PSYCHOZA – mistrzowska gra Hitchcocka | FILM.ORG.PL

PSYCHOZA – mistrzowska gra Hitchcocka








Karol Barzowski
22.05.2014


Strony: 1 2

Psycho (1960) sinful-celluloid

Są twórcy, których po prostu „należy” szanować. Przecież „Słowacki wielkim poetą był” i tyle – nie ma dyskusji. Dziesiąta muza nie wyłamuje się z tej zasady; powiedziałbym, że nawet ją przekracza, zamieniając szacunek w uwielbienie. Wielu reżyserów, aktorów czy filmów ma wśród miłośników kina status wręcz kultowy. Ich krytykowanie nie tylko świadczyłoby o braku taktu, ale byłoby również dowodem na małe obeznanie w temacie sztuki filmowej. Przecież ten, kto nie lubi Felliniego czy Kubricka zwyczajnie się nie zna, prawda?

Oczywiście, celowo trochę przesadzam. Nie da się jednak ukryć, że uwielbienie pewnych twórców niejako „z urzędu” jest na porządku dziennym. Osobiście za takim podejściem nie przepadam – z dystansem podchodzę np. do nastolatków zapewniających, że „Obywatel Kane” to najlepszy film, jaki w życiu widzieli. Jestem też pewien, że wiele z kobiet mających w pokoju plakat (a może raczej – cover photo na facebooku) z Marilyn Monroe nie widziało żadnego z jej filmów. Nie ma nad czym dywagować – bezmyślne adorowanie było, jest i będzie.

alfred-hitchcock-psycho-movie-set-photo-483x600

Do czego zmierzam? Do tego, że zdaję sobie sprawę, jak może być odbierane wychwalanie klasyki. Coś starego, czarno-białego i z kultowym nazwiskiem w czołówce = arcydzieło. Nie podobało się? No to obejrzę jeszcze raz i wtedy już na pewno załapię, gdzie ten geniusz. Oczywiście, do niektórych filmów sprzed pół wieku lub starszych należy przyjąć nieco inną perspektywę oglądania. Po prostu trzeba pamiętać o tym, w jakich czasach powstały i, mówiąc krótko, nie oczekiwać od „Metropolis” efektów specjalnych na miarę „Grawitacji”. Nie nazwałbym jednak tego taryfą ulgową. Ja staram się nie dzielić filmów na nowe i stare, kolorowe i czarno-białe itd. Dla mnie filmy są przede wszystkim albo dobre, albo złe – a tak się składa, że do tej pierwszej grupy często trafiają produkcje powstałe w okolicach narodzin moich rodziców, a nawet dziadków. To tytuły, które cenię za to, że prezentują wysoki poziom, a nie dlatego, że „wypada” je lubić. Ich oglądanie po prostu sprawia mi ogromną frajdę i nie ma wielkiego znaczenia, że są na liście najlepszych/najwybitniejszych/najwspanialszych. To tylko dowód na to, że nie jestem w swojej sympatii odosobniony.

HITCH WIELKIM REŻYSEREM BYŁ

Do takich filmów zalicza się na pewno „Psychoza” Alfreda Hitchcocka. Nie będę próbował być oryginalny, iść pod prąd i popisywać się elokwencją w strącaniu z piedestału kogoś, kto znajduje się na okładkach wszelkich leksykonów kina – już ten jeden tytuł jest dowodem na to, że popularny Hitch „wielkim reżyserem był”. I choć zdarzały mu się też filmy słabsze, ten bez wątpienia jest jednym z jego największych osiągnięć. „Psychoza” to bowiem nie tylko słynna scena pod prysznicem, ale niemal dwie godziny wirtuozerskiej gry na emocjach widza.

plakaty

Piątek, godzina 14.43. Oglądamy panoramę miasta Phoenix w Arizonie. W pewnym momencie kamera zatrzymuje się. Następuje zbliżenie na wysoki budynek z cegły, prawdopodobnie hotel. Jesteśmy bliżej i bliżej, aż wreszcie zaglądamy w jedno z okien. Widz przyjmuje pozycję podglądacza – staje się świadkiem intymnej schadzki kochanków. Wkrótce dowiaduje się, że tych dwoje łączy skomplikowana relacja, obarczona przede wszystkim problemami finansowymi. Widać, że para darzy się ogromnym, szczerym uczuciem; chcieliby się pobrać, ale zbyt wiele stoi im na drodze. To zaledwie kilka minut, ale ich rozmowa nie pozostawia widza obojętnym. Kiedy więc kobieta wraca po przerwie na lunch do pracy i w przypływie impulsu decyduje się ukraść szefowi 40 tysięcy dolarów, nie potępiamy jej. To tylko kolejny dobry człowiek, który skręcił w złą drogę.

janet-leigh-psycho-hot-614625139Z graną przez Janet Leigh Marion Crane widz może się łatwo identyfikować. To w końcu kobieta, która po prostu próbuje być szczęśliwa. Od początku jednak wiadomo, że jej czyn nie ujdzie jej na sucho. Nawet w pierwszej części filmu, gdy przypomina on właściwie bardziej dramat obyczajowy niż thriller, Hitchockowi udało się stworzyć wyjątkową, niepokojącą atmosferę. „Psychoza” to podskórny lęk, niewytłumaczalne napięcie, dostrzegalne na każdym kroku zagrożenie. Oglądając ten film po prostu wiemy, że wydarzy się coś złego, a – jak później się okazuje – zło czaić się może dosłownie wszędzie. W ciemnościach oraz wielkiej ulewie Marion zjeżdża z głównej drogi i postanawia spędzić noc w motelu prowadzonym przez staruszkę i jej przytłoczonego syna. W tajemniczym Bates Motel mało kto się jednak zatrzymuje, a jeśli, to zostaje już na zawsze. Również dla Marion miejsce to okazuje się być ostatnim przystankiem.

NAJSŁYNNIEJSZE MORDERSTWO ŚWIATA

Klimat jest dla mnie główną zaletą tego filmu. Zrealizowany ze skromnym budżetem obraz właściwie usypia czujność widza. Z jednej strony wiemy, że coś złego się święci, z drugiej – stosunkowo wolne tempo akcji, sceny pozbawione dialogów i duża ilość fabularnych detali wciągają w pułapkę. Z początku wydaje się bowiem, że oglądamy niepozorny film o zbrodni i karze. Wydłużona ucieczka Marion z miasta nie zapowiada tego, co ma się wydarzyć. Kolejne sytuacje, niosące ze sobą ryzyko jej zdemaskowania, prowadzą raczej do rozmyślań o odpowiedzialności za swoje czyny, zapłaty za błędy itd. Hitchcock bardzo udanie mąci i wyprowadza nas w pole. Czarno-biała taśma, użyta ponoć głównie z powodu oszczędności i łatwiejszego odbioru obecnej w filmie krwi, jeszcze wspomaga ten proces – to w końcu taki „zwykły” film i tylko gdzieś głęboko kiełkuje w nas myśl, że coś tam po prostu nie gra. Gdy dochodzi do słynnej sceny pod prysznicem, odgłos wbijanego noża jest nie tylko wyrazem mającej miejsce na naszych oczach makabry, ale też tego, co dzieje się w tym momencie w naszych głowach. Nawet oglądając ten film po raz kolejny, ma się wrażenie wstrząsu.

Scena ta przeszła do historii kina – nie trzeba o tym nikogo przekonywać. To już właściwie pewna ikona, wokół której wyrosło wiele mitów. Gdy w słynnej rozmowie z Francois Truffaut Hitchcock zapytany został o to, co sprawiło, że zainteresowała go ta historia (scenariusz „Psychozy” powstał na podstawie książki Roberta Blocha pod tym samym tytułem), odpowiedział, że właśnie ten moment; to, że do morderstwa pod prysznicem dochodzi zupełnie znienacka. Marion, która zdała sobie sprawę z tego, jak złe i w gruncie rzeczy głupie było to, co zrobiła, rozkoszuje się strumieniem wody, niejako zmywając z siebie poczucie winy. Wejście pod prysznic ma przywrócić czystość jej sumienia i być pierwszym krokiem do naprawienia błędów. Zza prześwitującej zasłony wyłania się jednak postać z wielkim nożem…

alfred-hitchcock-and-janet-leigh-on-the-set-of-psycho-1960

Reżyser zdawał sobie sprawę, jak istotna jest to scena i obmyślił ją w najmniejszym szczególe. Grafik Saul Bass przygotował wizualizacje ujęć z wielu różnych kątów, co pozwoliło Hitchcockowi zaplanować całą sekwencję montażową. Choć trwa ona jedynie trzy minuty, jej nakręcenie zajęło siedem dni. To naprawdę wyjątkowa scena. Poszczególne pchnięcia noża tną sam film – każdy ruch mordercy to osobne ujęcie. Wprowadza to szczególny rodzaj dynamiki, potęgowany przez fakt, że nigdy nie widzimy ostrza wbijającego się w ciało Marion ani żadnych ran. Krew występuje tu jedynie pod postacią zabrudzonej wody spływającej do odpływu wanny (książka była dużo bardziej drastyczna – mowa w niej o odciętej głowie kobiety). Mimo to, mistrzowska reżyseria Hitchcocka sprawia, że podczas tej sceny filmu przez ciała widzów często przechodzi przeszywający ból. W czasie pokazów w 1960 roku całe sale kinowe krzyczały z przerażenia, a wielu ludzi po obejrzeniu „Psychozy” zaczęło cierpieć na lęk przed kąpielą pod prysznicem. Przyznała się do tego zresztą również sama Leigh.

Przez lata powielano plotkę, że to Bass, a nie Hitchcock, wyreżyserował słynną scenę – wielu członków ekipy stanowczo zaprzeczało jednak tym pogłoskom. Ciekawie skomentował zresztą tę sytuację wybitny krytyk Roger Ebert, mówiąc: „Wydaje się niemożliwością, aby perfekcjonista z takim wielkim ego jak Hitchcock pozwolił komuś innemu wyreżyserować najważniejszą scenę filmu”. Nie jest też prawdą, aby przeraźliwy krzyk Janet Leigh reżyser uzyskał poprzez puszczenie lodowatej wody. Wręcz przeciwnie – dbał o to, aby aktorka czuła się na planie jak najbardziej komfortowo i to ona sama ustalała temperaturę strumienia. Stuprocentowo prawdziwe są natomiast teorie o użyciu w tej scenie dwóch artykułów spożywczych: sosu czekoladowego i melonów. Pierwszy z nich okazał się najlepiej prezentującą się w czarno-białej wodzie krwią (po próbach wygrał z czerwoną farbą i ketchupem), natomiast drugi posłużył do uzyskania odgłosu wbijania noża.

KONCERT GRY POD MISTRZOWSKĄ BATUTĄ

To naprawdę nietypowy obraz – główna protagonistka jest przecież uśmiercana w pierwszej połowie filmu. Gdy znika z ekranu, widz musi znaleźć inną postać, z którą mógłby się identyfikować. Pada na Normana Batesa, chłopaka, który znajduje zwłoki Marion i, myśląc, że morderstwo jest dziełem jego matki, zaciera po niej ślady. Jest w tym filmie scena, w której spycha samochód kobiety do stawu – auto nie chce jednak zatonąć i Norman jest bardzo zaniepokojony. Gdy samochód w końcu znika pod wodą, widać na jego twarzy ulgę i radość; my zaś… cieszymy się razem z nim. Mimo że zdajemy sobie sprawę z winy chłopaka, kierujemy w jego stronę sympatię. To kluczowy dla odbioru całego filmu zabieg, którym Hitchcock pokazuje swój wielki kunszt. On naprawdę potrafi zręcznie prowadzić widza przez historię, tak, aby ten miał z niej jak najwięcej pożytku (i, co tu dużo mówić – przyjemności).

NormanBates

Sławny Brytyjczyk jest też reżyserem, który świetnie prowadzi aktorów. Oczywiście, o jego nietypowych relacjach z żeńskimi odtwórczyniami głównych ról krążą legendy. Prawdopodobnie nie należał do osób, z którymi łatwo się pracowało. Pewnym jest jednak, że pod batutą Hitcha można było zagrać koncert życia. Nie inaczej jest z „Psychozą”. Anthony Perkins w roli Normana jest wprost rewelacyjny – to skandal, że za swą rolę nie otrzymał choćby żadnej nominacji do poważniejszych nagród. Aktor gra oszczędnie, a przekazuje całą gamę emocji, jak również złożoność osobowości swojej postaci. Z jednej strony w jego oczach od samego początku widać pewną tajemnicę – patrząc na niego wiemy, że coś z nim nie tak. Wzbudza nasze wątpliwości i daje do myślenia. Z drugiej, Perkins prezentuje nam Normana jako nieśmiałego, sympatycznego chłopaka, który zagaja grzecznościowe rozmowy z nieznajomymi i uroczo chowa ręce w kieszeniach spodni. Udaje mu się zyskać przychylność widzów, mimo że jednocześnie może wzbudzać w nich lęk. To prawdziwy majstersztyk.

„Psychoza” jest popisem Perkinsa – ta rola to z pewnością jego znak firmowy. Choć za „Przyjacielską perswazję” nominowano go w 1957 roku do Oscara, a cztery lata później jego kreację w „Żegnaj ponownie” nagrodzono w Cannes, do dziś kojarzony jest przede wszystkim jako Norman Bates. Podobnie z Janet Leigh – jej nekrolog w “New York Times” z 5 października 2004 roku mówił o śmierci tej, która brała prysznic w „Psychozie”. Ograniczanie jej roli do tej jednej sceny jest jednak wielką niesprawiedliwością. Leigh tworzy w tym filmie dojrzałą, wszechstronną kreację, w ciągu zaledwie trzech kwadransów pokazując różne oblicza swojej bohaterki. Jest w tej roli bardzo wiarygodna i daleka od nadekspresji typowej dla starego kina. Została za nią nagrodzona Złotym Globem i nominacją do Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej.

obsada

Reszta obsady spisuje się zresztą równie dobrze, na czele z Verą Miles jako siostrą Marion oraz Martinem Balsamem wcielającym się w detektywa. Nie odstaje od nich John Gavin w roli kochanka głównej bohaterki – przekonuje przede wszystkim w początkowych scenach filmu, gdy jeszcze nie ubiera miny twardziela. Zanim jednak zagrał tak, aby Hitchcock był usatysfakcjonowany, potrzeba było wielu dubli. Słynny reżyser nie ukrywał, że nie przepada za Gavinem i wielokrotnie mówił o nim „sztywniak”. Oglądając film na szczęście tego nie widać.

TO, CO SPRAWIA, ŻE PUBLICZNOŚĆ KRZYCZY

Co jest główną zaletą “Psychozy”? Zdecydowanie ciągłe działanie na emocjach – czasem jest to działanie podprogowe, innym razem takie, które wzbudza przeraźliwy krzyk. We wspominanym już przeze mnie wywiadzie, którego słynny reżyser udzielił Francois Truffaut, Hitchcock stwierdza, że jego główną satysfakcją płynącą z tego filmu jest właśnie wywoływanie emocjonalnych reakcji u widzów. Mówił: „Nie dbam o tematykę, nie dbam o aktorstwo, ale dbam o poszczególne części filmu: zdjęcia, muzykę i te wszystkie techniczne składniki, które sprawiają, że publiczność krzyczy. Moja satysfakcja zależy od tego czy wzbudzę masowe emocje”.

Nie da się ukryć, że kluczową rolę w takim a nie innym oddziaływaniu „Psychozy” odegrał specyficzny montaż oraz muzyka. Pełna napięcia, gwałtowna, wykorzystująca jedynie instrumenty wiolinowe ścieżka dźwiękowa autorstwa Bernarda Hermanna jest zdecydowanie jednym z najważniejszych czynników tworzących klimat tego filmu. Przyznał to nawet sam Hitchcock, który zwykle nie był skory do dzielenia się swoimi sukcesami – w tym przypadku otwarcie powiedział jednak, że 33% powodzenia filmu zależało właśnie od muzyki. Potwierdza to czołówka, gdzie wypisane dużymi literami nazwisko Hermanna pojawia się w strategicznym momencie, tuż przed planszą „Reżyseria: Alfred Hitchcock”.

*

„Psychoza” wielokrotnie wyróżniana była przez Amerykański Instytut Filmowy. W opublikowanej w 2007 roku liście najwybitniejszych dzieł w historii kina, film ten znalazł się na wysokim 14 miejscu. Wygrał natomiast ranking najlepszych thrillerów wszech czasów, wyprzedzając takie tytuły jak „Szczęki”, „Egzorcysta” czy „Milczenie owiec”. Jest to z pewnością wizytówka Hitchcocka i jeden z najlepiej kojarzonych na świecie filmów. Miał on olbrzymi wpływ na przemysł filmowy, dając inspirację dla rozwijanego w latach 70. i 80. gatunku slasherów oraz będąc obiektem interpretacji wielu późniejszych twórców. Można też śmiało stwierdzić, że cytowana do dziś przez wszelkie media scena pod prysznicem stała się zjawiskiem popkultury.

To właściwie dzieło wybitne z jedną małą wadą w postaci zbyt przegadanego zakończenia. Hitchcock wykłada w nim wszystko na tacy, nie pozostawiając nic w sferze domysłów i wyobrażeń widza. Taka forma rozwiązania fabuły wręcz nie pasuje do całości filmu. Przez niektórych zakończenie to traktowane jest jak mrugnięcie okiem reżysera, który upodabnia tym samym swoje dzieło do tanich produkcji telewizyjnych, na które stylizowana miała być „Psychoza”.

Fanowskie plakaty do "Psychozy|

Fanowskie plakaty do „Psychozy|

Jednak, bez względu na wszystko, ten film to wciąż prawie dwie godziny mistrzowskiej gry Hitchocka – maestro suspensu wygrywa potyczkę nie tylko z widzem, który ostatecznie zachowuje się dokładnie tak, jak chciał tego słynny reżyser, ale też z filmową formą. Stosując nowatorskie techniki, wprowadzając przełomowe pomysły i pokazując rzeczy, jakich publiczność kinowa nigdy przedtem nie widziała, Hitchcock zapisał się złotymi zgłoskami w historii dziesiątej muzy. Opowiadając o „Psychozie” Truffaut był świadom tego, co udało mu się w tym filmie osiągnąć. Mówił: „Jestem dumny z faktu, że ‘Psychoza’ – bardziej niż jakikolwiek inny z moich obrazów – należy do nas, filmowców; do ciebie i do mnie”.

Choć w roku premiery film zbierał wśród krytyków i środowiska filmowego mieszane opinie, dziś wiemy, że Hitch się nie mylił. Stworzył arcydzieło, które zrewolucjonizowało kino. Mógłby wtedy podziękować za uwagę i udać się na zasłużoną emeryturę, wypoczywając gdzieś w cieniu swojego pomnika. Ale on postanowił wrócić i trzy lata później nakręcił… „Ptaki”.

Takie rzeczy potrafią tylko najwięksi mistrzowie.

 

Na kolejnej stronie galeria zdjęć zza kulis „Psychozy”


Strony: 1 2





  • John Wayne

    Co taka cisza?
    Świetny artykuł, dzięki!
    A film autentycznie kultowy, dlatego z przyjemnością obejrzałem Hitchcocka z A. Perkinsem.
    Film obejmuje akurat okres w życiu Mistrza, w którym popełniał Psychozę.

  • SilverAG

    Psychoza… Ten tytuł nigdy mi nie pasował. Remake z 1998 r. ten element (i tylko ten) miał lepszy.

  • Leszy

    Należy pamiętać o czym innym. Hitch bardzo wiele wniósł do kinematografii. Ale współcześni czerpią z jego twórczości i udoskonalają, rozwijają. Z tym, że to za mało aby dostać się do panteonu. To wszystko jest wtórne, mimo ze lepsze. Ale lepsze, chociarz wtórne.
    Henry Ford – wielki producent samochodów. Największy w historii. Ale dlaczego nikt nie jeździ wyprodukowanymi przez niego samochodami? Dlaczego nawet firma będąca jego bezpośrednią kontynuacją nie produkuje już forda T?
    Jimi Hendrix – największy gitarzysta wszech czasów. Tylko, że dziś każdy profesjonalny gitarzysta potrafi zagrać dokładnie tak samo jak Hendrix, a nawet szybciej.
    Arystoteles – filozof żyjący dobrze ponad 2000 lat temu. Wielki człowiek. Dziś słuchałby z fascynacją wykładu prowadzonego przez pierwszego z brzegu studenta filozofii, a w dyskusji zostałby rozmieniony na drobne.

    Mi wielką przyjemność sprawia oglądanie dobrego współczesnego filmu – można w nim znaleźć ślady inspiracji dawnymi mistrzami. Oglądanie Hitchcocka jest jak chodzenie po muzeum – bolą nogi.

    • Co z tego, że buduje się dzisiaj Burj Dubaj, skoro widok piramid robi większe wrażenie?

      Nie chodzi o to, kto był pierwszy, tylko o to, w jaki sposób przecierano szlak, jak dochodzono do tego, co dziś nazywa się klasyką. „Psychoza” jest oczywiście fascynująca, ale jest to kumulacja wielu istotnych kwestii: świadomość reżysera oddziaływania na emocje widza, igranie z oczekiwaniami widzów, zabawa formą, narracją. Jaką trzeba było mieć wyobraźnię i jaką odwagę, aby proponować coś tak innowacyjnego – czy już sama konstatacja takich faktów nie wystarcza, aby docenić? Być może wynika to z tego, że chodzenie po muzeach nigdy nie powoduje u mnie bólu nóg, no bo jak? :) To tak jakby historia – HISTORIA!!! – mogła boleć itp – nie rozumiem takiej postawy wykluczającej „stare”, bo „nowe” gra tak samo, jak nie szybciej i dokładniej. I co z tego? W Hendrixie, Arystotelesie, Fordzie, Hitchcocku (Jobsie, Chaplinie, Langu…) można odnaleźć / usłyszeć / zobaczyć coś, czego nikt wcześniej nie odnalazł / nie usłyszał / nie zobaczył. I czuć to do dzisiaj – przynajmniej ja to czuję, gdy widzę film takiego Hitchca.

      • steppenwolf1982

        e tam, denerwują mnie takie kontrargumenty broniące twórczości klasyków ze względu na kontekst czasów w jakich powstawały ich filmy – że w owym czasie były rewolucyjne, nikt wcześniej czegoś takiego nie pokazał itd. – zgadzam się tu z autorem tekstu, że nie ma sensu stawiać im taryfy ulgowej i budować pomnik tylko dlatego, że są „stare” – filmy powinno dzielić się wyłącznie na złe i dobre. to, że filmy hitchcocka zestarzały się w swej konwencji, nie zmienia faktu, że oglądanie ich sprawia mi olbrzymią przyjemność a to, że jężyk kina się zmienił jedynie potęguje moje wrażenia odbioru z czymś wyjątkowym, gdyż jest to jakość, rodzaj elegancji i tego typu specyficzny styl filmowego opowiadania , którego we współczesnym kinie po prostu nie doświadczę.

        • Poniekąd to prawda. Nie chodzi mi o taryfę ulgową dla wszystkiego co „stare”, ale o szacunek dla ich twórców oraz świadomość tego, że ich dzieła znaczyły i znaczą coś więcej ponad „dobry film”, „zły film”. Skoro istnieją inne konteksty, to dlaczego mam je ignorować? Szczególnie się to oczywiście tyczy klasyków przez wielkie K, których deprecjonowanie może trochę drażnić.

          • steppenwolf1982

            oczywiście, dla osób o sporej wiedzy na temat historii kina, umiejących „czytać” treść poprzez kontekst czasów, obcowanie z takim dziełem będzie dodatkową frajdą, niemniej jest to już wyłącznie zabawa filmoznawcza, metafilmowa i jak stwierdził przedmówca – niestety umieszcza film w kategorii „muzeum”, stąd moje veto wobec wyłącznie takiego pojmowania wartości klasyków.

          • ale czy to, że czegoś nie znasz, o czymś nie wiesz, nie potrafisz „czytać” kontekstów – czy w takim przypadku negatywna ocena jest sprawieliwa? Każde dzieło, także film, istnieje dzięki konkretnemu artyście i pomysłom, procesom, które zachodzą w jego głowie.Jeśli ktoś to ignoruje, sprowadza do zerojedynkowej oceny, to po prostu nie jest fair.

          • steppenwolf1982

            ale autor wpisu, do którego się odnosimy, nie zaprzecza roli hitchocka dla współczesnego kina, natomiast samo oglądanie tych filmów nie sprawia mu przyjemności. jeśli więc dla mnie, przy całej znajomości kontekstu i wagi filmu w historii, oglądanie tego ma być mordęgą, to jako widz mam w nosie takie „arcydzieło” i należy jednak status tego dzieła w osobistej opinii zweryfikować. czy rzeźby michała anioła lub muzyka mozarta są cenione tylko dlatego, że rozumiemy czasy w jakich one powstały, czy też ze względu na ich ponadczasowe piękno?

            osobiście, uwielbiam nieme filmy murnau’a ze względu na siłę ich emocjonalnego oddziaływania, empatię wobec bohaterów, niezwykłą sugestywność wizualną, z kolei męczy mnie kino godarda, tak mocno osadzone w społeczno-obyczajowym kontekście i łamiące wszelkie możliwe reguły filmowej konwencji – wiem jak wielki wpływ miała jego twórczość na, chociażby ukochane przeze mnie, kino amerykańskie przełomu lat 60/70′, ale mimo wszystko nie jestem w stanie cenić jego filmów wysoko.

            dlatego twórcy mający wyłącznie ambicję szokować czy zaskakiwać, w ocenie szerszej widowni nie przetrwają próby czasu, zaś kino hitchcocka, kubricka, czy felliniego będzie fascynować niezależnie od kontekstu ich powstania.

      • Leszy

        Więc po co buduje się Burj Dubaj? Chyba jest jakiś powód?
        Zgadzam się z tym co piszesz, ale mi chodzi o wyraźnie podkreślenie, że podział na muzeum i współczesność obowiązuje również w kinie. Można iść do Muzeum Broni Palnej i fascynować się pomysłowością dawnych konstruktorów, ich wyobraźnią i odwagą, aby proponować coś tak innowacyjnego na placu boju. Można to wszystko doceniać, ale na prawdziwej wojnie będzie się używać najnowocześniejszych osiągnięć.
        Mnie interesują nowe pomysły i innowacje. Coś co będzie można docenić w przyszłości (albo nie).
        Mnie naprawdę w muzeum bolą nogi – widocznie mam więcej lat niż ty. :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

SŁUŻBY SPECJALNE - zwiastun nowego filmu Patryka Vegi

Następny tekst

Niebo istnieje… naprawdę



Strony: 1 2

OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE