Artykuł

50 powodów, dla których INDIANA JONES I OSTATNIA KRUCJATA to najlepszy film wszech czasów

Autor: Piotr Żymełka
opublikowano

Jakiś czas temu, przeglądając Internet, natknąłem się na cykl artykułów – 50 powodów, dla których <tytuł> może być najlepszym filmem świata. Zainspirował mnie on do napisania czegoś podobnego. Nie musiałem długo dumać nad wyborem przedmiotu tekstu – w grę wchodziła tylko trzecia część Indiany Jonesa, Indiana Jones i ostatnia krucjata, od dawna stanowiąca mój numer jeden. Ktoś kiedyś napisał o książkach Clive’a Cusslera, że ich lektura jest jak wizyta najlepszego przyjaciela. To samo mogę powiedzieć o całej serii przygód Jonesa, a szczególnie o jej przedostatnim ogniwie. Znacie to uczucie nostalgii, w którym mieszają się smutek, że to już koniec, z radością z uczestnictwa w czymś niepowtarzalnym? Jeśli tak, to wiecie o czym piszę. Wymyślając pięćdziesiąt poniższych powodów, doskonale się bawiłem i tylko pod tym względem tekst niniejszy powinien być rozpatrywany. Gotowi? No to ruszamy – „Have the adventure of your life keeping up with the Joneses”. („Niech przygoda twego życia trwa. Z Jonesami”).

Kolejność punktów jest przypadkowa.

I. Epizod z młodości Jonesa. Często wszelkie próby ukazania szczenięcych lat bohatera powodują w widzu odruch wymiotny i wstyd za pomysły twórców. Na szczęście nie w przypadku Indiany. Nasz protagonista został przedstawiony w sposób godny swojego starszego odpowiednika i w żadnym razie nie żenuje – w trzynastoletnim Indym widać duch awanturnika, już wtedy tlący się w jego duszy. Oglądający nie ma żadnych wątpliwości, że na ekranie bryluje odmłodzone wcielenie upartego archeologa, który niczym John McClane nigdy się nie poddaje. Nawet jeśli odzyskanie artefaktu zajmuje mu ćwierć wieku.

II. Fedora, czyli zabawa w kotka i myszkę. Kamera pokazuje postać w ubiorze przypominającym strój Indiany i widzowi wydaje się, że to Jones – wszak w poprzednich częściach bohater wkraczał w kadr zwrócony do obiektywu plecami. Po chwili jednak na ekranie pojawia się twarz jakiegoś innego mężczyzny oraz, kilka sekund później, napis „Utah, 1912”. Spielberg zagrał tym samym na ikonie i tradycji, które sam stworzył we wcześniejszych filmach, a przy okazji jedną prostą sceną zdaje się komunikować – „Czeka Was jeszcze niejedno zaskoczenie”. I to wszystko w trzecim ogniwie trylogii, gdy oglądający myśli, że widział już wszystko.

III. Pierwsze użycie pejcza, wyjaśnienie, skąd wzięły się: blizna na brodzie Jonesa, strach przed wężami i najbardziej rozpoznawalny kapelusz w dziejach kina. Nad blizną mało kto się pewnie zastanawiał – w końcu Indy tyle razy zbierał po twarzy, że dziwić powinno raczej dlaczego ma tylko jedną pozostałość po awanturach. A tu niespodzianka i to dość ironiczna, skoro wszystkie bijatyki i urazy nie pozostawiły właściwie żadnego śladu na facjacie bohatera, a jedyną trwałą pamiątkę Henry Jr. zaserwował sobie sam. W przypadku pejcza sprawa ma się zgoła inaczej. Zapewne podczas seansu nieraz tłukło się w głowie pytanie o genezę tego, jakby nie patrzeć, dziwnego atrybutu. Teraz już wiadomo, dlaczego facet wszędzie tacha ze sobą przyrząd przeznaczony do tresury lwów i… innych zastosowań. I oba te mrugnięcia okiem do widza w zaledwie jednej krótkiej scenie. Do tego dochodzą jeszcze pochodzenie fobii przed wężami oraz okoliczności „nabycia” kapelusza, ukazane w chwilę później. Hmmm, mamy zatem jasno wyłożone, skąd wzięły się właściwie wszystkie atrybuty bohatera. I pomyśleć, że Ridley Scott potrzebował ponad dwóch godzin na pokazanie początków Robin Hooda…

IV. Epizod z prologu stał się zaczątkiem całego serialu telewizyjnego, liczącego dwa sezony. Szkoda, że nie dorównał on filmom – twórcy zamienili awanturniczą przygodę na możliwość wciśnięcia w kadr jak największej liczby znanych osobistości i quasi-edukacyjne zacięcie. I choć ogólnie zdarzały się odcinki interesujące, a całość sama w sobie stanowiła nienajgorszą propozycję, to jednak nie tego spodziewali się fani Jonesa. Harrison Ford pojawił się w dwóch odcinkach (połączonych później w jeden film), ale stanowiło to marną osłodę. Serial posiadał natomiast bardzo wdzięcznie brzmiący tagline (hasło promujące): „Before the world discovered Indiana, Indiana discovered the world.” („Zanim świat poznał Indianę, Indiana poznał świat”).

V. Plakat. A właściwie trzy plakaty – dwa oficjalne kinowe i niezwykle dziś rzadki, wykorzystany przez Pepsi w kampanii reklamowej. Autorem wszystkich jest niezrównany Drew Struzan. Postery obiecują dokładnie to, co dostajemy – przygodę i doskonałą rozrywkę. Tylko Struzan potrafi zachęcić do seansu samym malowidłem. I to wszystko bez użycia Photoshopa. Patrząc na beznadziejne plakaty do wielu współczesnych blockbusterów, można docenić kunszt i umiejętności jednego z najbardziej cenionych w środowisku filmowym twórców.

VI. Muzyka. Rzadko kiedy zdarza się, by cały soundtrack prezentował wysoki poziom – zazwyczaj świetne utwory mieszają się z przeciętnymi i to nawet w przypadku ilustracji stworzonych przez uznanych twórców. Oprawa muzyczna do trzeciej części Indiany stanowi chlubny wyjątek od tej niepisanej reguły. Właściwie każdy utwór ma swoją własną charakterystykę, oczywiście przeplataną kilkoma motywami przewodnimi, które przewijają się przez całą płytę i których nie waham się określić dziełami sztuki. Szczególnie motyw Graala – dostojny, poniosły i łagodny, świetnie obrazuje drzemiącą w Kielichu boską moc – najlepiej słychać go w „The Penitent Man Will Pass”. Kiedyś przeczytałem pewną opinię, jakoby John Williams nie potrafił komponować partytur do scen akcji. W ramach argumentu, że to jednak nieprawda, polecam przesłuchanie „Scherzo for Motorcycle and Orchestra”, „Escape from Venice” oraz „Belly of the Steel Beast” (wraz z „Pen is Mighter than the Sword” z edycji rozszerzonej soundtracku). Znajdziemy również lekki, „przygodowy” „Keeping Up with the Joneses”, orientalny „Marcus In Iskenderum”, „sarkastycznie” brzmiący „No Ticket” czy grający w tle pierwszego aktu „Indy’s Very First Adventure”. Rewelacyjnie wypadł też „Finale & End Credits” – epicki, trwający ponad dziesięć minut, jest kompilacją najważniejszych motywów z „Raiders March” na czele. Utwory dobrze współgrają z obrazem, ale osobno słucha się ich równie przyjemnie.

VII. Sean Connery jako Henry Jones Senior. Ten argument broni się sam.

VIII. Skok z konia na czołg. Vic Armstrong zrobił to bez pomocy linek podtrzymujących, poduszek czy siatek łagodzących upadek i BEZ KOMPUTERÓW. W efekcie dało to jedną z najlepszych (dlaczego nie najlepszą? Dwa słowa – Jackie Chan), scenę kaskaderską w dziejach kina.

IX. Republika Hatay – państwo istniejące niecały rok, od września 1938 do czerwca 1939 (obecnie terytorium Turcji). I pewnie mało kto by o nim wiedział, gdyby nie „trzeci” Indy. Wprawdzie nie zgadzała się ani flaga, ani nawet ustrój panujący w Hatay, ale mimo wszystko można spokojnie powiedzieć, że Indiana Jones i ostatnia krucjata unieśmiertelnił krótki żywot kraju lepiej niż wszyscy wykładowcy, historycy i autorzy książek historycznych razem wzięci.

Ostatnio dodane