BATMAN i ROBIN. Bękart postmodernizmu. | FILM.ORG.PL

BATMAN i ROBIN. Bękart postmodernizmu








Maciej Niedźwiedzki
30.07.2014


Prawie najlepszy film na świecie

Na jakikolwiek ranking najgorszych filmów wszech czasów by nie spojrzeć Batman i Robin zawsze plasuje się na czołowych pozycjach. Wyklęty przez oddanych fanów serii o Mrocznym Rycerzu, wyśmiany przez międzynarodową krytykę, powodujący niesmak wśród przygodnych kinowych widzów. Batman i Robin to szmira stulecia, Batman i Robin to obciach, Batman i Robin to wiocha, Batman i Robin to szczytowe osiągnięcie filmowej tandety, Batman i Robin to odpust bezguścia i kino żenady. To frazesy powtarzane w kółko i bez końca. Nawet nie trzeba filmu Schumachera oglądać ponieważ z góry narzucona nam zostaje jedna interpretacja, jedna opinia. Od razu w ręce dostajemy tylko samotną zmęczoną gwiazdkę, by z jej pomocą ten film ocenić. Nikt przypadkiem, za sympatię do tego filmu, nie chce skazać się na ostracyzm ze strony kulturalnego towarzystwa. Jakiegoś filmu przecież trzeba wspólnie nienawidzić.

Spójrzmy na statystyki: rottentomaotes (11% pozytywnych recenzji), imdb (ocena 3,6), filmweb (nieco wyżej – 4,9), Roger Ebert (2/4), zestawienie czasopisma Empire (miejsce pierwsze – najgorszy film w historii), Jeremy Jahns („Dogshit”), do tego jeszcze jedenaście nominacji do Złotych Malin przyznanych przez samą branżę. Chyba nawet niepotrzebnie wymieniam tych kolejnych rozgoryczonych i zażenowanych. Niechęć do Batmana i Robina stała się niezwykle modna, a jakakolwiek łagodna ocena niemile widziana.

b

Nie chcę na siłę nikogo do tego filmu przekonywać – na zbyt wielu płaszczyznach tak bardzo przecież zawodzi. Adaptacja komiksów o Batmanie? Pała – Joel Schumacher tej konwencji nie rozumie, nie wie kim jest ta postać, nie zna świata z jakiego się wywodzi, nie obchodzą go jego legendarni przeciwnicy. Gatunkowe kino komiksowe? Pała – Schumacher zdecydowanie przesadził, jeśli to karykatura jest ona nieudolna i niezamierzona, pokraczna i niesmaczna. Kino sensacyjne? Pała – akcja przytłoczona jest przez pstrokatą tandetną scenografię, a ilość absurdalnych fabularnych rozwiązań przytłacza widza. W konfrontacji z produkcjami Burtona i Nolana Batman i Robin też jest skazany na druzgocącą porażkę.

Zaproponuję jednak, by na Batmana i Robina spojrzeć z całkowicie innej strony. Wiem, że to zadanie karkołomne, ale spróbuję film Schumachera obronić. Przedstawić nawet jako dzieło wybitne. Nie wybitnie dobre, ale wybitnie ważne. Wpisać ten obraz w zupełnie inny kulturowy kontekst. Wydaje mi się, że właśnie przez błędną gatunkową klasyfikację ten tytuł tak bardzo cierpi. To nie komiks, to nie kino gatunkowe, to nie filmowa sensacja. Na Batmana i Robina każdy jednak patrzy właśnie z takiej perspektywy. Faktycznie jest ona zdecydowanie najwygodniejsza. I jest też oczywiście słuszna. Jestem jednak przekonany, że patrząc w ten sposób na Batmana i Robina widzi się najmniej wyraźnie, jesteśmy w stanie opisać jedynie małą cząstkę tego obrazu. Całą resztę skutecznie zasłania nam szczelny mur zbudowany przez międzynarodową krytykę. Gdy jednak na niego wejdziemy to uda nam się spojrzeć na film Schumachera ze zdrowym dystansem. Odkryjemy wtedy jego niebagatelną wartość.

b

Tu nie chodzi o Batmana

Batmana i Robina należy bowiem wpisać w zupełnie inny filmowy nurt, postawić obok dzieł pozornie mu odległych. Nie mierzmy go gotycką podniosłością Powrotu Batmana, psychologiczną złożonością Mrocznego Rycerza, realizacyjną maestrią Gorączki Michaela Manna, czy egzystencjalną głębią Watchmenów Snydera, ani wiernością wobec papierowego oryginału w duchu 300. Podążając tymi ścieżkami seans Batmana i Robina zawsze skończy się takim samym rozczarowaniem.

Filmowi Schumachera znacznie bliżej do Rocky Horror Picture Show, Romeo i Julii oraz Moulin Rouge Baza Luhrmanna, Spring Breakers Harmony’ego Korine’a, estetyki proponowanej przez stację MTV w latach 90′, czy nawet filmów Pedro Almodovara. W ich towarzystwie dzieło Schumachera nabiera zupełnie innego smaku i nieoczywistego znaczenia. Nawet więcej, B&R znacznie lepiej wypada postawiony obok sztandarowych dla postmodernizmu dzieł jak Pulp Fiction i Fargo (wiem, że dla wielu to teza wręcz nie do zaakceptowania) niż pozostałych filmów z Batmanem w tytule. Język, jakim opowiada Schumacher, jest tak naprawdę bliższy tym używanym przez Quentina Tarantino i braci Coen. Oczywiście nie chodzi mi tu o intertekstualność tak ukochaną przez współczesnych twórców. Choć również w Batmanie i Robinie możemy odnaleźć delikatne odwołania do Frankensteina czy Parku Jurajskiego. Głównie chodzi o oparcie się na przesadzie i wyolbrzymieniu, eksperymentowanie z estetyką kiczu oraz zanegowaniem sztuki filmowej jako reprezentanta kultury wysokiej i oddaniem się tworzeniu kina dla mas.

arnold-schwarzenegger-mr.-freeze-batman-and-robin-1997-movie

Zdaje sobie sprawę, że film Schumachera nie jest filmem powstałym do końca świadomie, wiele elementów wymknęło się spod kontroli, jeszcze więcej powstało przypadkiem zrodzonych przez reżyserską niekompetencję. To wszystko jednak sprawia, że wiele cech typowych postmodernizmowi w Batmanie i Robinie widać jeszcze wyraźniej, zdają się być jeszcze jaskrawsze. Przekraczając granice złego smaku, logiki i sensu film Schumachera obrazuje to na czym kino współczesne żeruje. Zawiera w sobie to wokół czego wiele współczesnych filmowych narracji jest skonstruowanych. Sequel Batman Forever jest nieodrodnym dzieckiem sztuki postmodernizmu. W skondensowanej ilości opakowanej pokraczną formą gromadzi w sobie wszystko, za co inni dostają Oscary i Złote Palmy.

Nie potrafię zrozumieć dlaczego, ledwie rok młodszy, Romeo i Julia spotkał się z tak entuzjastycznym przyjęciem. I tam przecież zmielone zostają teledyskowy montaż, neonowe światło i cukierkowa scenografia. W obu filmach estetyka kiczu/kampu zniewala filmową przestrzeń. Każdy pojawiający się na ekranie obiekt jest równie przejaskrawiony i przestylizowany. Każdy przedmiot jest dla operatora fetyszem. W wypadku filmu reżysera Wielkiego Gatsby’ego nikomu nie przeszkodziło, że Mercutio nie tylko zmienił kolor skóry, ale również przemienił się w zaangażowaną drag queen. To przecież całkowicie wywrotowe, dekonstrukcyjne podejście względem oryginalnego tekstu dramatu. Nie wiem jak zareagowałaby na taką wizję XVI wieczna publiczność – i ta, która w późniejszych wiekach wyniosła Szekspira na sam szczyt kultury wysokiej. Przypuszczam jednak, że zaczęłoby się od tego, że Teatr Globe spłonąłby kilkanaście lat wcześniej.

b

Jednak falę oburzenia wywołały dopiero sutki na strojach superbohaterów (obecne swoją drogą już w części poprzedniej). Dopiero ten element kostiumu doprowadził do ostatecznej kompromitacji Człowieka-Nietoperza. To od niego zazwyczaj rozpoczyna się dyskusja na temat filmu Schumachera. W jej trakcie ten sutek rośnie do niebotycznych rozmiarów zasłaniając sobą wszystko. Nie wiem więc w czym dokładnie tkwi przewaga Romeo i Julii. Czy w tym, że za nim stoi ten gigantyczny genialny Szekspir i wygłaszający go linijka po linijce bohaterowie, w momencie gdy B&R swe źródła czerpie z błahego popkulturowego wytworu dla analfabetów. Choć wydaje mi się, że żyjemy w epoce gdy komiks już dawno został zrehabilitowany. Stał się dumnie brzmiącą „powieścią graficzną”.

Dlaczego w Spring Breakers nikomu nie przeszkadza scena, w której Alien na białym fortepianie gra Everytime z wtórującymi nastolatkami uzbrojonymi po zęby – a wszystko na tle zachodu słońca rodem z turystycznych widokówek. Korine eksploruje przecież dokładnie te same obszary filmowej tandety co Schumacher u siebie. Tylko w wypadku Spring Breakers potrafimy sobie wytłumaczyć, że jest to celowy i całkowicie świadomy artystyczny zabieg. Batmana i Robina oceniamy zawsze tylko i wyłącznie w obrębie jego filmowego świata. W jego przypadku, wyjątkowo nie potrafimy wyjść poza to jarmarczne landrynkowe i przesłodzone filmowe uniwersum. Jestem pewien, że gdyby pod tym filmem jako autor podpisany był choćby Robert Rodriguez, to jego ocena podskoczyłaby wyraźnie do góry. Film stałby się wtedy kultowym guilty pleasure. Jednak my nie chcemy się w obrębie tego świata poruszać, nie chcemy go poznać.

b

Film Schumachera jest też idealnym i jednocześnie najbardziej radykalnym przykładem tego jak twórcy filmowi nagle zaczęli otaczający świat interpretować i stwarzać go dla nas w kolejnych produkcjach: opierając się na wyolbrzymieniu, pastiszu, fasadowości i wielowymiarowej karykaturze – nie tylko funkcji filmowego medium, ale także bohaterów i samej tożsamości kultury, która przestaje być autorytetem i spoglądać z góry na swojego odbiorcę. Teraz to my – czytelnicy, widzowie i słuchacze – stwarzamy sobie tekst, obraz i dźwięk. Autor podaje nam jedynie składniki, z pomocą których sami gotujemy sobie ciasto. Wiem, że w przypadku Batmana i Robina to głównie same odpadki, ale i z nich da się sporządzić smakowity kąsek.

Batqueer i parada konwencji

Oczywiście Batmana i Robina bez problemu można wpisać w narracje kina queer i kina LGBT. Seksualna preferencje bohaterów rzecz jasna nam w tym nie pomagają: Bruce Wayne ma u boku kolejną narzeczoną, Robin ugania się za Kobietą – Bluszcz. W filmie Schumachera – skądinąd homoseksualisty – ta obyczajowa odwaga objawia się na innej płaszczyźnie. W żadnej innej adaptacji komiksu ciało nie było tak eksponowane. Częste zbliżenia na uda, pośladki, biust nadają temu filmowi mocno erotyczne zabarwienie. Wyeksponowanie na stroju sutków sprawia nie tylko, że superbohaterowie przypominają antyczne rzeźby, ale głównie zaznacza, że te postaci są tak na prawdę nagie. Ciało staje się głównym bohaterem.

b

Batmanie i Robinie kostium przestaje pełnić funkcję zbroi czy kamuflażu. On ma przyciągnąć uwagę, wzbudzać zachwyt a nie strach. Ma podniecać – z jednej strony nas-widzów, a z drugiej filmowych przeciwników.  Bruce Wayne nie ma skrupułów, by przyjść w stroju Batmana na dobroczynny bal. Przez to drastycznie zrywa z aurą tajemnicy od zawsze otaczającą tą postać, sprawia, że Człowiek Nietoperz przeistoczył się w obiekt seksualnych westchnień i erotycznych marzeń kobiet stłoczonych pod sceną. Nie jest już po pierwsze bohaterem, ale głównie lokalną maskotką.

Superbohaterski komiks – traktujący w zdecydowanej większości o światach zaludnionych przez mężczyzn, w którym to tylko oni są postaciami decyzyjnymi, to tylko między nimi może dojść do konfliktu (na płaszczyźnie fizycznej oraz intelektualnej) – zostaje przefiltrowany przez zupełnie nieznaną temu światu wrażliwość. Tak jak Jim Sharman w Rocky Horror Picture Show dokonał kreatywnej reinterpretacji postaci Wiktora Frankensteina. Reżyser przemienił go w transwestytę: wcisnął go w wyzywający gorset, na stopy nałożył mi szpilki, a twarz ozdobił agresywnym kolorystycznie makijażem.

Schumacher zrobił to samo narzucając wywrotowe estetycznie ramy na podniosłe zanurzone w deszczu i mgle uniwersum Batmana. W wypadku historii o mścicielu z Gotham oczywiście nie funkcjonuje to tak sprawnie jak w filmie o doktorze Frank N. Furterze, ale mimo to możemy przyjrzeć się agresywnemu zderzeniu dwóch całkowicie sprzecznych stylistycznie wizji. Obie te konwencje żrą się ze sobą i siebie zwalczają. 

b

Schumacher zderzył ze sobą również dwa skrajne estetyczne porządki. Zdaje sobie sprawę, że doszło do tego przypadkowo, ale w ten sam sposób jak poprzednio wzmacnia i eksponuje to cechy ówczesnej kultury masowej, która z rodzinnych tragedii robiła komercyjny spektakl, a z upadłego pokolenia prostaków bohaterów. Reżyser Telefonu sięgnął więc po mroczną, poważną i dekadencką z ducha, opowieść o legendarnym Batmanie i wplątał ją w stylistykę jarmarcznej zabawy. Półmrok, cień, szarość i deszcz zastąpił jaskrawą paletą barw i tandetnymi fajerwerkami, dramat zamienił w dziecinną ciuciubabkę, a sensacyjną akcję w farsę napędzaną morzem idiotyzmów. Joel Schumacher wywrócił konserwatywną ideologicznie narrację do góry nogami.

Zapraszam na czerwony dywan

Joel Schumacher dobrnął swoim filmem nad samą przepaść amerykańskiego mainstreamu, doszedł do nieosiągalnej dla innych granicy. To też niewątpliwie fenomen – wzorowy przykład jak kina robić się nie powinno. Batman i Robin to film, który był zbawienną lewatywą dla całej branży. Dzięki niemu w Hollywood zaczęły powstawać filmy lepsze: bardziej świadome samych siebie i świadome oczekiwań widzów.

b

W tekście starałem się nie wkraczać na terytorium recenzji i nie używać jej języka. Na jej polu film Schumachera już dawno został znokautowany. Obecnie boleśnie pobity ukrywa się w najciemniejszym kącie wielopiętrowego gmachu kultury masowej.

Jednak ja zaryzykuję przyznać mu dziesięć gwiazdek, pomogę mu wyjść z cienia. Niech choćby przez moment poczuje się jak Ojciec Chrzestny, Tron we krwi, Ziemia Obiecana czy Osiem i pół. Bo Historii Kina nie tworzą przecież wyłącznie dzieła wybitne i wielkie. Nie chodzi też o to, by filmami budować kolejne rankingi “najgorszych i najlepszych”, ale by prowokowały do rozmowy. Bez niej nawet największy film, hucznie ochrzczony mianem “arcydzieła”, przestaje cokolwiek znaczyć.

Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki

W KMF od 2013 roku. Uwielbiam filmy Martina Scorsese i animacje Pixara. Interesują mnie europejskie filmy festiwalowe, animacje z całego świata i oczywiście wysokobudżetowe filmy amerykańskie (wyłączając produkcje Marvela, których nie lubię i nie rozumiem). Trzy najlepsze filmy w historii kina to "Ojciec Chrzestny II", "Brokeback Mountain" i "Wściekły byk".
Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • m

    To dosć ciekawe, jak wiele zdań tego tekstu mogłoby dotyczyć któregokolwiek filmu. Tak naprawdę, poza samą pochwałą brzydoty, nie ma tu zbyt wiele treści. Absolutnie każdy zły film można pochwalić za to, że „dzięki niemu inne filmy są lepsze”. Bardzo wiele obrazów można dopasować do tezy postmodernistycznej dekonstrukcji tekstów kultury. Nie dlatego, że są samoświadome (Tarantino czy Korine), ale dlatego, że opierają się na archetypach sprowadzonych do poziomu rynsztoka.

    Zatem, tak dla zabawy:

    „Zdaje sobie sprawę, że film „Jak pozbyć się cellulitu” nie jest filmem powstałym do końca świadomie, wiele elementów wymknęło się spod kontroli, jeszcze więcej powstało przypadkiem zrodzonych przez reżyserską niekompetencję. To wszystko jednak sprawia, że wiele cech typowych postmodernizmowi w tej produkcji widać jeszcze wyraźniej, zdają się być jeszcze jaskrawsze. Przekraczając granice złego smaku, logiki i sensu film Saramonowicza obrazuje to na czym kino współczesne żeruje. Zawiera w sobie to wokół czego wiele współczesnych filmowych narracji jest skonstruowanych. „Jak pozbyć się cellulitu” jest nieodrodnym dzieckiem sztuki postmodernizmu. W skondensowanej ilości opakowanej pokraczną formą gromadzi w sobie wszystko, za co inni dostają Oscary i Złote Palmy.”

    I nie chodzi tu o „hejt dla hejtu”. Nie chodzi też o zawiedzione nadzieje. Chodzi o niezrozumienie języka filmowego, fatalnie napisane sceny i postacie. Karykatura nie nabiera tu publicystycznego sensu – oznacza beztreściowe przejaskrawienie przez brak refleksji. Dlatego „Batman i Robin” nie nabiera ciężaru, jaki stara się mu nadać autor – istotnie, czasami autor „niechcący” tworzy dzieło, któremu później dopiero nadajemy jego cechy, np. dzięki wyjątkowemu kontekstowi. Ale „Batman i Robin” nie jest chyba takim przypadkiem.

  • Robert

    Po Masce kolejny grafomański tekst, który ma na celu utrzymać ludzi na KMF, mimo iż strona umiera, a artykuły są pisane późno, na kolanie, byle jak, a na forum panuje wszechobecny dekadentyzm, jakby to ujęli jego kulturalni userzy – rozpierdol.
    Wstyd,że takie miejsca jeszcze w internecie istnieją

    • vendigo

      WYPIE… za tem panie robercie…

      • Robert

        Zrobię, co będę chciał i trzymaj pan jadaczkę na wodzy

        • vendigo

          to chcij pan wypie… panie robercie…

          • Robert

            Dlaczego mam chcieć? Bo wyraziłem odmienne zdanie niż ty? Dlatego traktujesz mnie jak chama, bo nazwałem chamstwo po imieniu?

    • nie rozumiem więc po co tu zaglądasz. idź sobie w swoją stronę i nie truj publicznie.

      • Robert

        Nie rozumiem po co odpisujesz? Skoro nie zgadasz się z moim poglądem to spoko, ale z jakiego powodu mnie wyganiasz?

  • Nox

    Niezły tekst. Prawdą jest, że w ramach kina campowego, guilty pleasure i filmów tak złych, że aż dobrych, B&R da się wybronić. Kto wie, może rzeczywiście przejdzie do historii kina, jako konkurent/następca „Planu 9 z kosmosu”. Z pewnością jest to film, który zmienił gatunek superbohaterski. To po tym, gdy Schumacher dotarł w przestylizowaniu do granic absurdu, twórcy zaczęli poszukiwać innej drogi, odpowiedniej dla medium filmowego. Co do eksponowania ciała, to chyba jednak 300 wygrywa. Swoją drogą, polecam recenzję B&R autorstwa Zygmunta Kałużyńskiego pt. „Batman kontra Szwarcy”.

  • Mefisto

    Eeee, nie. Trochę się Maćku zapędziłeś. Przede wszystkim film jest, o dziwo, dziś kultowym guilty pleasure. Poza tym, o czym zdajesz się zapominać, to sequel do Batmana Forever, a więc rzeczony kicz i postmodernizm był już obecny wcześniej, a tu po prostu został wyolbrzymiony do niebotycznych rozmiarów (sam reżyser zresztą swierdził, że mocno przesadził, a to wszystko aprobowali wszak producenci), które sprawiają, że film jest po prostu zły i kropka. Dziwisz się, że nikt nie przyczepia się do R&J, tyle tylko, że tam jest to naprawdę świadomy zabieg, który w dodatku nie jest jedynie pustą gierką z widzem – on działa, on ma sens, on wnosi coś do historii, a nie sprawia wrażenie cyrku. No i w końcu czy dzięki niemu zaczęły powstawać filmy lepsze? Raczej nie. A nawet wręcz przeciwnie, bo co by jednak o B&R nie mówić, to sprawia on frajdę (choć przydaje się w niej alkohol i jest to frajda inna, niż założyli sobie twórcy) i nie napina pośladów udając coś innego, czym jest – stanowi więc przeciwstawność do napuszonych nolanowskich pierdół, które im bliżej końca, tym większy ból sprawiają swoim pseudo-realizmem i ważkimi słowami, jakie rozbijają się o mur idiotyzmów, które nie są dalekie od patentów użytych w B&R. Z dwojga złego wolę więc chyba B&R właśnie :)

    P.S. I co ma do tego Gorączka????

    • Maciej Niedźwiedzki

      hej, „Gorączkę” przytoczyłem jako wzorcowy pod względem realizacyjnym przykład kina sensacyjnego Oczywiście film Manna to znacznie więcej, ale chodziło mi tylko o tą płaszczyznę. A przecież każdy film o Batmanie ma ambicje być świetnym filmem tego rodzaju.

      Spodziewałem się w sumie komentarza w tym tonie, co Twój Mefisto. I problem, który poruszyłeś właśnie jest jednym z najciekawszych jakie prowokuje skonfrontowanie ze sobą „Romeo&Julii”, „Spring Breakers” i „Batmana i Robina”. Bo w tych filmach ogromnie ważną rolę pełni widz, który sam musi nadać filmowi odpowiednie znaczenie.

      Oczywiście z Batmanem idzie nieco toporniej, ale wystarczy się nastawić i wyrwać ten film z narzucającego się kontekstu, by ten film wiele zyskał. Nie chcę potem tego wartościować: „tu to działa lepiej”, „tam gorzej” – bo to takie puste hasła. Jest to po prostu dość zjawisko, które uznałem za zlekceważone.

      Uważasz, że po B&R kino podupadło? Wydaje mi się, że jednak nie. Filmy z postaciami z komiksów na pewno obecnie mają dość sporo do zaoferowania. Czy może chodzi Ci o porównanie kina lat 90′ i kina XXI wieku? To jeżeli Twoje pytanie ma tak szeroki zasięg to nie wiem, czy nie wymaga on osobnego artykułu, albo osobnego tematu na naszym świetnym forum (sorry Robert, ale tu się straszliwie pomyliłeś).

      • Mefisto

        Nie mówię, że upadło, tylko, że filmy wcale nie stały się lepsze, jak raczysz sugerować. Tak, gatunek kina superbohaterskiego zyskał nieco mroczniejszy, bardziej realistyczniejszy wygląd, ale raz, że już wcześniej powstawały podobne filmy (Darkman na przykład), a dwa, że minęło trochę czasu, zanim do tego doszło i B&R w swej rozkrzyczanej formie niewiele do tego wniósł, bo zaczątków takiego podejścia trzeba doszukiwać się gdzie indziej (chociażby w sukcesie nowego Bourne’a). O tym, że za tym mrokiem i realistyką często nie idzie rozum nie wspominam. A i też po tej zmianie zdarzają się podobne do B&R dziwadła (Zielona Latarnia co by daleko nie szukać).

        Poza tym dalej nie rozumiesz. Z Batmanem nie idzie toporniej, bo to jest po prostu złe kino, głupie (nawet jeśli przez to fajne w jakiś sposób) i wszelka postmoderna jest dziełem przypadku oraz braku umiaru (jak to w każdym sequelu, było wszystkiego więcej, więcej, więcej – wszak wszystkie zalążki idiotyzmów mogliśmy w znacznie bardziej stonowanej formie obejrzeć już w Forever), a nie niezrozumienia „dzieła” i wygórowanych oczekiwań widza. Tymczasem w R+J jest to samoświadoma stylistyka, którą widz może kupić lub nie, ale nie musi jej nadawać na znaczeniu, jak próbujesz to zrobić z Batmanem, gdyż ono już tam jest, reżyser już je tam umieścił. O Spring Breakers się nie wypowiadam, bo nie widziałem, ale podjerzewam, że jest podobnie, skoro odnosi się on do starszego o dwie dekady względem R+J pokolenia – a to, jak wiemy, jest jeszcze bardziej przeszyte popkulturową papką dla mas (co wszak idealnie odzwierciedla już ścieżka dźwiękowa – pusta w porównaniu z muzyką z R+J, oparta o typowe „umc-umc”).

        Natomiast sama Gorączka byłaby dobrym przykładem, ale w analizie wzorowanego nań świata Nolana, a nie rozkrzyczanego kina stricte rozrywkowego o facetach w trykotach. Zdaje mi się przy tym, że mylisz też kino sensacyjne (jakim jest Heat) z kinem akcji (którego elementy są w każdym Batmanie). A to bardzo odmienne od siebie gatunki.

        A w kwestii komiksowej postmoderny i formy fascynującej samej w sobie polecam mocno niedocenianego Dicka Tracy czy też, mniej udane Cool World z Bradem Pittem.

  • Robert

    Mała pomyłka – Roger Ebert dał temu filmowi 2 na 4 gwiazdki.

    • Maciej Niedźwiedzki

      dzięki za uwagę:) już poprawione.

  • LeChimp

    Schumacher zagadnięty prywatnie na Camerimage w 2012 roku na temat B&R odparł: „każdy kto mnie pyta o ten film, próbuje go jakoś bronić, podczas gdy ja naprawdę zdaję sobie sprawę z tego, że jest absolutnie beznadziejny i nie zasługuje na obronę”.

  • Paweł Kędziora

    Nie wiem, czy ktoś w komentarzach już wydał podobną opinię, ale napiszę to. Ja potrafiłem choćby w malutkim stopniu docenić ten film tylko i wyłącznie kiedy uświadomiłem sobie, że jest to film skierowany do… dzieci. Totalnie! Mój sześcioletni siostrzeniec bawił się na nim jak nigdy, i wtedy zobaczyłem, że tutaj ten obraz ma jakąkolwiek wartość. Chciałem małego zaznajomić ze światem batmana, ale ze wszystkich filmów u mnie na półce (a mam praktycznie wszystko o mrocznym rycerzu) tylko ten się nadawał. Nolan przekombinowany, Burton za straszny (i momentami wulgarny) więc co? Tylko Batman i Robin. Jeśli postawimy ten film obok animacji i żółwi ninja… wyśmienity.

    • LeChimp

      I tak też, przypuszczalnie dla ratowania pieniędzy, został u nas potraktowany, skoro stworzono dla niego ścieżkę dubbingową (wtedy to tylko animacje i filmy stricte dla dzieci miały szansę na taki luksus). Dubbing ów jest straszny, ale polecam takową wersję późną nocą, w większym gronie, nie do końca trzeźwym. Śmiechawa większa niż podczas seansu „Zabójczych Ryjówek”.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Dzikie historie - oficjalny zwiastun

Następny tekst

Najnowszy zwiastun INTERSTELLAR Nolana



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE