Artykuł

FULL METAL JACKET (1987)

Autor: Adrian Szczypiński
opublikowano

Po pierwszym szoku, brutalna metoda Kubricka przeradza się w iście fascynujący spektakl.

Zaczyna się jak dobra komedia obozowa – w rytm wesołej muzycznie i ironicznej tekstowo piosenki Hello Vietnam, widzimy kolejnych poborowych, golonych niemal do zera (całość jest po Kubrickowsku zmontowana idealnie do rytmu piosenki). Tutaj ich całe przeszłe życie zostało na podłodze w postaci równomiernie spadających włosów. Tu każdy z nich pozbawiany jest indywidualnych cech i odtąd stanowić będzie bezimienną część sprawnej machiny wojennej. Nagle na ekran wkracza jedna z najsłynniejszych i najbardziej charakterystycznych postaci, jakie kiedykolwiek pojawiły się u Kubricka. To instruktor piechoty morskiej, sierżant Hartman. Nietrudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie jego Kubrick potraktował ze szczególną atencją, na czym między innymi straciła druga połowa filmu, pozbawiona obecności Hartmana. Niekończąca się musztra, dzikie wrzaski miotającego najbardziej wyrafinowane obelgi sierżanta (po raz kolejny Kubrick sprowadził człowieka do wydzierającej się bestii) pośród zunifikowanych rekrutów, powtarzanie w kółko bezsensownych koszarowych przyśpiewek, nadzwyczaj skąpo dawkowane ludzkie odruchy żołnierzy, nawet obchody Bożego Narodzenia z piosenką Happy Birthday Dear Jesus – to wszystko atakuje widza już od pierwszej minuty. Język rozkazów to język Kubricka, który w tym uporządkowanym do granic absurdu świecie zdaje się czuć jak u siebie w domu. Pierwsze spokojnie podane słowa dialogu słychać dopiero w 18. minucie, podczas rozmowy Jokera z Pyle’em. Lecz po pierwszym szoku, brutalna metoda Kubricka przeradza się w iście fascynujący spektakl, wzbierający na sile wraz z kolejnymi upokorzeniami szer. Pyle’a. Koncentrując się na postaci niemrawego, ociężałego fizycznie i umysłowo Pyle’a, reżyser dokonał jakże dla siebie charakterystycznej, metodycznej analizy rozbicia w pył fasady zwanej człowieczeństwem w obliczu sytuacji ekstremalnej. I znów wyszedł mu pozorny paradoks. Na początku Pyle wydaje się być kompletnie nieprzystosowany, nie tyle do armii, co do normalnego życia. W toku morderczego szkolenia, uzupełnianego bolesnymi szykanami ze strony kolegów, gruby szeregowiec ulega niebywałej metamorfozie, stając się wcieleniem żołnierza doskonałego. Czyli wszystko w porządku i punkt dla Hartmana? Otóż nie. Pyle zaczyna zachowywać się niczym przeciążony komputer z 2001: Odysei kosmicznej czy zdominowany przez duchy Jack Torrance. Wraz z nim szaleje widz, początkowo współczujący, później kibicujący skuteczności Hartmana wobec Pyle’a, by pod koniec słynnej sceny w toalecie przyznać rację straconemu człowieczeństwu szeregowca. Szkolenie się udało, człowiek umarł. Znowu.

Wraz z przeniesieniem akcji do ogarniętego wojną Wietnamu, nagle zaczyna się zupełnie inny film. Zamiast obozowej psychodramy, Kubrick serwuje kawał najdziwniejszego filmu wietnamskiego, jaki sobie tylko można wyobrazić. Wędrówka Jokera i Raftermana jako korespondentów wojennych z bazy Marines w Da Nang do miasta Hue, obfituje w fantastycznie nakręcone i zainscenizowane sekwencje akcji, sąsiadujące z niespodziewanie lekkimi scenami obyczajowymi i komediowymi. Mając w pamięci dwa największe filmy o tamtych wydarzeniach: Czas apokalipsy i Pluton, jak na dłoni widać wykręconą metodologię reżysera, usiłującego w tej samej scenerii rozegrać własną partię szachów. Coppola uderzał w widza niemal narkotyczną wizją podróży do jądra ciemności, Stone był dokumentalnie precyzyjny, natomiast Wietnam w ujęciu Kubricka jawi się jak wysnuta z oschłej wyobraźni kraina, zaludniona typowymi dla reżysera figurami.

Ostatnio dodane