CZY POLSCY REŻYSERZY ŚNIĄ O FILMACH SCI-FI? (CZĘŚĆ 3) | FILM.ORG.PL

CZY POLSCY REŻYSERZY ŚNIĄ O FILMACH SCI-FI? (CZĘŚĆ 3)








Brunon Hawryluk
20.03.2016


Strony: 1 2

Autorem artykułu jest Brunon Hawryluk.

Lata 70. polskie kino science fiction za czasów Gierka

Kiedy 20 lipca 1969 roku załoga Apollo 11 wylądowała na Księżycu, Ziemię ogarnęło gwiezdne szaleństwo. To właśnie u schyłku lat sześćdziesiątych Stanley Kubrick, w wyniku współpracy z pisarzem SF, Arthurem C. Clarkiem, nakręcił Odyseję kosmiczną. Kolejne dziesięciolecie przyniosło m.in. Mechaniczną pomarańczę tego samego reżysera oraz pozostałe świetne filmy – Bliskie spotkania trzeciego stopnia, Stalker i parę innych. Natomiast dla szerszego grona odbiorców były to początki kultowych serii sci-fi – Planeta małp, Gwiezdne wojny George’a Lucasa, Obcy – 8. pasażer Nostromo Ridleya Scotta, a także znany wcześniej z serialu Star Trek oraz mały australijski Mad Max George’a Millera z młodziutkim Melem Gibsonem.

PRZECZYTAJ O POLSKIM KINIE SF

NOWA PRZYGODA I „PÓŁKOWNIKI”

Te wszystkie produkcje (obok filmów z Brucem Lee) na długi czas odprawiły rewolwerowców z Dzikiego Zachodu z kwitkiem, wznosząc hollywoodzkie kino gatunkowe na inny poziom i zabierając nasze wyobraźnie do odległych, niesamowitych światów ze sceneriami i efektami specjalnymi wartymi wiele milionów dolarów. To właśnie wtedy filmy science fiction stały się swoistym El Dorado wielkich wytwórni, które do dziś raczą nas kontynuacjami losów rodziny Skywalkerów i załogi statku Enterprise, wprawiając internety w nieskończone wrzenie, a w dniu premiery osiągając szczyty box office. Minie pewnie jeszcze wiele, wiele lat, nim kolejne pokolenia fanów przestaną spotykać się na wirtualnej ziemi for internetowych, czy stawać w szranki do walk słownych zakrapianych ognistymi trunkami, by rozstrzygnąć, co jest lepsze – Gwiezdne wojny czy Star Trek, miecz świetlny czy fazer.

12. pirx

Kadr z filmu „Test pilota Pirxa” (1979), reż. Marek Piestrak

Polskie kino sci-fi czasów Gierka, podobnie zresztą jak innych europejskich krajów, nie mogło się w ogóle równać z rozmachem amerykańskich blockbusterów. Powodem oczywiście były pieniądze, a raczej ich brak.

Podczas gdy Hollywood od zarania napędzane było przez wolnorynkową walkę pomiędzy wielkimi wytwórniami o widzów-konsumentów, w pozostałej części świata przyjęło się (i tak jest w znacznej mierze do dziś) traktować kino głównie jako czynnik wzrostu prestiżu państwa i w celach nieco terapeutycznych – „nie jesteśmy gorsi od Amerykanów, też mamy swoje kino, nawet lepsze”.

Nie inaczej było w PRL i innych państwach bloku wschodniego – rozchodziło się głównie o politykę. Partia była w stanie dofinansować każdy niemal film, nieważne jak kosztowny, byle tylko spełniał jeden podstawowy warunek – musiał poprawnie odnosić się do komunistycznego ustroju. Cenzura bezlitośnie zasilała zbiory „półkowników”, często zabierając twórcom wiele lat ciężkiej pracy. Wystarczyło tylko nieodpowiednio ująć coś w słowa, by kazano wyciąć całe sceny, a w razie odmowy zespołów filmowych wstrzymać premierę. Swego rodzaju weteranem w tej dziedzinie był Stanisław Bareja, który po wielu latach zabawy z cenzurą w kotka i myszkę zmarł ostatecznie na zawał serca. Innym znamiennym przypadkiem są losy filmu Na srebrnym globie (1976-78; dokończony w 1987), zmarłego niedawno Andrzeja Żuławskiego, który, przez władze, kręcono z przerwami ponad dziesięć lat i w zasadzie nigdy go nie skończono (więcej o tym w części 4). Oczywiście, w latach odwilży przechodziło więcej, cenzorzy często przymykali oko, jednak przeważnie jedynym sposobem obnażenia wad systemu było ubranie fabuły w opowieść historyczną bądź fantastyczną, a szczególnie science fiction.

Z ROZMACHEM KU GWIAZDOM

I czego by nie powiedzieć złego o czasach komuny, w okresie postsocrealizmu nasi polscy filmowcy, o ile na to zasłużyli, nie mogli narzekać na hojność sponsora.

Rozmach takich filmów jak Krzyżacy, Faraon czy Potop robił ogromne wrażenie nawet na jankesach. Co z tego, że się na nich potwornie nudzili i ich nie rozumieli? Widok kilkunastotysięcznych, uposażonych armii wydawałby się nie do osiągnięcia dla nikogo spoza sypiącego dolarami Hollywood, a jednak. Za komuny po prostu wystarczyło zdobyć zgodę na przebranie kilku garnizonów stacjonujących radzieckich żołnierzy w średniowieczne fatałaszki i można było swobodnie panoramować kamerą aż po horyzont. W polskich szkołach filmowych dzisiaj opowiada się anegdoty o tym, jak wtedy dla potrzeb filmów dyplomowych studentów reżyserii specjalnie budowano domy i wspaniałe scenografie.

Kino PRL w latach siedemdziesiątych było sztuką wartą zachodu. Miało w końcu wielkie znaczenie dla społecznego morale i stricte propagandowe. Nie zostawało tam jednak dużo miejsca dla filmowców chcących kręcić fantastykę – gatunek podrzędny, bo z pozoru tylko rozrywkowy. Tych, którzy się na to decydowali, było jednak coraz więcej. Wszystko dzięki modzie na kino hollywoodzkie, rosnącej popularności literatów z Lemem na czele oraz postępom nauki.

Przypomnijmy tylko, że na przełomie czerwca i lipca 1978 roku miało miejsce niezwykłe wydarzenie, które było wówczas dla Polaków wstrząsem i wielkim powodem do dumy (i nie mam tu na myśli wyboru Wojtyły na papieża, choć konklawe odbyło się w tym samym roku, ale kilka miesięcy później). Otóż wtedy to właśnie pierwszy raz w historii Polak, Mirosław Hermaszewski, poleciał w kosmos.

Stanisław Lem

Stanisław Lem

NA UBOCZU MORALNEGO NIEPOKOJU

Lem wydaje wówczas świetne opowiadanie Kongres futurologiczny, coraz większą popularnością czytelników cieszy się Janusz A. Zajdel, który w Młodym techniku i Płomyku publikuje kolejne opowiadania o podróżach międzygwiezdnych, pisząc już po cichu pierwsze szkice swoich słynnych dystopii. Do grona polskich pisarzy sci-fi dołączają tacy twórcy jak – Marek Oramus, Wiktor Żwikiewicz, Lech Jęczmyk, Mirosław P. Jabłoński oraz Edmund Wnuk-Lipiński, który pisze Wir pamięci, pierwszą część trylogii Apostezjon, rozpoczynając tym samym, razem z Zajdlem, nurt polskiej fantastyki socjologicznej.

224876157_1024Jednak prawdziwą gwiazdą literatury SF był wtedy filozof i fizyk-samouk, Adam Wiśniewski-Snerg z fenomenalnymi powieściami Robot i Według łotra, twórca m.in. Teorii Nadistot i decentryzmu. Szerszej publiczności jego nazwisko mogło mignąć w wiadomościach przy okazji afery z filmem Matrix, w której oskarżano Wachowskich o plagiat z opowiadania Snerga pt. Anioł przemocy. Była w nim bowiem scena, w której bohaterka Lucyna budzi się ze snu i orientuje, że jest naga i znajduje się w szklanym pojemniku wypełnionym cieczą. Miły kobiecy głos Mechanizmu przeprasza ją za przerwanie iluzji „filmolosu” i obiecuje naprawić błąd, gdy Lucyna widzi jak „We wszystkich kierunkach przestrzeni poza szybami ciasnych jak trumny prostopadłościanów spoczywały postacie ludzi pogrążonych we śnie”. Czyż nie przypomina to sceny, w której Neo, po zażyciu pigułki, budzi się z Matrixa? Wachowscy jednakże nie zgodzili się z zarzutami, twierdząc, że inspirowali się takimi cyberpunkowymi autorami jak Philip K. Dick, William Gibson czy kultowym anime Ghost in the Shell (polskiego tytułu brak, w oryginale Kôkaku kidôtai).

Cóż, nie nam dziś to rozstrzygać, choć podobieństwo scen jest porażające. Miło jest czasem pomyśleć, że Hollywood zrzyna od naszych fantastów, z drugiej strony trzeba się tu ustrzec pewnego „przesadyzmu”, bo z takim podejściem łatwo można by dojść do wniosku, że wszystkie fantastyczne filmy zza oceanu są plagiatami naszych twórców. Bo u nas, przynajmniej w literaturze, wymyślono niemal wszystko. Ale… jak ponoć mawiał reżyser Na srebrnym globie, Andrzej Żuławski (uwaga): „Wspaniałe pomysły zapierdalają wszędzie dookoła, trzeba je tylko umieć złapać.” Dodam, że niekoniecznie jako pierwszy, ale tak, żeby przekonana o tym była większość widzów.

264657_0001W latach siedemdziesiątych dobrze miał się także polski komiks SF, w 1976 powstało pismo „Relax”, w którym ukazywały się obrazkowe historie rysowane m.in. przez Grzegorza Rosińskiego czy Bogusława Polcha. To właśnie tam opublikowano wkrótce pierwszy zeszyt popularnego na całym świecie Thorgala Rosińskiego. Polch z kolei był autorem rysunków serii Bogowie z kosmosu. Według Ericha von Dänikena, która sprzedała się w dwunastu językach, łącznie w ponad pięciu milionach egzemplarzy. Wielu czytelników ceniło sobie także serie zapoczątkowane we wcześniejszych dekadach – Tytus, Romek i A’Tomek oraz polski Asteriks i Obeliks, czyli Kajtek i Koko w kosmosie.

W polskim kinie SF w końcu, może nie tak kolorowo, ale również coraz ciekawiej. Dzięki rozwojowi techniki sprzętu filmowego (lżejsze kamery, lepszy dźwięk, światłoczułe taśmy) dużą popularnością cieszy się stylistyka francuskiej Nowej Fali – używanie zbliżeń (transfokatora), ostre cięcia po osi, kręcenie w plenerze. Równocześnie, jakby w kontrze do pozornie rozrywkowego kina SF, od połowy lat siedemdziesiątych powstają w Polsce filmy nazwane później Kinem moralnego niepokoju. Ale to już znana bajka.

Józef Nowak jako As w filmie „Hydrozagadka” (1970), reż. Andrzej Kondratiuk.

Józef Nowak jako As w filmie „Hydrozagadka” (1970), reż. Andrzej Kondratiuk.

NASZ SUPERBOHATER

Reżyser Andrzej Kondratiuk, po udanych debiutach fabularnych i telewizyjnych, w 1970 roku nakręcił może jeden z najgłupszych i jednocześnie najśmieszniejszych, najbardziej kultowych filmów w polskim kinie – Hydrozagadkę. Jej dialogi swego czasu znane były nawet wśród ludzi, którzy tej komedii nie widzieli. Takie teksty jak: „Język złota to jedyne esperanto”, „Ta ryba jest trochę radioaktywna” czy „To alkohol! Największa trucizna!” cytuje się do dziś, choć już nie z takim powodzeniem jak bareizmy.

Głównym bohaterem (dosłownie) jest detektyw Jan Walczak (Józef Nowak), w rzeczywistości superbohater As o nie tak bardzo nadprzyrodzonych mocach, który postanawia rozwikłać zagadkę zniknięcia wody w Warszawie podczas największych upałów. W końcu trop prowadzi do sprawców zamieszania i As musi zmierzyć się demonicznym doktorem Plamą (Zdzisław Maklakiewicz) i Maharadżą Kaburu (Roman Kłosowski).

Cały film jest utrzymany w konwencji groteski, co widać już od samej czołówki, która nie przypomina żadnej innej – zamiast typowych napisów i przewodniej muzyki, pojawia się twarz młodej Igi Cembrzyńskiej, która z wdziękiem i dowcipem, przez prawie cztery minuty, odczytuje nazwiska twórców, podrygując i terkocząc przy tym wydumaną melodię.

Mocne są także akcenty parodystyczne, szczególnie filmów akcji i komiksów o superbohaterach.

Na przykład na początku, gdy Jan Walczak zgadza się rozwiązać Hydrozagadkę i, kryjąc się za przeciwsłonecznymi okularami, prosi o dyskrecję, a zaraz potem widzimy go przylatującego w ciemnym, obcisłym stroju z peleryną, z kompletnie odsłoniętą twarzą i identyczną jasną grzywką. Podobnie kompletnie bezsensowne wydaje się zachowanie Maklakiewicza (dla wielu już na zawsze będącego inżynierem Mamoniem z Rejsu), który na powitanie Maharadży zabiera na lotnisko „karła przebranego za górala, udającego dziecko” i każdemu strażnikowi po drodze oznajmia, że w samolocie „jest wuj tego dziecka”. Bo w końcu każdy wie, że w tamtych latach pilnowano na lotniskach jak w szpitalach i gdyby nie ten fortel, z pewnością nikt by doktora Plamy nie wpuścił. Z takich właśnie absurdów i suchych żartów składa się duża część tego filmu. I choć klimatycznie może się teraz młodym kojarzyć z „klasykami” internetu w stylu „Wściekłe pięści węża” czy „Sarnie żniwo”, ma jednak swój urok i do dziś, ponad czterdzieści lat po premierze, cieszy się niesłabnącym powodzeniem wśród fanów polskiego kina. I choć nie doczekaliśmy się jeszcze na srebrnym ekranie herosa na miarę Batmana, czy Supermana, to sympatyczny, prosocjalistyczny i zawsze przestrzegający przepisów BHP, As z pewnością był wówczas naszym jedynym, godnym zaufania bohaterem.

Sygnały MMXX

Sygnały MMXX

POLAK ZNÓW W KOSMOSIE

Nasz kolejny ważny lot w kosmos odbył się – podobnie jak w przypadku Milczącej gwiazdy dekadę wcześniej – dzięki koprodukcji z NRD. Tym razem bohaterowie lecą znacznie dalej, bo aż w okolice Jowisza. Akcja filmu rozpoczyna się w połowie XXI wieku. Statek „Ikaros” przepada w tajemniczych okolicznościach, na odsiecz rusza międzynarodowa załoga „Łajki”, która otrzymuje dziwne sygnały, według załogi pochodzące od obcej cywilizacji.

Produkcja, oparta na powieści niemieckiego pisarza Carlosa Rascha pt. Łowcy asteroidów, miała być komunistyczną odpowiedzią na Odyseję kosmiczną Kubricka.

Czy jej się to udało? Cóż, na pochwałę zasługują wszelkie aspekty wizualne – a więc często nieoczywiste kadry, bujająca się i wirująca w przestrzeni kamera, szybki montaż, kostiumy, scenografia Romana Wołyńca oraz efekty. Widok Polaków ubranych w próżniowe skafandry i spacerujących w przestrzeni kosmicznej z pewnością jest wart obejrzenia. Kawał dobrej roboty odwalił również kompozytor, Karl-Ernst Sasse (poza paskudnymi fragmentami na Ziemi).

Sygnały MMXX

Sygnały MMXX

Mimo wszystkich atutów, całość prezentuje się raczej miernie. Mnogość bohaterów początkowo dezorientuje, a powolna, przegadana fabuła skutecznie nudzi, choć jest parę ciekawych momentów z dobrze zbudowanym napięciem. W obsadzie znajdziemy zarówno aktorów niemieckich, polskich, jak i serbskich oraz egipskich. W pamięć zapadają dobrze zagrane role Gojka Miticia, Helmuta Schreibera, Ireny Karel oraz Piotra Pawłowskiego wcielającego się w komendanta statku. Jednak zbytnio nie obchodzą nas ich losy, akcja wydaje się ciągnąć bohaterów, a nie odwrotnie. Największym zaś nieporozumieniem jest zakończenie – szczęśliwe i co prawda zaskakujące, jednak potwornie naiwne i czyniące oglądane przez cały film wysiłki załogi „Łajki” kompletnie bezsensownymi. Mianowicie (spoiler!) bohaterowie dowiadują się, że otrzymywane wcześniej sygnały tak naprawdę nie pochodzą od żadnej obcej cywilizacji, tylko od zaginionego statku „Ikaros”. To że na samym początku filmu „Ikaros” dostał przed katastrofą podobne sygnały schodzi na dalszy plan, najważniejsze, że Paweł odnalazł swoją Krystynę. Aż ma się ochotę krzyknąć do reżysera, żeby puknął się w łeb, bo zmarnował potencjał na niezły film. I to mimo że nie żyje już od ponad trzydziestu lat.

Brunon Hawryluk

Brunon Hawryluk

Uczył się w studium reżyserskim w Akademii Multi Art w Krakowie, absolwentwarsztatów scenariopisarskich, student Filmoznawstwa Praktycznego na WSF. Miłośnik fantastyki, szczególnie naukowej i socjologiczno-politycznej oraz kina z pogranicza metafizycznego i rozrywkowego. Za swoich mistrzów uważa m.in. Terry'ego Gilliama, Sidneya Lumeta, Milosa Formana i Piotra Szulkina. Autor opowiadań i scenariuszy.
Brunon Hawryluk

Strony: 1 2





  • Mefisto

    Dobra kolejna część, choć na początku jest trochę sprzeczności w tych opisach PRLowskiej rzeczywistości – były pieniądze, ale ich nie było, więc robiono filmy, które robiły wrażenie nawet na zachodzie, choć ten się nudził na nich :) Faktem jest, że wtedy właśnie była kasa, bo wszystko szło od państwa i Ruskich, a jedynym wyznacznikiem był po prostu brak jakiegokolwiek ataku na władzę. Przecież zarówno przywołani Krzyżacy, Faraon czy Potop nie mieli nic wspólnego z pochwałą komunizmu, a budżety mieli przeogromne (z kolei Ogniem i mieczem już nie powstało przez wzgląd na wątki polityczne). Notabene te dwa ostatnie otrzymały oscarowe nominacje, a Faraon wciąż otaczany jest kultem na całym świecie, zatem trochę na wyrost jest stwierdzenie, że „jankesi się na tym nudzili i nie rozumieli”.

  • Arek

    Jak już przedpisca stwierdził, pocztek tekstu, opisujący realia PRL jest bełkotliwym bałaganem skrótów myślowych i wierutnych bzdur. Wymaga albo czułego redaktora, albo odautorskiej refleksji i napisania od nowa.

    Z błędów faktograficznych rzucają się w oczy dwa:

    – nie byli Kajtek i Koko „polskim Asteriksem i Obeliksem”, bo byli marynarzami – co marynarze mają wspólnego z Gallami? Kajko i Kokosz, których zdaje się mieć na myśli autor urodzili się w 1972 roku, więc nie „w poprzedniej dekadzie”, jak pisze autor.

    – „wystarczyło zdobyć zgodę na przebranie kilku garnizonów stacjonujących radzieckich żołnierzy w średniowieczne fatałaszki” – niezła bzdura! Żołnierze polscy owszem, bywali przebierani, ale stacjonujące w Polsce wojska radzieckie były wyjęte spoza wszelkiej jurysdykcji, żyjąc w zamkniętych garnizonach. Autorowi chyba dzwoni, że kiedyś słyszał o słynnym pułku konnym radzieckiej wytwórni Mosfilm, który owszem, bywał przebierany i przez polskich filmowców, kręcących filmy na terenie ZSRR.

  • SoKoMoK

    Zaciekawiły mnie te „Sygnały MMXX” – może poszukam w sieci. Dziwne że nie dowiedziałem się o tym filmie wcześniej, w każdym razie podziękowania dla autora. Oglądałem kiedyś inny polsko-niemiecki film, ale chyba późniejszy niż z lat 70, niby z gatunku SF, ale całość przypominała jakąś bezsensowną papkę polegającą na „pitoleniu od rzeczy”. Rzecz była o astronaucie (Edward Żentara), który w ramach protestu nie chciał wrócić na Ziemię. Aż dziw że wymęczyłem te wypociny do końca.

    • Brunon Hawryluk

      Mówisz o filmie „Enak” Idziaka, będę o nim pisał w 5 części o latach 90 i początku XXI wieku. Mimo wszystko był to jeden z ambitniejszych filmów SF tamtych lat, szkoda, że tak trudno go obecnie znaleźć do obejrzenia. Czasem chyba leci w tv, Filmoteka ma kopię 35mm. „Sygnały…” oczywiście polecam, jako ciekawostkę.

      • SoKoMoK

        Dzięki, właśnie tytułu nie pamiętałem.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Szybcy i wściekli 7 - Prawdy objawione

Następny tekst

Sztuczne światy – MARY I MAX



Strony: 1 2

OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE