Artykuł

GHOST IN THE SHELL, czyli jak filozoficzne rozważania sprzedać masowemu odbiorcy

Autor: Damian Halik
opublikowano

Zacznę dość ryzykownie, ale uważam, że animowane Ghost in the Shell – choć bezsprzecznie kultowe – mogłoby być lepsze. Dzieło Mamoru Oshiiego z roku 1995 uznać trzeba za kamień milowy kinematografii, wykorzystujący niespotykane wcześniej w produkcji filmowej techniki. Po dziś dzień jest ono także jednym z najważniejszych tytułów science fiction oraz perłą cyberpunku, której pod względem technicznym nie można nic zarzucić. I choć warstwa fabularna również stoi na wysokim poziomie, ja widzę w tej materii spore ubytki…

Może po prostu nie trzeba było sięgać po oryginał, czyli mangę autorstwa Masamune Shirowa, jednak po jej lekturze mogę z całą stanowczością stwierdzić dwie rzeczy: po pierwsze, kontynuacje nie umywają się do pierwszej części! Po drugie, filmowa adaptacja z 1995 roku jest bardzo luźno powiązana z materiałem źródłowym, niejako wyciągając najważniejsze z jego elementów. I nie zrozumcie mnie źle – ani mi się śni podważać genialność animacji Oshiiego. Zauważam jedynie, że odpowiedzialny za jej scenariusz Kazunori Itō dość luźno potraktował mangowe Ghost in the Shell. Efektem tej swoistej manipulacji są dwa niejako odrębne twory, które mimo wyraźnych różnic traktowane są z należytym szacunkiem zarówno przez fanów mangi, jak i filmu. A mówię o tym tylko i wyłącznie dlatego, że nie spodziewam się podobnego pobłażania dla wyprodukowanego przez Paramount Pictures filmu aktorskiego, którego premiera już jutro.

Tymczasem produkcja Paramountu mogłaby być znacznie lepsza od kultowego anime! Mogłaby, gdyby nie to, że podczas tworzenia blockbusterów trzeba wybierać bezpieczne rozwiązania. W przypadku Ghost in the Shell nawet to może jednak nie wystarczyć. Reakcje na wieść o planach amerykańskiej adaptacji były skrajne, oczywiście z przewagą tych negatywnych. Nikogo nie obchodziło, jak rzeczywiście film wypadnie. Po jednej stronie stanęli więc ludzie, którzy ucieszyli się z tego, że genialne anime zostanie odświeżone i ukazane w wysokobudżetowej, aktorskiej wersji. Po drugiej zaś opowiedziały się sprzymierzone siły fanatyków, geeków oraz wszelkich reprezentantów lewej strony sceny politycznej. Ta ostatnia grupa upatrzyła sobie w produkcji idealną ofiarę antybiałej rewolucji, która od pewnego czasu zżera Hollywood od środka. I może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w tym przypadku whitewashing jest kwestią mocno dyskusyjną (zapraszam do komentowania).

Z wielką przyjemnością patrzyłem więc, jak przy okazji każdego kolejnego teasera (o trailerach nie wspominając!), Sanders i spółka dawali tym pseudofanom prztyczka w nos. Plan był genialny. Publikowano bowiem głównie te sceny, które żywcem wyciągnięto z filmu animowanego. Był to oczywiście rodzaj hołdu wobec twórczości Mamoru Oshiiego, ale też genialny sposób radzenia sobie z krytyką. To jednak może odbić się czkawką, ponieważ aktorskie Ghost in the Shell okrzyknięto adaptacją… kultowego anime. Tymczasem poza animacją z 1995 roku film Sandersa zawiera także elementy drugiej, nieco mniej znanej części – Ghost in the Shell 2: Innocence – oraz powstałego w międzyczasie serialu Ghost in the Shell: Stand Alone Complex.

Jedno pozostaje niezmienne: zupełnie na uboczu zostawiono zawartość mangi, od której wszystko to się zaczęło…

O czym tak właściwie jest Ghost in the Shell?

Oryginalna manga Shirowa pozostaje na uboczu, choć na jej tle blednie nawet fabuła filmu z 1995 roku.

To, co najbardziej przeraża mnie w przedpremierowych, niczym nie popartych, a już negatywnych wypowiedziach na temat filmu ze Scarlett Johansson w roli głównej, to zupełny brak zrozumienia sensu całej tej historii. I może odpuściłbym to w przypadku osób, które po prostu chcą wojować o prawa mniejszości – one zazwyczaj nie zważają na nic, poza potrzebą upchnięcia w obsadzie jak największej liczby osób, które nie są białe. Ciężko mi jednak zrozumieć „fanów”, którzy z góry zakładają, że film się nie uda, stwierdzając: „kijowo, Amerykanie nie umieją robić filmów, a tak w ogóle to Motoko jest Japonką”.

Otóż nie, nie jest. Abstrahując od tego, czy cyborg może posiadać przynależność etniczną, już w prologu mangi padają słowa: „Motoko Kusanagi (pewnie i tak zmyślone nazwisko) wiele potrafi…”, co sugeruje, że nic nie wiemy na temat „dawczyni” duszy. Osoby wytaczające ten temat najzwyczajniej w świecie nie rozumieją podstawy rozważań filozoficznych, na których oparto całą historię przedstawioną w Ghost in the Shell.

Ostatnio dodane