czasie zrobiła na wszystkich piorunujące wrażenie. Ale godząc się z tym, seans każdej części przynosi nie małą przyjemność. Ja najlepiej bawiłem się przy „Pustkowiach Smauga”, głównie ze względu na fenomenalną, filmową smoczą kreację. Co zaś się tyczy części trzeciej: gorzej wypada jako finał, ale lepiej jako prolog. Korzystne jest bowiem dla „Hobbita” to, że zapowiada coś większego od siebie i nie próbuje z tym walczyć.

HBFA_30sht_Azog_RGB_INTL_master

Maciej Niedźwiedzki

Nie przeszkadza mi fakt, że Peter Jackson zdecydował się z krótkiej książki zrobić trylogię. Nie przeszkadza mi również to, że ingerował w jej fabułę, dodając nowe wątki, wprowadzając nowych bohaterów. Nie podchodzę konserwatywnie do twórczości Tolkiena, nie traktuje jego tekstów za świętość. Przestawianie przecinków, słów i akapitów kompletnie mi nie przeszkadza. Jeśli pomoże to stworzyć film dobry to niech filmowcy odrą książkę ze wszystkiego pozostawiając tylko jej tytuł. Słowo „adaptacja” ma bardzo szeroki zasięg i nie wiadomo gdzie ono ma granice, nie wiadomo też gdzie powinno mieć.

W „Bitwie Pięciu Armii” i poprzednich dwóch częściach przeszkadza mi to, że Jackson nie potrafił się zdecydować czy z drobnej dziecięcej książki robi epopeje, czy przekłada ją wiernie i sztucznie rozwleka, tak by nabrała tylko właściwego metrażu. Do czasu „Pustkowia Smauga” ciągle się wahałem, ale „Bitwa Pięciu Armii” rozwiewa moje wątpliwości. Jackson uwielbia Śródziemie i nie chce się z nim rozstać. W ostatniej części nie interesują już go nawet same konflikty między postaciami, wątki czy fabuła. Lekko zarysowane kluczowe momenty są całkowicie pretekstowe dla wojennego spektaklu, ognia, rzezi orków i coraz to bardziej wymyślnych choreografii pojedynków. I tym właśnie Jackson wypchał po brzegi „Bitwę Pięciu Armii”. Nie miał wiele więcej do zaoferowania, bo nie pozwalał mu na to ubogi scenariusz. Szkoda więc z kilku powodów. Szkoda, że Jackson nie zdecydował się tak zmienić tolkienowskiego „Hobbita”, by był to materiał na trzy bogate fabularnie filmy. Szkoda, że „Bitwa Pięciu Armii” unaocznia głównie marketingowe motywacje tworzenia trylogii. Szkoda w końcu, że z tej ekranizacji zrezygnował Guillermo del Toro. Wtedy „Hobbit” mógłby „Władcę Pierścieni” przeskoczyć. A tak już na zawsze pozostanie w jego cieniu. 5/10

hobbit-battle-5-armies-banner-lee-pace

Miłosz Drewniak

Hobbita oglądałem jak zawsze – w 2D. Może właśnie dlatego wkurzały mnie plastikowe efekty specjalne, wykreowane z myślą o widzach „trójwymiarowych”? Chciałbym w to wierzyć. Niestety, zwolennicy seansów 3D również narzekają na barokowy przepych, związany z nowoczesną technologią CGI.

Najwyraźniej widać ten przesyt, oczywiście, w scenach batalistycznych. Efekciarskie pomysły z poprzednich części w Bitwie Pięciu Armii osiągają dno. Legolas biegnie po walącym się moście, albo, niczym wypstrykany John McClane, rozwala wieżę za pomocą trolla, a orka za pomocą wieży, gdy brakuje mu strzał; Thranduil zawstydza samego Longinusa Podbipiętę, gdy na porożu jego łosia/jelenia/renifera zawisa sześciu orków! – to tylko niektóre obrazki, które na kinowej sali wywołały salwy śmiechu i zbiorowy face palm.

Peter Jackson nie uniósł tytułowej bitwy. Nielogiczny i chaotyczny montaż nie pozwala zorientować się w jej przebiegu. Nie wiemy, kto w danej chwili „wygrywa”, kto napiera, skąd nadchodzą posiłki i czy w ogóle nadchodzą, a jak już nadejdą, to zostają rozniesione przez garstkę krasnoludów… Nie ma w całej potyczce krzty dramatyzmu. Jeżeli nawet ktoś poczuje wagę epickich wydarzeń, szlag trafi wszystko, gdy reżyser zaserwuje nam scenę z Gandalfem i nabijaniem fajki, która, nawiasem mówiąc, świetnie nadaje się na trailer Bitwy Pięciu Armii.

Rażącym mankamentem filmu są koszmarnie tandetne dialogi i płaska psychologia postaci. Chyba mogę jeszcze zdzierżyć to, że Thorin wyszedł ze „smoczej choroby”, po tym jak przemyślał swoje zachowanie, a jego mroczne alter ego pochłonęła gęsta zupa, ale mowy końcowej w jego wykonaniu nie powstydziłby się sam Walt Disney. W pewnym momencie bałem się, że Thorin poleci poczciwemu hobbitowi i wszystkim dzieciom na świecie, by piły dużo mleka i myły zęby po każdym posiłku…

Nie oczekiwałem, że Hobbity dorosną do pięt starej trylogii, ale nie spodziewałem się też ziejącej przepaści, dzielącej ostatni rozdział i poprzednie części. A tu proszę. Ode mnie tylko 3/10.







  • Dareth

    Uprzedzając fakty: Andriej – fuck you.

    • Andriej

      Wyjdź czasem z piwnicy albo skądkolwiek gdzie znajduje się twoja dobrowolna izolatka, bo dostawanie obsesji na temat jakiegoś anonima w internecie to zły znak.

      • Dareth

        Po prostu na takiego gościa jak ty trzeba reagować, boś troll i spływaj stąd.

        • Andriej

          I to ma być twoja reakcja? Odpowiadasz tak na cokolwiek co napiszę, zgadzam się z artykułem czy nie, zatem to o trollowaniu to możesz sobie w dupę wsadzić. Spamowaniem „pierdol się” w rewanżu za cudzą opinię która jak widać do dziś spać ci po nocach nie daje, tylko sam robisz z siebie debila. Jeśli chcesz to kontynuuj, przynajmniej teraz wiadomo z kim mamy do czynienia…

          • Dareth

            Dostosuję się do poziomu twej wypowiedzi.
            Andriej, fuck you.

          • Andriej

            Twoje posty składają się tylko z „fuck you”, ale zwracasz komuś uwagę na „poziom wypowiedzi”? LMAO Jakim cudem ktoś tak głupi w ogóle umie pisać?! Try harder, albo wracaj na Wykop, bo chyba zabłądziłeś.

          • Maciej Niedźwiedzki

            Andriej, ja też nie wiem jak ktoś taki tutaj trafił. To dość żenujące. Niepotrzebnie tracisz kilka cennych sekund swojego życia, by mu odpisywać, by odpowiadać na tą zaczepkę na poziomie pierwszej klasy gimnazjum. Doceniam to, że Dareth spędza pół dnia ze słownikiem od angielskiego, by poprawnie cię obrazić w obcym języku, ale nawet mimo to nie zwracałbym uwagi na jego pyskówkę. To jedynie dożarty dzieciak, który sypie przechodniom piaskiem w oczy ze swojej piaskownicy. Takich się omija, oni są niereformowalni.

          • Wu

            Ale się uczepiliście tego Daretha. I po co to jeszcze ciągniecie? Udowadniacie tylko że jesteście na tym samym poziomie. Jak tu wchodzę i widzę liczbę komentarzy, to myślę o może jakaś fajna dyskusja, ale nie, ciągle spam. Ogarnijcie się ludzie. Piszcie o Hobbicie raczej.

          • Andriej

            Fakt, do tej pory starałem się tak robić, ale chyba zaciekawiło mnie to, czy on robi tak bo nie potrafi inaczej, czy udaje głupszego dla hecy. Przynajmniej teraz wiem że wcale nie udaje ;)

  • Mefisto

    Enough is enough! I have had it with these motherfucking hobbits on this motherfucking website!

    • Andriej

      Pełna zgoda, dwie recki to już wystarczająco dużo – ani ten film ważny, ani kontrowersyjny, ani na tyle dobry.

  • Z jednej strony oczywiste wrażenie, że wyleciała masa materiału (niekoniecznie tego, który akurat powinien był wylecieć) i świadomość, że – znowu – nie widziało się filmu w jego ostatecznej formie, ale z drugiej nie jestem tu w stanie wskazać nawet jednej sceny, którą chciałbym ponownie zobaczyć. Wielkie rozczarowanie, choć ma swoje momenty – dzięki aktorom, zdjęciom i tak po prostu jacksonowskiemu Śródziemiu.

  • golem14

    Poczekamy więc na wersję fanowską „bez Jar-Jara”.

  • megalopsychos

    Jest jednak w trzecim Hobbicie jedna godna zapamiętania – wg mojej, od dawna już czytelnika tej strony i jej recenzji – scena, która w dość wyraźny sposób oddziela się od reszty chaotycznego zgiełku. Zaczyna się od uwolnienia Gandalfa z klatki zawieszonej w ruinach zamku Władców Ciemności na czele z przewodzącym im Sauronem bez twarzy! Walka, czy też wręcz bitwa z Mrokami, nabiera tu epickiego wymiaru i nie popełnia błędu z prawie całej pozostałej części filmu, błędu całkowitego braku realizmu. W tym fragmencie jesteśmy wciągnięci w bezmiar magii i fantastyki, której zwieńczeniem jest pojedynek Galadiery z Sauronem. Tutaj nie można się zastanawiać nad zwinnością Sarumana, a tym bardziej nad (nie)zniszczalnością Mrocznych Rycerzy-Duchów. Wszystko jest tam spójne a nic śmieszne. Kulminacja, czyli zderzenie Jasnej – Galadiera, i Ciemnej – Sauron, strony Mocy przebiega bez szczęku mieczy czy łamanych kości. Bohaterka przemawia świdrującym głosem, jej twarz zmienia kolor, a widzowie wiedzą, że Dwoje stanęło naprzeciw siebie i czas się zatrzymał. Dalsza część filmu mogłaby pójść w stronę pogoni Sarumana za Niedobitym, a raczej ucieczki jego przed Nieuniknionym: drążącym jego trzewia – już w tej scenie, gdy zbyt obłędnie spojrzał w tego, który nie ma wzroku – zakażeniem, bardzo powoli zbliżającym się do jego serca Złem. Galadiera już nie miała sił, by wyczuć to, co zostawił Sauron uchylając się przed jej ostatecznym Głosem. Gdyby tak Gandalf został jeszcze chwilę…

    • Chyba widzieliśmy inne filmy. Sekwencja w Dol Guldur którą ja widziałem była niezamierzenie śmiesznym, antyklimatycznym majakiem pobudzonego nastolatka, który przed snem karmił umysł konsolowym hack n’ slashem i walką z Bliźniakami z Matrix Reloaded. KOSZMAR, co wyjątkowo mnie rozczarowało, bo wizyta Gandalfa w twierdzy to z kolei mój ulubiony fragment Pustkowia Smauga i liczyłem na coś znakomitego.

  • Robert

    Jak zwykle wszyscy tłumaczą się,że nie są fanami Tolkiena ani Jacksona, a potem zaczynają jechać z góry na dół film i uważają się za niewielką opozycję, która na przekór wszystkim nie docenia nowej trylogii PJ. Żałosne, ale to już norma, KMF stoczył się na samo dno

    • ale ja jestem fanem Tolkiena i Jacksonowskiego LOTRa, więc WTF? Dlaczego na przekór?

  • Robert Rusiecki

    Są filmy, które zyskują na ocenie, gdy się je obejrzy po raz drugi. Miałem tę okazję niedawno wybierając się ponownie na film – tym razem w 3D i HFR. I niestety, „Hobbit: Bitwa 5 Armii” nie należy do tej kategorii filmów, choć to oczywiście kwestia gustu. Niemniej, podziwiając dzieło wygodnie w kinowym fotelu nasyneło mi się kilka refleksji:
    1) PJ jest chyba pierwszym reżyserem, który domyślnie kręci swoje filmy z przeznaczeniem do wersji rozszerzonych. Wersje kinowe – w przypadku jego filmów – są obowiązkowym trybutem na rzecz producentów, natomiast wersje rozszerzone są docelowym kształtem jego utworów. W tych wersjach najlepiej uwidacznia się pełny zamysł reżysera. Stąd próba oceniania wykastrowanych wersji kinowych jest tak naprawdę oceną zdolności montażowych reżysera. W B5A ewidentnie widać, że nożyce montażysty cięły zbyt mocno.
    2) Kino jest tą dziedziną sztuki, która lubi wchłaniać doświadczenia innych rodzajów sztuki. Fotografia, teatr, literatura – rozliczne są inspiracje twórców kinowych. Oglądając ostry jak żyleta obraz w technologii 48klatek/sek., nasunęły mi się skojarzenia z telewizją. Co ciekawe, nawet forma – rozbicie 3 części – kojarzy się telewizyjnym serialem. Swego czasu, widziałem fanowski podział „Lotr” aż na 6 części – zgodny z strukturą książkową. Bardzo przyjemniej się to oglądało. Nie zdziwię się, gdybym za jakiś czas, na Internecie spotkał się z uniwersum Hobbita & LotR jako serial 7 odcinkowy, a może nawet 8 lub 9 odcinkowy (2 na Hobbita (tam i z powrotem) + 1 na sprawy pomiędzy + 6 z Władcy Pierścieni).
    3) Fascynujące jest przenikanie się świata gier komputerowych i filmu. CGI robem z gier komputerowych i stylistyka gier nawiązująca do filmów. Istniały wcześniej gry o Śródziemiu, ale tak naprawdę filmy PJ nadały im właściwą stylistyką.
    Film H:B5A jako samodzielne, kinowe dzieło, broni się słabo. Ale jako część większego uniwersum, świetnie się w nie wpisuje. Z dwojga złego, zawsze wolałem mieć nadmiar, niż niedosyt.

    • Jutrzen

      Stylistyka gier musi nawiązywać do filmu, skoro ich producent nie ma licencji na książki Tolkiena a jedynie na filmy na ich podstawie.

  • tak tam

    Moim zdaniem po jednym seansie w kinie to najslabsza część nowej trylogii. Pelna chaosu i efektów z gier komputerowych. Z drugiej strony uważam, że calość jest udaną adaptacją „Hobbita”. Ma wizualny rozmach i może cieszyć. Tego typu historie czekaly na możliwości, jakie daje obecna (no co najmniej od 15 lat) technologia. Wcześniej zwyczajnie nie można bylo udanie utworów Tolkiena przelożyć na język filmu. Wystarczy zobaczyć niezbyt fortunną adaptację z 78. roku. Mimo wszystko bardzo udatnie wszystko zostalo jako calość nakręcone. Tylko ja chyba zbyt daleko odszedlem od tego typu historii i już mnie tak nie cieszą. Czasem nawet męczą i nudzą. Ale gdyby taka ekranizacja byla możliwa wcześniej, nie narzekalbym, tylko się cieszyl. Bo to baśń dla dzieci (wszystkie historie Tolkiena) i dzieckiem będąc trzeba je chlonąć. Później to już tylko starczego rozumu rozważania : ).






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Wywiad ze Słońcem Narodu

Następny tekst

Sztorm



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE