Apetyty filmowe, czyli jedzenie w kinie | FILM.ORG.PL

Apetyty filmowe, czyli jedzenie w kinie








Jan Dąbrowski
17.08.2014


pulp-fiction-big-kahuna-burger

W zdecydowanej większości lubimy jedzenie. Biorąc pod uwagę ramówki popularnych kanałów telewizyjnych jest to wręcz nasza pasja (zaraz po tańczeniu/śpiewaniu/skakaniu na lodzie). Regularnie poznajemy różne dania regionalne podróżując z Robertem Makłowiczem, kiwamy głowami śledząc kulinarne poczynania Magdy Gessler, Karola Okrasy, czy Pascala Brodnickiego. Na światowym polu rzecz jasna Gordon Ramsey, czy Jamie Oliver. A to tylko najpopularniejsze spośród wielu nazwisk znanych z tych, czy innych mediów. Ogólnopolski festiwal Lato z Radiem zasłynął tym, że w każdym mieście festiwalowy kucharz przyrządzał popularne, „swojskie” danie (typu bigos/grochowa) w olbrzymich rozmiarów naczyniu. Było to nie tylko gotowanie widowiskowe, ale też sycące całe rzesze bywalców owej imprezy. Na Woodstocku w Kostrznie nad Odrą dla niektórych niepisaną tradycją jest wizyta w kuchni Kryszny.

Każdemu większemu zgromadzeniu towarzyszy – lepszy, lub gorszy – bufet. Przechadzając się ulicami miast nie sposób przeoczyć szyldy i neony nowootwartych lokali. Jeśli znajdzie się ktoś, komu nie odpowiada włoska pizza spaghetti lub lasagne – w zasięgu ręki jest szereg lokali oferujących kuchnię orientalną, gruzińskie lawasze, wegetariańskie kotlety z soczewicy, humusy lub wszelkiej maści sałatki – każdy, o ile nie jest dotknięty jadłowstrętem, znajdzie coś dla siebie. O jedzeniu/przy jedzeniu dobrze się rozmawia, a samo w sobie może być niewymagającym, wręcz przemysłowym fast foodem, lub sztuką niemal wysoką (czego dowodem jest niemal stuletnia i ponad tysiącstronicowa Larousse Gastronomique).

X Muza rozpanoszyła się bezczelnie wśród starszych koleżanek podkradając to tu, to tam, po trochu od każdej. Od ludzi też kradnie, ale wszystkie te młodzieńcze wybryki można jej wybaczyć – wszak efekt końcowy często bywa nadzwyczaj udany. Obecność jedzenia i sztuki kulinarnej w kinie obecna jest na wiele sposobów, czasem świadomie i celowo, czasem jedynie jako smaczny dodatek do dialogów. Jako, że tematu nie sposób wyczerpać, niniejszy tekst jest jedynie wyborem dzieł filmowych, w których treść wpisane jest jedzenie, lub wręcz stanowi ono siłę sprawczą utworu.

Nie chcąc psuć zabawy osobom, które danego filmu nie widziały, staram się zdradzać jak najmniej istotnych fabularnie elementów skupiając się jedynie na – szeroko pojętych –  kwestiach kulinarnych.

Życzę smacznego, każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Uczta Babette

Mała, pogrążona w ascetycznej religii wieś w Danii, XIXw. Przewodniczący zgromadzeniu pastor umiera, a jego dwie córki przejmują obowiązki prowadząc wspólnotę przez wiele lat po jego śmierci. W to pełne trudów i ascezy miejsce trafia paryżanka Babette, która chce zamieszkać z siostrami i pełnić u nich służbę. Tak też się staje, Babette uczy się surowego i prostego życia mieszkańców wsi, ich zwyczajów i prymitywnej, skromnej kuchni. Mijają lata. Na zbliżającą się setną rocznicę urodzin zmarłego pastora Babette zwraca się do sióstr z prośbą – chce zorganizować dla całej wspólnoty wykwintny, francuski obiad. Organizacja tego wydarzenia jak i ono samo stanie się czymś więcej, jak tylko świątecznym posiłkiem.

Francuski obiad odbywa się dopiero w trzecim akcie filmu, co buduje odpowiedni kontrast między prymitywnymi posiłkami mieszkańców wsi a przepychem i różnorodnością tytułowej uczty. Babette sprowadza wszystkie składniki z Francji, do transportu i przygotowania obiadu angażuje mieszkańców. Obecność niespotykanych na co dzień kulinarnych składników – ogromnego żółwia na zupę, egzotyczny drób, etc – budzi w siostrach i całej ich trzódce niepokój. W miejscu prostych drewnianych, glinianych i blaszanych naczyń goście zasiadają przy stole z pełnym porcelanowym serwisem obiadowym, stół udekorowany jest srebrnymi lichtarzami, przy każdym miejscu znajduje się fantazyjnie złożona serweta i zestaw pięknych sztućców. Na rozgrzanie kieliszek sherry, a potem zupa żółwiowa, bliny, przepiórki w „sarkofagach”z ciasta, później różnorodne ciasta, owoce, etc – do każdego elementu osobny gatunek trunku. Do deseru filiżanka czarnej kawy. Ekspozycja tego bogatego menu sama w sobie jest ucztą, także mieszkańcy – mimo początkowej niechęci i obawom – z każdym daniem przekonują się do tych „zbytków” i zaczynają rozsmakowywać się w serwowanych potrawach. Jedynym gościem zachwyconym od początku jest osoba z zewnątrz zgromadzenia, generał Lorenc (dawny znajomy sióstr). Jego komentarze dodatkowo rozbudzają tłumiony entuzjazm reszty. Ów francuski obiad ma tu wymiar symboliczny. Jego przebieg ilustruje bowiem zaściankowy strach przed wszystkim, co obce, nieznane. Negatywne nastawienie członków wspólnoty obnaża najgorsze wady zamkniętych społeczności – brak tolerancji i pychę. Poznając nowe smaki mieszkańcy wsi poszerzają nieco swoje horyzonty.

Tost

Ekranizacja autobiografii Nigela Slatera – autora książek kucharskich, twórcy programów telewizyjnych i radiowych, publikującego w prasie artykuły kulinarne.

Wielka Brytania, lata 60. Nigel (Freddy Highmore) to chłopiec, którego matka nie ma pojęcia o gotowaniu. Każda jej kulinarna wpadka kończy się wypowiedzianym z rezygnacją: „Może zrobię tosty”. O ile ojcu Nigela to nie przeszkadza, a sam chłopiec też uwielbia tosty – chciałby spróbować czegoś innego. Z jakiegoś powodu zabrania się mu jeść świeżych warzyw i owoców, oraz „plebejskich” potraw, takich jak pasztet. Mając świadomość, że bardziej złożone posiłki są poza zasięgiem kulinarnych umiejętności matki, sam próbuje swoich sił. Początkowo jego próby nie są traktowane poważnie, lub wręcz potepiane. Z czasem jednak sytuacja rodzinna zmienia się, a Nigel powoli dorasta. Zajęcia kulinarne oraz obecność w domu zaradnej gosposi, pani Potter (Helena Bonham Carter) zmienią nieco sytuację. Obrotna gosposia jest niezwykle zdolną, lecz zaborczą panią domu – będzie to dodatkowa motywacja dla Nigela, by dokształcać się w sztuce gotowania.

Siła tego filmu tkwi w lekkości przedstawienia rodzinnych dramatów, a gotowanie staje się zależnie od potrzeb: ucieczką przed problemami, a z czasem sposobem na nie. Przez ekran przetaczają się napakowane jedzeniem talerze pani Potter, wymyślne ciasta, sycące obiady – zarówno ekspozycja jak i montaż zasługują tu na uwagę. Kością niezgody między panią Potter a Nigelem okazuje się beza cytrynowa – która wygląda przesmakowicie. W tym filmie jedzenie staje się nie tylko wypadkową pasji bohatera, lecz także mięsem armatnim.

Super Size Me

Wszechobecne fast foody okazały się w pewnym momencie problematyczne dla Amerykanów. Dostępność, niska cena, szeroko zakrojone kampanie reklamowe, duży wybór sieci – nie pozostało bez wpływu na plagę otyłości, także u dzieci. Morgan Spurlock postanawia przejść na miesięczną dietę składającą się wyłącznie z tego, co zaserwuje mu obsługa McDonalds. Przed, po i w trakcie eksperymentu przechodzi kontrole lekarskie, które ilustrują postępujące spustoszenie w jego organizmie. Poczynania bohatera przeplatane są wypowiedziami lekarzy, nauczycieli i bywalców fast foodów. W Super Size Me pożywienie Morgana jest – celowo, rzecz jasna – pokazane z jak najgorszej strony. Naszpikowane tłuszczem i cukrem, pozbawione wartości odżywczych i jałowe w smaku. Obecnie nawet w McDonalds można nabyć jabłko, sałatkę, etc – podczas powstawania filmu Spurlocka takich prozdrowotnych rarytasów w fast foodach nie było. Film nie jest w żadnym stopniu odkrywczy, lecz tak przedstawiona seria scen pożywiania się potrafi skutecznie skłonić do rezygnacji z najsmaczniejszego nawet Big Maca. Pokarm bohatera: frytki, hamburgery, nuggetsy zapijane olbrzymią ilością coca-coli staje się czymś obrzydliwym – sceny posiłków zamiast rozbudzać apetyt odpychają, w pewnym momencie zaczynamy współczuć Morganowi. Zrealizowany dziesięć lat temu film dziś robi już mniejsze wrażenia (jest też nieco stronniczy), zmieniły się także realia i świadomość społeczeństwa. Niemniej jednak obleśne i jałowe fast foody z Super Size Me stanowią wyjątkowo przykry obrazek.

Wielkie żarcie

Czterech zamożnych mężczyzn: przedsiębiorca, szef kuchni, sędzia i pilot wojskowy spotykają się, by w podmiejskiej willi otoczeni zbytkami umrzeć…. z przejedzenia. Sprowadzają do kuchni ogromne ilości produktów i raczą się kilka dni wykwintnymi potrawami w towarzystwie prostytutek i nauczycielki (ochotniczki). Sam pomysł i dziś budzi kontrowersje – oraz skojarzenia z innym filmem o czterech możnych panach, którzy zamykają się w dużym domu: Salo, czyli 120 dni Sodomy. Podobieństwo wynika z destruktywnych motywacji postaci oraz braku zahamowań. Mimo to Wielkie żarcie jest mniej drastyczne w odbiorze.

Zebrani goście mają swoje motywacje, a zamiłowanie do jedzenia stanowi kolejny atut wydarzenia. Jako, że jeden z nich jest szefem kuchni, wybór i przygotowanie tego osobliwego „narzędzia zbrodni” także jest prima sort. Ciężarówka zwierzyny: dziczyzny, wieprzowiny i drobiu, wszystko najwyższej jakości. Do tego przyprawy, warzywa i owoce, mnóstwo deserów i ciast, oraz dobry alkohol. Na omawianiu, przyrządzaniu i konsumpcji spędzają większość czasu – a dania rzeczywiście są zróżnicowane. Wspomniane mięsiwa panowie przegryzają plackami, makaronami, sałatkami, pieczywem – istna orgie kulinarna (choć nie tylko). W pewnym momencie w części bohaterów obudzi się sprzeciw, lecz w gruncie rzeczy wszyscy dążą do tego samego. Potrawy w filmie nie prezentują się szczególnie atrakcyjnie – nie jest to kwestia przypadku, lecz wskazuje na cel. Pożywienie stanowi tu metodę destrukcji, w dodatku świadomą i celową. I o wiele bardziej dosłowną niż choćby w Super Size Me.

poster-de-ratatouilleRatatuj

Szczur w kuchni. Nie jakiś szczur – Remy. W przeciwieństwie do reszty swojego stada ma on ogromną wrażliwość na smaki i aromaty. Jako jedyny też postrzega jedzenie jako coś więcej, niż paliwo potrzebne do życia. Zakradając się do pobliskiej kuchni podjada czasami co nieco, a także śledzi w telewizji program kucharza Gusteau – który odkrywa przed nim kulinarny świat. W wyniku niefortunnego zbiegu okoliczności Remy oddziela się od stada i trafia na paryski bruk. Wiedziony śladami trafia na zaplecze podupadłej obecnie restauracji swojego guru. Przy pomocy świeżo przyjętego pomywacza próbuje swoich sił w prawdziwej kuchni.

Choć animowane, przewijające się przez film potrawy wyglądają smakowicie, jedzenia jest dużo od początku do końca seansu. Najpierw jest to obiekt pożądania Remy’ego, więc jest należycie wyeksponowane i barwnie kontrastuje z resztkami, którymi zadowala się reszta stada. W restauracyjnej kuchni bogactwo potraw wręcz wylewa się z ekranu. Wszystko niemal pachnie jak prawdziwe, rzecz jasna dzięki pracy grafików, a francuskie bagietki należycie chrupią – dzięki staranności dźwiękowców. Iluzja zbudowana przez kombajn Disney/Pixar jest bardzo przyjemna w odbiorze. Jak zwykle pouczająca i jak zwykle z morałem – historia małego kucharza zaostrza apetyt na długo przed pojawieniem się potrawy tytułowej. Nasycone barwami owoce i warzywa, lśniąca oliwa i sosy, parujące mięsa – choć z pikseli zamiast białka – wiarygodnie pobudzają kubki smakowe. Iluzja magików animacji działa na umysł, zwłaszcza w takim natężeniu. Z filmu nie nauczymy się żadnego przepisu (jak było to możliwe w Szefie), lecz samym patrzeniem można się najeść. Na szczególną pochwałę zasługują sceny celebrowania jedzenia przez bohatera i jego mniej rozgarniętego krewniaka – jest to pomysłowa próba ilustracji działania zmysłu smaku. Nic przełomowego, ale ciekawa koncepcja.

Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek

Niesamowity pod względem konstrukcji i przepychu ekranowego film Petera Greenaway’a. Fabularnie proste, lecz pod względem formy niezwykłe dzieło. Gangster Spica (Michael Gambon) jest pozbawionym źdźbła zasad moralnych zwyrodnialcem i sadystą. Pastwi się nad swoją żoną (Helen Mirren), drażni szefa kuchni (Richard Bohringer), poniża zarówno postronne osoby jak i swoich ludzi. Jest chodzącym dowodem na to, jak władza może deprawować. Lubi za to jeść – uważa się za smakosza, a od restauracji wymaga najwyższej jakości. Gdy dochodzi do niego informacja o romansie żony – przysięga w gniewie, że go złapie i zje.

Niesamowite wrażenie robi w tym filmie – dosłownie od pierwszych sekund – muzyka Michaela Nymana oraz scenografia. Wnętrze lokalu przypomina ogromne sale balowe, z wysokim sufitem, czerwonymi dywanami, etc. Najwięcej jednak miejsca zajmuje kuchnia – samo jej przejście jest dość czasochłonne. Pełno tu zastawionych stołów, palinków, naczyń, pojemnych spiżarni, chłodni – istny labirynt. Wśród przyborów kuchennych, mięsa, warzyw, przypraw i krzątających się pracowników. W tej gastronomicznej scenerii rozgrywa się prawdziwy dramat miłosny Michaela i żony gangstera.

[początek spoilera]

Skazani na ucieczkę kochankowie ukrywają się w bibliotece, z daleka od restauracji. Spica jednak potrafi wytropić miejsce schadzki i bestialsko morduje kochanka żony. Ta po odkryciu zbrodni zwraca się do szefa kuchni z prośbą – o przyrządzenie ciała Michaela i podanie go jego mordercy. Tym daniem przekracza wszelkie granice perwersji, która towarzyszy widzowi przez cały film. Akt kanibalizmu jest czymś tak zwyrodniałym, że stanowi wyzwanie nawet dla najgorszego bandyty. Okazuje się, że nawet tak sadystyczny i złośliwy do szpiku kości człowiek jak Spica ma granice dobrego smaku.

[koniec spoilera]

Czekolada

Obraz, którego w zasadzie nie trzeba przedstawiać. Lasse Hallström stworzył film o miłości do słodyczy. Koniec lat 50. Do małego miasta we Francji przyjeżdża Vianne (Juliette Binoche) wraz z córką Anouk (Victoire Thivisol). Chcą otworzyć czekoladziarnie. Pechowo trafia na czas Wielkiego Postu, a na dodatek miasteczko zamieszkują dość konserwatywne indywidua. Sam burmistrz (Alfred Molina) nie widzi w nowym sklepie nic dobrego. Na rozwój wydarzeń wpływa też obecność Roux (Johnny Depp) i jego kompanów.

O ile sam film swoją wymową jest dość podobny do wspomnianej Uczty Bebette, diametralnie różni się pod względem rozkładania akcentów. W Czekoladzie surowy obraz konserwatywnych mieszkańców jest bardziej zróżnicowany, a samych scen kulinarnych też jest więcej. Robienie ciast, tortów, wyrabianie czekoladek oraz płynnej czekolady do picia. Sceny zrobione są z pomysłem, dynamicznie – a efekty końcowe powodują natychmiastowy ślinotok. Niemal czuć podczas tych scen zapach gorącej czekolady, kakao i przypraw. Sama wystawa sklepiku – różne figurki z czekolady śliczne pralinki w polewach/z posypkami, etc. Atmosfera sklepiku jest niezwykła a jej słodkie produkty dosłownie zmieniają niektórych mieszkańców – niektórych diametralnie.  Kobieta w asortymencie ma łakocie mieszane z ziołami i przyprawami, do czego dodano w filmie elementu magicznego (wszak pochodzenie bohaterki i nazwa czekoladziarni „Maya” nie jest bez znaczenia). Tubylcy są niechętni z definicji – nowe miejsce jest dla nich synonimem czegoś obcego, w dodatku przyjezdna kobieta ma na tematy moralno-religijne własne poglądy. Zmiany wymagać będą czasu, lecz Vianne dysponuje bogatym arsenałem cukierniczym.  Obecnie w co drugiej knajpie można dostać czekoladę z chilli – dla bohaterów filmu  jest to jednak połączenie niezwykłe, a to tylko jeden przykład pomysłowości właścicielki. Lasse Hallström musi czuć i lubić tematykę kulinarną, bo po Czekoladzie nadchodzi kolejna gastronomiczna produkcja: Podróż na sto stóp.
W niektórych kręgach film uchodzi za kontrowersyjny ze względu na ukazanie Kościoła Katolickiego w sposób negatywny.

Jiro śni o sushi

„Mistrz kuchni” – określenie stosowane o wiele częściej, niż powinno. Pomijając stosowanie tego określenia w obiegowych opiniach istnieją jeszcze oficjalne kryteria, według których status mistrzowski w danym zawodzie przyznaje się tylko odpowiednio wyszkolonym i doświadczonym osobom. Jiro Ono (88 l.) jest mistrzem w tradycyjnym ujęciu – poświęcił całe swoje życie jednemu celowi – robieniu sushi.

Dokument Davida Gelba to prosty w konstrukcji obraz – przedstawia właściciela malutkiej tokijskiej restauracji sushi, nagrodzonej w przewodniku kulinarnym Michelina maksymalną notą – trzema gwiazdkami. O Jiro i jego lokalu opowiada on sam, jego synowie, a także krytycy kulinarni. Sam film jest bardzo prosty w budowie, przy tym skupia się na mikroświecie sushi. Jak ugotować ryż, by był odpowiedni? Gdzie i jakie ryby należy kupować? Na te i wiele innych pytań dostajemy odpowiedzi, a rozmowy przeplatane są ujęciami pracy w kuchni i w lokalu. Śledzimy zwinne ruchy dłoni Jiro, który od kilkudziesięciu lat zajmuje się sushi. Istotą jakości jest prostota i dążenie do doskonałości – dlatego jakość i selekcja składników oraz wprawa kucharza są najważniejsze. Skrupulatnie poprzekrawane plastry łososia, lśniący sos, codzienne suszenie alg.  Surowy, niepozorny starzec osiągnął status restauratora, do którego na rezerwacje czeka się miesiącami, choć ceny są wysokie. Na dodatek nie zmienił on swojego menu i nie poszedł za żadnym nowym nurtem, czy modą – prowadzi restauracje sushi, wobec tego wyłącznie na tej kulinarnej formie oparł swoje menu.

Malutkie, zbite porcje sushi, które wielokrotnie widzimy na ekranie zachęcają, a dzięki budowaniu odpowiedniej atmosfery w filmie stają się czymś więcej, niż pożywieniem (ścieżka dźwiękowa Philipa Glassa ma w tym duży udział). Dokument Gelba to też ilustracja przywiązania do tradycji oraz wagi rytuału w życiu Jiro.

Skrzydełko, czy nóżka?

Występujący pierwszy raz po zawale serca Louis de Funès wciela się w Charlesa Duchemin – kucharza oraz krytyka kulinarnego, od którego nazwiska wywodzi nazwa najbardziej opiniotwórczego przewodnika gastronomicznego – „Duchemin”. Przygotowując kolejne wydanie publikacji znany mistrz francuskiej kuchni prowadzi wyczerpujące „badania terenowe” jeżdżąc z jednego lokalu do drugiego – wszystko po to, by poznać jakość potraw, obsługi i samego miejsca i przyznać (lub nie) stosowną ilość gwiazdek. Jako, że od recenzji opublikowanych na kartach „Duchemina” zależy bytność i status wielu restauracjach, zazwyczaj incognito. Ten żmudny proces komplikuje bohaterowi intryga jego największego przeciwnika: pan Tricatel (Julien Guiomar), szef fabryki chemicznej żywności i właściciel sieci fast-foodów. Na domiar złego synowi Duchemina nie widzi się przejęcie schedy po ojcu. W dodatku ten nagle traci zmysł smaku.

W ogromnym skrócie tak prezentuje się zalążek fabuły. Sama idea opiniotwórczej publikacji kulinarnej bazuje na słynnym przewodniku Michelina, który od ponad stu lat swoimi gwiazdkami winduje lub pogrąża restauracje (i nie tylko). Co do dań, jakimi raczą się bohaterowie, jest ich sporo, w dodatku dość różnorodnie. Od pierwszych scen bohater Funèsa otoczony jest jedzeniem. W japońskiej restauracji zasiadłszy przy stoliku, przygląda się pracy kucharza, który zręcznie przyrządza kolejne dania – porcje owoców morza, świeże warzywa, grzyby i przyprawy – prostota i kunszt, którego nie powstydziłby się sam Jiro. Z kolei w podrzędnej knajpie, po zamówieniu sałatki, antrykotu i wina, mając świadomość, że wszystko jest obrzydliwe, pobiera potajemnie próbki, by potem sprawdzić szczegółowo jakość. W międzyczasie fotografowany jest z homarami i dziczyzną na potrzeby swojego programu kulinarnego. Podczas swojego tourneè po restauracjach trafia na człowieka, którego zrujnowała dawna recenzja w przewodniku. Ten z zemsty trzyma biednego eksperta pod bronią i wmusza w niego kolejne niedobre potrawy – i rzeczywiście scena potrafi odebrać apetyt – dzięki wyśmienitej kreacji aktorskiej Fufu.

Duchemin jest piewcą tradycyjnej kuchni i świeżych składników. W opozycji do niego jest fabryka Tricatel, którą podczas seansu bohater odwiedza. Tworzona taśmowo sztuczna żywność ma niezdrowe kolory, wszystko wygląda jakby było z gumy/plastiku, a sam proces produkcji przedstawiony jest w zabawny sposób (np. „produkcja” ryb). W filmie Claude’a Zidi’ego to kontrastowe zestawienie tych dwóch żywieniowych trendów gastronomicznych ma wymiar komediowy – biorąc pod uwagę tendencje współczesnego rynku jest to wizja bardzo aktualna.

Julie & Julia

Najnowszy film Nory Ephron splata ze sobą losy dwóch postaci – Julie Powell (Amy Adams) i jej kulinarnego guru, Julii Child (Meryl Streep). Młoda kobieta z mężem wprowadza się do nowego lokum, rozpoczynają nowe życie. Zainspirowana swoją idolką oraz podzielając jej zamiłowanie do kucharzenia Julie, podejmuje się blogowego wyzwania: W ciągu jednego roku zamierza zrealizować ponad 500 przepisów z książki kucharskiej Julii. Efekty na bieżąco publikuje na swoim blogu, z początku w formie autoterapii. Przepisów jest bardzo dużo, więc musi realizować kilka dziennie, łącząc hobby z pracą i innymi obowiązkami. W małej kuchni sumiennie brnie przez kolejne receptury. Sceny te przeplatane są fragmentami życiorysu kucharki Child, oraz jej męża (Stanley Tucci) w ich paryskim apartamencie.

Sama fabuła jest bardzo prosta, dzięki czemu w pełni można zupełnie pogrążyć się w gastronomicznym karnawale. Dania obiadowe, filety, sosy, sałatki, ciasta, tarty, oraz wołowina Bourguignonne – czego by któraś z kucharek nie ugotowała, wszystkie potrawy (a jest ich dużo) wyglądają wspaniale. Śledząc naukę i rozwój słynnej później Julii Child spędzamy czas w kuchniach z lat 50. i 60. Uczymy się z nią od podstaw wielu rzeczy, z którymi później borykać się będzie Julie. Jak dobrze ugotować jajko w koszulce? Co zrobić, by bruschetta  z pomidorami była pyszna? Jak robi się wołowinę Bourguignonne? Na te i wiele innych pytań odpowiedzi znaleźć można podczas seansu. Duża w ekspozycji potraw jest zasługa świetnych zdjęć (Stephen Goldblatt). Żywa kolorystyka i oświetlenie sprawiają, że warzywa wyglądają na dorodne i świeże, mięso soczyste i pożywne, a czekoladowe ciasta powodują ślinotok. Alexandre Desplat swoimi kompozycjami wprowadza urokliwy nastrój w akt tworzenia kolejnych dań. Nawet najbardziej drastyczne kuchenne zabiegi – gotowanie żywcem skorupiaków – nie rysuje się widzowi jako akt sadyzmu, a po prostu kolejny przepis do zrealizowania. Bohaterki cenią sobie jakość produktów i prostotę – dopiero, kiedy Julie zdobywa doświadczenie, zaczynają się trudniejsze przepisy. Najważniejsze jest tu zamiłowanie do gotowania. Pełne entuzjazmu i konsekwentne są obie bohaterki – mimo trudnych chwil, nie zawsze związanych z kuchnią, kontynuują swój plan. Owoce działań obu kobiet są cudowne,  takie filmy powinni wyświetlać w wersji 5D.

Rzecz jasna ten wybór filmów nie wyczerpuje tematu, wiele innych produkcji traktujących (przynajmniej po części ) o jedzeniu powstało i powstawać będzie.  Powyższa lista składała się z tytułów dzieł, których siłą napędową była gastronomia. Jedzenie spełnia tu przeróżną funkcję. Zazwyczaj temat gastronomii podejmuje się w klasycznym ujęciu – któż nie lubi jeść? Jednak trafiły się także obrazy, w których kulinaria były obecne w sposób nietuzinkowy, czasami wręcz zaskakujący. Okazuje się, że nawet tak znany nam proces jak pożywianie się, może zostać wykorzystany w odmienny, przewrotny sposób.

Na uwagę zasługują także te produkcje, w których żywność jest jedynie dodatkiem, lecz wyraźnie zaznaczającym swoją obecność podczas seansu. Ważne jest także miejsce, gdzie odbywa się proces gotowania/konsumpcji.  I takich filmów znajdzie się wiele, może nawet więcej, niż tych traktujących stricte o jedzeniu. Jako swoisty deser – kilka tytułów z wartymi uwagi kulinarnymi epizodami.

Sens życia według Monty Pythona :
Pan Creosote i miętowy opłateczek

Po skeczach spod szyldu Monty Pythona można się spodziewać wszystkiego (poza hiszpańską inkwizycją, rzecz jasna). Pełnometrażowy Sens Życia stanowi przegląd refleksji nad drogą człowieka od narodzin do śmierci – oczywiście doprawiony odpowiednią dawką absurdu. W temat powyższego tekstu „jak ulał” wpisuje się Pan Creosote (Terry Jones), monstrualnie otyły jegomość odwiedzający francuską restauracje spontanicznie wymiotując, raz do wiadra, a raz gdzie popadnie. Po wysłuchaniu menu dnia postanawia zamówić wszystko (naturalnie wymieszane w wiadrze). Na deser kierownik sali (John Cleese) częstuje go małym, miętowym opłateczkiem…

Zaklęte rewiry

Roman Boryczko (Marek Kondrat) dostaje pracę jako pomywacz w restauracji. Choć zajęcie jest nieszczególne, a on sam wszystkiego musi się nauczyć – postanawia zostać. Z czasem zdobywa doświadczenie, poznaje kolegów, a także – oswaja się z regularnym gnojeniem przez przełożonych (m.in. Roman Wilhelmi). Kiedy zaczyna piąć się po szczeblach kariery, zaczyna dostrzegać zalety swojej pracy.

Ta polsko-czechosłowacka produkcja jest bardzo sprawnie nakręconym filmem, który prawie w całości rozgrywa się w dużej, pięknej restauracji. Jako, że akcja ma miejsce w latach 30. goście lokalu są szykownie ubrani, kierownicy sali chodzą w czarnych frakach, a wystrój i muzyka wprowadzają w odpowiedni nastrój. Samego jedzenia nie ma w filmie dużo, lecz zawsze odgrywa jakąś rolę: nieświeży stek przyczynkiem do awantury kucharza z kelnerem, ostatni kawałek ciasta dla wybrednego gościa, a nawet plaster cytryny, który w filmie odgrywa tragiczną rolę. Zaklęte rewiry warte są polecenia, choćby ze względu na klimat i młodziutkiego Marka Kondrata w bardzo dobrej roli.

Hannibal (serial)

Na temat zasadności, obsady i kreatywności scenarzystów tego serialu zdania są podzielone. Niemniej jednak powstał, a dwa powstałe już sezony pozwalają na konkretne wnioski. Jest zdecydowanie mroczny, dość pomysłowy, przepiękny od strony plastycznej. I występuje w tym serialu więcej potraw, niż trupów.

Hannibala Lectera nikomu przedstawiać nie trzeba. Kiedy okazało się, że akcja serialu ma miejsce w czasie, gdy jest on na wolności – do przewidzenia było, że produkcja odda w pewnym stopniu zamiłowanie doktora do dobrej kuchni (pomijając mięsne dodatki). Będąc szalenie wszechstronną osobą, Lecter potrafi przygotowywać potrawy typowe dla różnych kultur i krajów. Chętnie i często gości u siebie współpracowników, a każdy taki posiłek poprzedzony jest stosownymi przygotowaniami. Zręcznie zmontowane ujęcia ukazują widzowi w pigułce kunszt i wiedzę tytułowego bohatera serii. Ogromna, świetnie wyposażona kuchnia, spiżarnia, chłodnie, duże blaty i moc przyborów – do tego wyselekcjonowane składniki. Przez dwa wyemitowane sezony potraw było bez liku: zupa z drobiu z dodatkami, dziczyzna, wieprzowina, wołowina, jamon iberico, nawet małe ortolany przyrządzane żywcem i zjadane w całości. Pomijając to, co Hannibal lubi najbardziej. By potrawy odpowiednio wyglądały, w ekipie serialowego zaplecza jest Janice Poon, która zajmuje się stylizacją i wykonaniem konkretnych potraw. Aranżacje półmisków z potrawami robią czasem większe wrażenie niż bestialskie mordy dokonywane przez kolejnych psychopatów. Prawdopodobnie dlatego, że na polu stylizacji potraw jest mniejsza konkurencja. Przynajmniej w serialach.
Na zaostrzenie apetytów mała galeria gastronomiczna z Hannibala:







  • Gordon Ramsey

    świetny artykuł. robi smaka na cokolwiek :)

  • Alveaenerle

    bardzo dobry wybór filmów, ukazanie jedzenia, jego zmysłowości i wartości w życiu ludzkim w kinie – cudowna sprawa. :)

  • MaD

    Myślałem, że będzie o chipsożercach i siorbaczach coli w salach kinowych…






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Lucy

Następny tekst

Głupi i głupszy 2 - żarty z Lucy



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE