publicystyka filmowa

Artykuł. Przyczyny narzekania na adaptacje książek

Autor: Kornelia Farynowska
opublikowano

Jestem molem książkowym. Znacznie lepiej zapamiętuję to, co przeczytałam (poza tekstami do korekty), niż to, co obejrzałam, i do literackich bohaterów przywiązuję się bardziej niż do filmowych. Tylko informacja o ekranizacji powieści, którą czytałam i która mi się podobała, potrafi wywołać u mnie tak boleśnie ambiwalentne odczucia. Wielokrotnie już kłóciłam się z pewnymi redaktorami filmorgu, że jakaś tam ekranizacja nie była dobra. Oni: „książka to książka, a film to film”. Ja: „no dobrze, ale to było źle zrobione”. Oni: „ale to jest coś zupełnie innego, kto inny nad tym pracował”. Ja: „no dobrze, ale to wciąż jest na podstawie książki, parę rzeczy przydałoby się jednak zrobić wiernie”. I tak w kółko…

Zostałam wychowana w kulcie literek, więc zazwyczaj nie byliśmy w stanie dojść do kompromisu. Te kłótnie doprowadziły do powstania poniższego artykułu. Zachęcam do lektury każdego, kto miał kiedyś problem z oddzieleniem książki od filmu.

sherlock-benedict-cumberbatch

Taki Benedict Cumberbatch wcale nie wygląda jak książkowy Holmes, ale w tej serialowej ekranizacji jest naprawdę fenomenalny – kwestia dobrej osobowości i aktorstwa

KRÓTKO I NIEODKRYWCZO O RÓŻNICACH

Zacznijmy od oczywistości. Jasne, że film to zupełnie inne medium niż książka i należałoby je rozpatrywać osobno. Oczywiście, że jedno polega na widzeniu, a drugie na wizualizowaniu tekstu. Ale zarazem – film korzystający z książki jest jej coś winien, bo bez książki nie byłoby filmu. W dodatku adaptacja to nie to samo, co ekranizacja, choć stosuje się te pojęcia wymiennie. Adaptacja powinna adaptować, czyli jak najwierniej przenosić słowo pisane, podczas gdy ekranizacja może być luźniejszym przedstawieniem dzieła – takie bardziej „na podstawie tekstów kogośtam”.

Dyskusje toczą się od dawna, dorzucę więc swoje trzy grosze, ale podkreślam od razu, że chcę rozgraniczyć malkontenctwo typu „głupie i nie lubię” od uzasadnionego skarżenia się na coś, co komuś zazgrzytało. Narzekać dla zasady każdy może, cała sztuka w tym, żeby podać konkretne argumenty.

50 TWARZY NARZEKANIA

Polski filozof Roman Ingarden w jednym ze swoich dzieł opisał zjawisko, które nazwał miejscami niedookreślenia. Polega ono na tym, że to, czego artysta sam nie przedstawi, odbiorca musi sobie dopowiedzieć. Autor, choćby bardzo nie chciał, nie ma możliwości scharakteryzować swojego bohatera na tyle dokładnie, żeby każdy czytelnik wyobraził go sobie tak samo. Byłoby to nudniejsze niż opisy przyrody w Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej, a już i tego nikt nie chce czytać. Przedstawianie postaci za pomocą epitetów „ciemnowłosa, ciemnooka dziewczyna” sprawia natomiast, że czytelnik może w swojej głowie zobaczyć zarówno kogoś przypominającego Keirę Knightley, jak i Melissę McCarthy. Albo mnie. W każdym razie – niezależnie od tego, jak wyczerpująco autor opisze swoją postać, rozbieżności są nieuniknione. Stąd często biorą się narzekania typu „nie tak sobie ją/jego wyobrażałem”.

Screen Shot 2013-04-15 at 12.23.07 AM

Katniss na przykład w książkach charakteryzowała się głównie ciemnymi włosami splecionymi w warkocz i byciem mało sympatyczną. Jennifer Lawrence – trafiony-zatopiony

Jeśli chodzi o wygląd bohaterów, jestem zdania, że są sytuacje, kiedy należałoby trzymać się jak najdokładniej opisu autora. Wbrew temu, czego wszyscy byśmy sobie życzyli, oceniamy po wyglądzie. Zwróciliście uwagę, że w filmach często giną bezbronne blondynki, a silne kobiety to zazwyczaj brunetki? Uogólniam oczywiście, wiadomo, że są chwalebne wyjątki, ale te stereotypy dosyć głęboko zakorzeniły się w naszej świadomości. Autorzy je wykorzystują w najróżniejszy sposób i czasami chcą wywrzeć na czytelniku odpowiednie wrażenie. Weźmy takiego Teodora Szackiego z Ziarna prawdy. Zygmunt Miłoszewski przez całą trylogię wielokrotnie twardo charakteryzował go jako wysokiego, siwego pana, który „wyglądał jak ostoja mocy i trwałości Rzeczpospolitej” (Gniew). W Uwikłaniu opisał go tak:

Prokurator miał młodą twarz, choć nie można było nazwać jego urody chłopięcą. Raczej delikatnie męską. Łagodność rysów burzyły lekko zmarszczone brwi i nieprzyjemnie chłodne szare oczy. To nie była twarz człowieka, który się często uśmiecha. W lipcu kończył trzydzieści sześć lat, ale wiele osób dałoby mu mniej, gdyby nie gęste, kompletnie siwe włosy. Kontrastowały z czarnymi brwiami, nadając mu surowy i lekko niepokojący wygląd. Był idealnie monochromatyczny. Tylko czerń, szarość i biel, żaden inny kolor nie psuł kompozycji.

Przyznajcie się – czy w waszej głowie pojawiłby się Robert Więckiewicz? Nie odpowiada temu opisowi ani trochę. Kiedy oglądam Ziarno prawdy, widzę, że nie jest złym Szackim, tylko nie jest tym Szackim, którego Miłoszewski stworzył w mojej głowie – nie do takiej postaci się przyzwyczaiłam podczas lektury. I biorąc pod uwagę, z jakim uporem i naciskiem autor trylogii przez cały czas przypominał mi o szarościach, stateczności oraz powadze Szackiego, chyba trudno mi się dziwić.

z17322828IER,-Ziarno-prawdy---rez--Borys-Lankosz

Dobry Szacki, ale po prostu drastycznie inny Szacki niż ten książkowy

Zdarzają się też sytuacje, kiedy mniej istotny jest wygląd, a raczej charakter. Dobrym przykładem będzie Ginny Weasley z Harry’ego Pottera. Teoretycznie wystarczyłoby wziąć pierwszą lepszą rudą aktorkę i już. Tymczasem Bonnie Wright uważam za jedną z największych pomyłek obsadowych sagi, jeśli chodzi o te ważniejsze postacie. Filmowa Ginny była mdła i nijaka, a książkowa – energiczna, zamaszysta, pełna życia, bardziej w typie Amy Pond z Doktora Who. I jeżeli ktoś nie czytał ani jednego tomu sagi Rowling, prawdopodobnie pomyślał po prostu, że „ta Ginny taka mało ciekawa, nie wiem, co Harry w niej widział”. Ale akurat Pottera będę się czepiać, ponieważ od samego początku było wiadomo, że to filmy skierowane w pierwszej kolejności do fanów książek.

Tak więc – nie chodzi mi wcale o to, żeby trzymać się opisu co do litery, ale żeby czasem ekipa filmowa zastanowiła się nad wyborem właściwej osoby do roli i zadała sobie pytanie „dlaczego ten bohater jest właśnie taki?”.

Harry-potter2-movie-screencaps.com-9236

Można by twierdzić, że nigdy nie wiadomo, co z tych dzieciaków powyrasta i czy za parę lat wciąż będą się do ról nadawać, ale moim zdaniem w przypadku Bonnie Wright od razu było widać, że to nie ten typ osobowości

A CO Z FABUŁĄ?

Trzeba się od razu pogodzić z faktem, że idealna, absolutnie wierna fabularnie adaptacja to czysta utopia. Coś takiego po prostu nie istnieje, natomiast rozgraniczenie między tym, co rzeczywiście będzie potrzebne, a tym, co można wyciąć, jest faktycznie niełatwe. Z jednej strony chciałabym wierzyć, że pisarz wie, co robi, ale z drugiej strony na przykład taka adaptacja Misery Stephena Kinga moim zdaniem sporo zyskała dzięki temu, że zrezygnowano z wprowadzania fragmentów pisanej przez Paula Sheldona powieści, podobnie jak Lśnienie doskonale wyszło na uproszczeniu zakończenia, które pierwotnie wymyślił King.

Ale ponownie – czasem bardziej chodzi o klimat towarzyszący powieści, o humor albo lokalizację. Wróćmy do Harry’ego PotteraZakon Feniksa to jedna z lepszych części sagi. Większość fanów zawsze najbardziej lubiła to, co działo się w Hogwarcie, a Rowling umiejscowiła niemal całą akcję książki na terenie zamku i dodała sporo swojego charakterystycznego, złośliwego poczucia humoru. Tymczasem Yates wyciął żarty, wyciął sceny z Hogwartu, ale za to dodał pół godziny efektów specjalnych rozsianych tu i tam po filmie – swoją drogą najkrótszym ze wszystkich adaptacji sagi, podczas gdy książka jest najdłuższa (prawie tysiąc stron – Insygnia śmierci miały koło siedmiuset). W rezultacie fani prozy Rowling dostali adaptację, którą pozbawiono tego, co lubili w powieści najbardziej, natomiast niedzielni widzowie dostali średnio dobry film. W tym przypadku cierpienie fanów takich jak ja bierze się ze świadomości, jak dobrą ekranizację można było zrobić, gdyby ktoś się do tego bardziej przyłożył.

Jeśli chodzi o Harry’ego Pottera, jako przykład dobrej adaptacji można wymienić Więźnia Azkabanu. Książka jest wyraźnie doroślejsza niż poprzednie dwie i film odpowiednio mroczniejszy, mniej familijny, a bardziej artystyczny (ostatecznie reżyserował Alfonso Cuarón). Scenariusz za to wcale nie stanowi kalki powieści, w paru miejscach pozwala sobie na skróty oraz uproszczenia, ale robi to inteligentnie i właśnie dlatego uważam ten film za najlepszą część całej sagi (pod każdym względem, dla ścisłości).

HPPoA3849

Scena wzięta z książki, ale inteligentnie przerobiona tak, żeby nie była tylko momentem, kiedy Harry dostaje nową miotłę

Przykłady spoza Harry’ego Pottera – Park jurajski Michaela Crichtona. Znakomita książka, znakomita adaptacja. Bynajmniej nie jest wierna, wręcz przeciwnie, wycięto z niej całkiem sporo, ale jej wielką zaletą jest to, że zachowano klimat oraz humor („czy ktoś chodzi i zagląda dinozaurom pod spódniczki?”). Nie przeszkadza również fakt, że obsadę dobrano fantastycznie – na przykład Ian Malcolm jest równie charyzmatyczny jak w książce.

Wszyscy pewnie kojarzą Niekończącą się opowieść. To adaptacja genialnej (sic!) powieści Michaela Endego (Niekończąca się historia). Jeśli oglądaliście ekranizację jako dzieci, pewnie wam się podobała. Ale jeżeli ktoś – tak jak ja – najpierw przeczytał książkę, a potem obejrzał film, prawdopodobnie – tak jak ja – do tej pory nie może wyjść z szoku. Ende napisał bardzo mądrą powieść, która powinna przypaść do gustu każdemu niezależnie od wieku, a adaptacja nie dość, że bierze tylko połowę historii (drugą połowę, w dodatku ważniejszą, całkowicie ignoruje), to jeszcze spłyca przesłanie tego, co wzięła z pierwowzoru i kompletnie wypacza wszystkie walory artystyczne tekstu wyjściowego. Dla mnie to niekończąca się męka przy oglądaniu.

neverending

PS. To nie pies, tylko smok, w dodatku smok szczęścia. I w oryginale miał na imię Fuchur, ale brzmiało zbyt podobnie do future (ang. przyszłość)

Podobnie cierpię przy Hrabim Monte Christo Aleksandra Dumasa. Najbardziej znaną adaptacją jest ta z 2002 roku – i już pal licho obsadę czy scenariusz, ale na potrzeby Hollywood ostatnie sceny zmieniono na typowo słodkie i banalne. Tak, żeby widz się dobrze poczuł po seansie. Tymczasem siła tej książki polega właśnie na tym, że Dumas nie poszedł na łatwiznę i napisał mocne, gorzkie, otwarte zakończenie historii Edmunda Dantèsa. I na samą myśl o tym, jaki niesamowity potencjał leży w tej powieści i jak niesamowicie go zmarnowano, serce mnie boli.

PODSUMOWANIE

Mogłabym tak narzekać w nieskończoność, ale jestem pewna, że sami moglibyście zarzucić mnie swoimi przykładami (może ktoś chce porozmawiać o adaptacjach opowiadań Conan Doyle’a?). Staram się oceniać filmy w oderwaniu od ich pierwowzoru, zwłaszcza jeśli mam w planach pisanie recenzji, natomiast różnie mi to wychodzi. Do książek, jak już wspominałam, mam znacznie bardziej emocjonalny stosunek niż do filmów. Zresztą zazwyczaj im rozpaczliwiej ktoś lamentuje nad adaptacją, tym mocniej był przywiązany do książki – i trudno komukolwiek tego prawa odmówić.

Fakt, że ktoś zna pierwowzór, nie powinien dominować nad jego oceną filmu jako takiego. Wypadałoby brać pod uwagę, czy dzieło obroni się samo, bez znajomości książki, i wypadałoby pamiętać, że dziesiąta muza to po prostu inne medium, które korzysta z innych chwytów i innych środków niż książka, ale nie gorzej niż ona potrafi stworzyć swoje miejsca niedookreślenia.

  • TAGI:

Ostatnio dodane