Dekalog Kina Biblijnego | FILM.ORG.PL

Dekalog Kina Biblijnego








Jakub Piwoński
29.03.2014


Strony: 1 2

„Noe: wybrany przez Boga”, czyli kolejna filmowa wersja biblijnego potopu, króluje już w kinach na całym świecie. W ubiegłym roku rekordy popularności bił w Ameryce serial „Biblia”, którego skompresowana w pełnometrażowy film wersja pt. „Syn Boży” trafi do europejskich kin w kwietniu. Na początek przyszłego roku z kolei zapowiedziana jest premiera widowiska od Ridleya Scotta pt. „Exodus”, będącego kolejną adaptacją historii Mojżesza. Moda na kino biblijne rozkręca się na dobre, dlatego warto przyjrzeć się czym na przestrzeni lat ta specyficzna odmiana dramatu się odznaczała i jak się rozwijała.

PicMonkey Collage

Wszystko zaczęło się od „Żywota i męki Jezusa Chrystusa” z 1903 r., niemego filmu produkcji francuskiej. Można zatem uznać, iż filmowcy zainteresowani byli adaptowaniem tekstów biblijnych od samego początku kinematografii. Ważne jest aby nauczyć się rozróżniać film biblijny od filmu religijnego. Ten pierwszy przybliży nam konkretną historię zaczerpniętą ze Świętej księgi chrześcijaństwa i judaizmu, podczas gdy ten drugi zajmie się raczej komentowaniem i analizowaniem danej doktryny religijnej.  Jeśli spojrzymy na Biblię jako na podstawę kultury judeochrześcijańskiej, do której chcąc nie chcąc przynależymy, łatwiej będzie nam zrozumieć, skąd wzięły się w sztuce wszelkie kierunki, mające na celu jej zobrazowanie. Biblia dostarczała twórcom gotowych do zinterpretowania historii, których waga była niepodważalna i wobec których żaden odbiorca nie zwykł przejść obojętnie. Było zatem oczywiste, że wraz z rozwojem kina, filmów poruszających tematykę biblijną będzie coraz więcej.

Złota Era Hollwyood przyniosła rozkwit gatunku. Wtedy to zaczęły ukazywać się wielkie produkcje charakteryzujące się inscenizacyjnym przepychem, podniosłą tonacją oraz… długim czasem trwania. Z moich obserwacji wynika, iż kino biblijne swój status quo zdołało utrzymać do lat 70. wieku ubiegłego. Dominacja kontrkultury i płynącego z niej buntu przeciwko skostniałym prawom moralnym oraz popularyzowana dziewiętnastowieczna idea „śmierci Boga”, wpłynęły na renomę i częstotliwość ukazywania się filmów z tego gatunku (choć taki „Jesus Christ Superstar” z 1973 r. potrafił się w tym odnaleźć, czyniąc z Jezusa idola hipisów). Nie bez znaczenia pozostawał także rozwój technologiczny, który niósł za sobą przesłanie intelektualnej dominacji człowieka oraz pełne pychy przekonanie odkrycia ostatecznych tajemnic naszej egzystencji, do zrozumienia których nie będzie nam już potrzebna interpretacja biblijna.

Ale nawet jeśli długi czas Biblii nie adaptowano wprost, to i tak pozostanie ona najbardziej inspirującą książką wszech czasów, a to dlatego, iż zbudowała fundamenty do niewyczerpanej liczby fabuł – o czym wielu z was pewnie nawet nie zdaje sobie sprawy. Popularny w SF motyw mesjanistyczny jest tego dobrym odzwierciedleniem. Oczywiście przybliżając genezę tego gatunku, mam na myśli tylko filmy kinowe i to im stricte poświęcony jest ten artykuł. Ponieważ gdyby przyjrzeć się produkcjom telewizyjnym w ich ogromnej liczbie, da się zauważyć, iż kryzys nie był im znany, ponieważ przez specyfikę swojego medium zawsze zdołały dotrzeć do określonego audytorium. Takim najbardziej znaczącym dokonaniem telewizyjnej produkcji pozostanie dwuodcinkowy „Jezus z Nazaretu” z 1977 r., wiernie adaptujący historię centralnej postaci Nowego Testamentu.

Ale niech przemówią w końcu przykłady. Zapraszam do zapoznania się z listą dziesięciu moim zdaniem najlepszych filmów biblijnych. Do stworzenia tego zestawienia kierowałem się głównie walorami artystycznymi filmu. Do prawidłowego odbioru tych dzieł oczywiście potrzebny jest rozwinięty kontekst religijny, ale nie możemy pozostać nim zaślepieni. W przytoczonych przykładach znajdą się zatem takie filmy, których autorzy pozwolili sobie na dużą swobodę twórczą, często zmieniając poszczególne fragmenty literackiej podstawy lub bazując na niej tylko w umowny sposób. Dla mnie jednak najważniejsze było, by film z powodzeniem i odpowiednim sobie polotem potrafił krzewić konstytutywne myśli. Myśli, które zdeterminowały kształt naszej cywilizacji.

 

 Dawid i Batszeba (1951) reż. Henry King

david

db

Historia skomplikowanej miłości słynnego izraelskiego króla Dawida oraz Batszeby, żony jednego z najważniejszych przybocznych żołnierzy władcy. Król chcąc posiąść swą kochankę, decyduje się posłać męża Batszeby na niechybną śmierć w ogniu wojny, za co czekać go będzie potępienie w oczach Boga. Historia ta została spisana w Starym Testamencie, w Drugiej Księdze Samuela.

Moje zestawienie otwiera biblijne love story. Amatorzy łzawych melodramatów nie znajdą w tym filmie nic oryginalnego, jednak w tym wypadku ważny jest wydźwięk tej opowieści oraz to, że jest na swój sposób prekursorska. Otóż za sprawą  znaczącej postaci Starego Testamentu – pogromcy Goliata –­ przedstawione są skomplikowane ścieżki miłosnych uniesień i ich konsekwencji. Tego, jak trudne jest przestrzeganie sztywnych ograniczeń prawnych związanych z przynależnością małżeńską i do czego możemy posunąć się by ostatecznie zdobyć serce ukochanej. Ta opowieść daje do zrozumienia, iż podstawową przeszkodą do przestrzegania Prawa Mojżeszowego będzie nasza emocjonalność, porywczość naszych zmysłów. Czyn Dawida zasłużył na potępienie, a obraz Batszeby przez wiele lat nie mógł uwolnić się od skazy grzechu cudzołóstwa jakiego się dopuściła. Jednak dziś oglądając losy kochanków z czysto ludzkiej perspektywy potrafimy i chcemy ich zrozumieć. Z ich romansu narodził się Salomon, najważniejszy z potomków Dawida. Może zatem ich miłość miała swoją rację bytu? W filmie w tytułową parę z niemałym powodzeniem wcielili się Gregory Peck i Susan Hayward. Chemia między nimi jest odczuwalna, co oczywiście ma bardzo duże znaczenie w przeżywania tego melodramatu. Inną popularną prezentacją historii Dawida był film z 1985 roku pt. „Król Dawid”, z Richardem Gerem w roli głównej, ale nie mogę powiedzieć, by była to prezentacja udana – choć posiada swoje momenty, to jednak banał ścieli się w nim zbyt gęsto.

 

Dziesięcioro przykazań (1956) reż. Cecil B. DeMille

Charlton-Heston-as-Moses

Poster - Ten Commandments, The (1956)_01

Film przywołuje jedną z najważniejszych historii Starego Testamentu, a dokładniej Księgi Wyjścia. Przebywający w egipskiej niewoli naród żydowski zostaje wyzwolony przez proroka Mojżesza, niegdysiejszego egipskiego księcia, który to otrzymuje zadanie poprowadzenia swego ludu do Ziemi Obiecanej.

Jako że w latach 50 i 60 wieku ubiegłego w Hollywood zapanowała moda na filmy biblijne, można uznać, iż „Dziesięcioro przykazań” to jeden z najjaśniejszych tej mody przejawów. Z resztą, da się zauważyć, iż gros filmów z mojego zestawienia pochodzi właśnie z tego okresu. W tym wypadku, na szczególną jakość filmu składa się waga prezentowanej historii ­ współistotnej zarówno dla chrześcijan, jak i wyznawców judaizmu. Historii poprowadzonej z rozmachem adekwatnym do misji jaką pełni – nadaniu ludzkości moralnego kręgosłupa. Dla filmu „Dziesięcioro przykazań” najodpowiedniejszym określnikiem będzie zatem przymiotnik „monumentalny”. Wszystko tu zostało napisane wyjątkowo dużymi literami: począwszy od scenografii, przez efekty specjalne (Oscar), na podniosłej tonacji skończywszy. Ucztę stanowi także pojedynek dwóch aktorskich legend – Charltona Hestona (Mojżesz) i Yul’a Brynnera (Ramses). „Dziesięcioro przykazań” pomimo dość sędziwego wieku, wciąż potrafi robić wrażenie, a niektóre sceny z pewnością na stałe zapisały się do historii kina – mam tu na myśli przede wszystkim przejście izraelitów przez morze Czerwone. I też trudno sobie wyobrazić, by w tej konkretnej konwencji oraz warunkach można było nakręcić ten film lepiej. Co ciekawe i co wielu pewnie zaskoczy, „Dziesięcioro przykazań” jest remakiem niemego filmu z 1927 roku, a co jeszcze ciekawsze, jest remakiem nakręconym przez tego samego reżysera. Cecil B. DeMille otrzymał na stare lata propozycję nie do odrzucenia – efektownego odświeżenia za niemałe pieniądze swego dawnego dzieła. Uczynił to z nawiązką, po czym… pożegnał się z życiem – tym samym, remake losów Mojżesza był ostatnim filmem w dorobku tego reżysera. Jestem bardzo ciekaw jak z tą samą historią poradzi sobie Ridley Scott za sprawą „Exodusu”, gdzie rolę Mojżesza odgrywać będzie Christian Bale, a wtórować mu będzie Aaron Paul w roli Jozuego. Czy będzie to film równie spektakularny? Przekonamy się na początku przyszłego roku, na kiedy to planowana jest premiera filmu.

 Ben Hur (1959) reż. William Wyler

212582.1

Ben_hur_1959_poster

Film opowiada o kolejach losu Judy Ben Hura, żydowskiego księcia, który zastoje wygnany ze swojego kraju, przez niegdysiejszego przyjaciela, dowódcę rzymskich legionów – Messale. Dzieje się tak za sprawą różnić w poglądach politycznych, które uwidoczniły się między nimi po latach. Juda poprzysięga zemstę swemu dawnemu przyjacielowi. Na jednym z etapów swych przejść, spotyka człowieka imieniem Jezus i jeszcze nie wie, jak przełomowe okaże się dla niego to spotkanie.

Gdy tworzyłem listę najlepszych obrazów kina biblijnego, film ten był jednym z pierwszych moich typów. I nie przeszkadzał mi fakt, iż jego fabuła nie opiera się bezpośrednio na żadnej biblijnej przypowieści, a jeno na książce Lewisa Wallace’a. Bo „Ben Hur” może i jest z Biblią powiązany dość luźno, ale za to łączy go z nią jeden konkret, który umożliwia postrzeganie go w tej właśnie kategorii gatunkowej. Tym konkretem jest osoba Jezusa Chrystusa, którego dzieje pełnią w filmie rolę tła dla głównych wydarzeń. A co jest najważniejsze, determinują one charakter przemiany głównego bohatera. Przemiana ta jest także kluczem do zrozumienia głównego przesłania filmu ­– odłożenia na bok pragnienia zemsty na rzecz miłości, przejawianej względem swych wrogów. Dla tych jednak, dla których aspekty duchowe nie grają w „Ben Hurze” tak wielkiej roli, film ten stoi przede wszystkim niebywałą, jak na tamte czasy, oprawą wizualną i spektakularnością. Gdy w końcu dane mi było go obejrzeć w wersji Blu-ray, słynne wyścigi rydwanów przyprawiły mnie o szybsze bicie serca. Magia kina w pełnej krasie. Warto także przypomnieć, iż to jeden z tych filmów, który potrafił zdobyć największą liczbę statuetek Oscara w historii tych nagród. Prócz zdominowania kategorii technicznych, „Ben Hur” wygrał także w kategoriach aktorskich (Heston w życiowej formie) oraz tych najważniejszych – reżyserii i filmu. I uwierzcie mi bądź nie, to jest przykład filmu, który jak żaden inny potrafi osiągnięty sukces w tych prestiżowych nagrodach po latach należycie obronić. Innymi słowy, „Ben Hur” to zdecydowanie najważniejszy film tego zestawienia; film, który powinien znać każdy, powtarzam, każdy kinoman, choćby ze względu na kinematograficzną potęgę jaką sobą stanowi.

 Barabasz (1961) reż. Richard Fleischer

barabbas4g

poster

Próba dopowiedzenia losów Barabasza, biblijnego przestępcy, który był sądzony wraz z „żydowskim królem”. Jak wiadomo, wolą ludu to Jezus został zesłany na śmierć. Film opowiada o tym, co działo się z Barabaszem po darowaniu mu życia i o zainteresowaniu jakie zaczyna przejawiać w stosunku do osoby, która została ukrzyżowana zamiast niego.

„Barabasz” jest kolejnym po „Ben Hurze” filmem, którego podstawa fabularna powstała w oparciu tylko o poszczególne wątki Pisma Świętego. Ale myślę, że i tym razem nie popełnię nadużycia umieszczając go w zestawieniu filmów biblijnych. A wszystko przez nader interesujący pomysł wyjściowy, czyli wykorzystania postaci Biblii budzącej negatywne konotacje, do tego by skonfrontować jej los, z losem Syna Bożego. Mimo, iż przebieg historii słynnego przestępcy ukazany jest w sposób dość banalny, wzbogacony o efektowne elementy starożytnej przygody (walki gladiatorów), to jednak jej clou – metamorfoza głównego bohatera – ukazane jest wiarygodnie. Pomaga w tym wyborna gra Anthony’ego Quinna, wcielającego się w tytułowego bohatera. Los Barabasza przybliża także inne istotne przesłanie – uniknięcie zasłużonej śmierci, miast wyzwoleniem, może okazać się złym fatum, które skrupulatnie niszczyć będzie odzyskany żywot. To śmierć zatem, w pewnych przypadkach, może być dla nas najlepszym wyzwoleniem. Zawsze chciałem, by idąc tym samym tropem, filmowi twórcy zrealizowali kiedyś historię Judasza – innej negatywnej postaci Ewangelii – bazując np. na apokryfach jego autorstwa. Byłoby co najmniej ciekawie. A dla tych, którym podobają się fabuły jeno pośrednio zbudowane na Biblii, w których Jezus Chrystus przemyka gdzieś w tle, ale i tak odgrywa najważniejszą rolę w dramacie, polecam także film „Tunika” z 1953 r. Film, który swym konceptem fabularnym trochę przypomina „Barabasza”, ponieważ opowiada historię rzymianina, który dowodził grupą odpowiedzialną za ukrzyżowanie Nazarejczyka. W bardzo podobny sposób następuje w głównym bohaterze przemiana, niosąc tym samym analogiczne przesłania, co film Fleishera.

 

Ewangelia wg św. Mateusza (1964) reż. Pier Paolo Pasolini

 Pizzadigitale-Il-Vangelo-secondo-Matteo-2

El-evangelio-seg+¦n-San-Mateo

Jak sam tytuł wskazuje, jest to ekranizacja jednej z czterech ewangelii, wchodzących w skład Nowego Testamentu. Opowiada o losach Jezusa z Nazaretu, od jego narodzenia, do śmierci i zmartwychwstania.

Podchodząc do „Ewangelii…” należy obrać jeden bardzo istotny kontekst. Jest nim osoba reżysera. Mogłoby się wydawać, że dobry film religijny może zostać nakręcony jedynie przez artystę o adekwatnym zapleczu ideologicznym, dzięki czemu ryzyko wypaczenia historii spada do minimum. Nic bardziej mylnego. Tak się składa, iż reżyser Pier Paulo Pasolini, prócz posiadani bogatego zaplecza artystycznego, był także zadeklarowanym ateistą, gejem i komunistycznym działaczem (do kompletu brakowało chyba jeszcze tego, by był Żydem). I wbrew temu, jaki komunikat płynie z jego przekonań, w filmie o Jezusie udało mu się zachować całkowitą bezstronność – co wielu, w tym i ja, upatruje za podstawowy atut filmu. Realizacja tego obrazu przysporzyła zatem wielu kontrowersji, ale Pasolini wyszedł z tego pojedynku obronną ręką. Najlepszym dowodem na to niech pozostanie fakt, iż „Ewangelia…” została doceniona także przez Watykan, który umieścił ją na swojej liście 45. filmów fabularnych odznaczających się wyjątkowymi walorami religijnymi (co ciekawe, z filmów z mojego zestawienia, wraz z „Ewangelią…” na liście watykańskiej znalazł się tylko „Ben Hur”). Bo Pasolini stworzył dzieło unikatowe, wolne od patosu, kiczu, sztucznej powagi. Podkreślają to surowe, czarno-białe zdjęcia oraz intrygująca linia melodyczna, przypominająca muzykę folkową. Wszystkie wydarzenia ukazane są beznamiętnie – i co najważniejsze – wiernie względem Ewangelii. Ciekawy jest także obraz Chrystusa. Raz, że został on wyraźnie odmłodzony, dwa, częściej niż inni odtwórcy tej roli przejawia symptomy człowieczeństwa (świetna scena wybuchu złości na żydowskim targowisku) – i wbrew pozorom nie wynika to tylko z pomysłu twórcy, a właśnie z wiernego trzymania się ewangelicznej podstawy. A ponadto, Enrique Irazogui wcielający się w Jezusa (notabene kolejny działaczy komunistyczny) w swej grze odznacza się na niezwykle przenikliwym i srogim spojrzeniem, co tylko podkreśla wrażenie charyzmy i dominacji, przejawiającej względem apostołów. Sposób, z jakim postać ta przyciąga naszą uwagę, jest na tyle szczery i naturalny, że z miejsca potrafię uwierzyć w wyjątkowość pełnionej roli.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Film fascynuje mnie odkąd sięgam pamięcią. Każdy seans jest jak nowa przygoda, nowa podróż, która pozwala przenieść się do miejsc jeszcze nie odwiedzonych, poznać ludzi jeszcze nie poznanych, zmierzyć się z problemami jeszcze nie doświadczonymi. Każdy seans pozwala lepiej zrozumieć otaczający mnie świat, lub utwierdzić w tym co już zdążyłem zrozumieć. Szukam przesłań, tych oczywistych, bądź ukrytych w drugim dnie dzieła.
Jakub Piwoński

Strony: 1 2





  • zardoz

    Fragment o „Ewangelii…” Pasoliniego zawiera kilka nieścisłości. Pomijając uproszczenie portretu samego Pasoliniego – jego losy jako ateisty i komunisty były moim zdaniem zbyt skomplikowane, aby mu te łatki z taką niefrasobliwością przylepiać; owszem, był marksistą do końca, z partii komunistycznej go wyrzucono jeszcze przed tym, zanim przystąpił do realizacji filmu, rozumiem jednak, że autor nie miał na celu napisania eseju o nim, tak więc się trochę czepiam – niesłusznie jest mówić, że wydarzenia „ukazane są beznamiętnie”, przecież tam kipi od emocji, co podkreślają nie tylko wybitne zdjęcia Delli Colliego, eklektyczna inscenizacja, ale i sam tekst żywcem wzięty z Biblii, o którym Pasolini mówił, że żaden obraz nie odda ich majestatu. A także muzyka, która nie jest „folkowa”; to konglomerat utworów o charakterze sakralnym z różnych zakątków świata, od Bacha, przez afrykańskie pieśni, do amerykańskiego bluesa. I nie sądzę, aby obecność na watykańskiej liście był naczelnym dowodem na wielkość tego filmu. Już bardziej umieszczenie go na okładce jednego z tomów „Kina, wehikułu magicznego” przez Garbicza ;)

    • Jakub Piwoński

      Nie bardzo wiem jak mam się do tego ustosunkować. Mam wrażenie, że próbujesz udowodnić mi, że mylę się w swej ocenie filmu, a przecież umieszczając go w moim zestawieniu potwierdzam w pełni pozytywny do niego stosunek.

  • Cassel

    Widziałem kiedyś „przykazania” i Barabasza, ale najlepiej wspominam „Ben Hura”, oglądałem go raz w dzieciństwie, a niedawno miałem okazję obejrzeć go na blu i to było niezapomniane przeżycie. Film robi wrażenie w każdym calu, głównie swoim rozmachem (wyścig kwadryg wymiata), ale też i świetnie napisaną historią z iskrzącymi relacjami na linii Ben Hur-Messala. W ogóle Heston to w tym filmie bóg ekranu, mimo że nieco drętwy, zabija swoją charyzmą, tak samo zresztą jak Boyd w roli Messali. I jest jeszcze świetny szejk i jego konie – kapitalne zwierzaki. Normalnie, to jest film-potęga. A teraz w tvp leci nowy miniserial z jakimś chudym pizdusiem w roli Ben Hura. Nie skuszę się. :)

  • steppenwolf1982

    ejże, a gdzie „Ostatnie kuszenie Chrystusa”? – arcydzieło, które pod względem artystycznej odwagi i filozoficzno-moralnego ciężaru, bije na głowę każdy z wymienionych tu tytułów.

  • Jokullus

    Szkoda, że zabrakło miejsca dla filmu „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, spokojnie mógłby się znaleźć w tej dziesiątce.

    • Bozmeh

      Właśnie – „Żywot Briana” jest (zgoda, niech będzie), a „Ostatnie kuszenie…” tylko wzmiankowane? Nie tylko arcyciekawe przedstawienie historii, ale też artystycznie nieźle stoi, dobrze zagrany, wciągający. Brak tego tytułu w tym temacie to zaniedbanie, niestety :/

    • Jakub Piwoński

      Owszem mógłby, nie przeczę. Ale ja, jak wspomniałem w artykule, posiadam minimalne zastrzeżenia do sposobu ukazania Chrystusa, a jako że jest to zestawienie subiektywne, postanowiłem film Scorsese pominąć. Co oczywiście nie zmienia faktu, że go cenię.

  • steppenwolf1982

    „To była autorska myśl Gibsona, którą albo się przyjmuje i próbuje się ją zrozumieć, albo się tego nie robi i obrzuca się film błotem, za przejawy manipulacyjne” – zdanie to jest sformułowane dość tendencyjnie – to tak jakby każdy komu nie podobała się „Pasja” podchodził do filmu bezrefleksyjnie. Na mnie film zrobił wrażenie, momentami nawet wzruszył, a dla osoby wierzącej z pewnością może być rodzajem duchowego katharsis, co nie zmienia faktu, że uważam go za zwykłe religijne porno. Trudno pozostać obojętnym na widok katowanego przez 2 godziny niewinnego człowieka, kimkolwiek by nie był – Jezusem, Żydem w obozie koncentracyjnym, czy arabem w Guantanamo – współczułbym mu tak samo. Widz jest po prostu bezbronny wobec okrucieństwa Gibsona i chcąc nie chcąc poddaje się temu emocjonalnie, co wydaje mi się zwykłym żerowaniem na wrażliwości i mało wyrafinowanym stymulowaniem naszych reakcji, stąd moje porównanie do porno.

    • bobzielarz

      Co chcesz to zobaczysz, dla ciebie porno dla mnie arcydzieło.

    • Wojo

      Tylko, że katowany arab czy żyd nie zbawi tej rzeczywistości a Syn Boży tak.

      • Jakub Piwoński

        przecież to właśnie Żyd był katowany.

  • kasija

    bardzo ciekawe zestawienie, choć trochę za oczywiste. Brakuje mi takich przewrotnych tytułów, jak wspomiany tutaj „Żywot Briana”.

  • Mefisto

    Blu-ray
    gros
    Quinn
    Sidneya, Pasoliniego, Fiennesa (te cholerne apostrofy ;)
    i jeszcze jeden z podanych na pierwszej stronie roczników zgubił cyferkę ;)
    Ale tak w ogóle spoko zestawienie, choć ja tam nigdy w tego kinie nie gustowałem.

    • Jakub Piwoński

      Mefi jak zwykle czujny, dzięki.

      • Mefisto

        No, czujny, a we własnej wypowiedzi mu słowa wcina :) – bo miało być w tego typu kinie wyżej :D






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Mandela: Droga do wolności

Następny tekst

#172 - Gandalf



Strony: 1 2

OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE