Analizy filmowe

O Igrzyskach Śmierci raz jeszcze, czyli co lepsze: film czy książka?

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorem gościnnego wpisu jest Krzysztof Skory.

 

Film widziałem ledwie kilka dni temu i przed napisaniem opinii od razu postanowiłem chwycić za książkę autorstwa Suzanne Collins.

 

Głównie dlatego, że sam pomysł wydał mi się genialny w swojej prostocie: życie w biednych dystryktach, bogaty Kapitol, przerysowany chory świat karmiący się przemocą mającą przypominać o tym, kto tu naprawdę rządzi. Kupuję to, bo wydaje mi się, że nieodpowiednio poprowadzona polityka, złe wychowanie, wdrażanie niewłaściwych zasad moralnych, połączone z jakąś katastrofą naturalną, naprawdę mogłyby któregoś dnia doprowadzić do takiej sytuacji. Utopia i dystopia z zasady są wizjami mocno odrealnionymi, ale tę bez problemu łyknąłem. Widziałem jednak, że film nie wykorzystał w pełni możliwości, jakie daje kreowanie tego typu społeczeństw. Byłem zatem przekonany, że po prostu pominięto wiele wątków z powieści i to właśnie dlatego obraz był tylko niezły, a nie legendarny. Przecież historia miała potencjał.

Okazuje się jednak, że film jest bardzo dobrym odzwierciedleniem książki. Ba! Film jest lepszy niż książka, bo postanowiono pozbyć się spowalniaczy, czyli dni, w których Katniss siedziała na drzewie, rozmyślając o tym jaka jest głodna, jaka samotna i jaka smutna. To oczywiście dodawało trochę realizmu sytuacji, bo w powieści arcyważnym elementem historii są głód i jedzenie, cierpienie wywołane samotnością i wewnętrzną walką z potrzebą uśmiercania osób, które na to zwyczajnie nie zasługują. W filmie Rossa można odnieść wrażenie, że suto zastawione stoły nie robią na Katniss wrażenia, w powieści objada się do porzygu. Problem w tym, że wszystkie te przemyślenia bardzo nieumiejętnie hamują tempo akcji, rozładowują napięcie, dają poczucie, że niewielka zmiana stylistyki (dodanie większej ilości mroku tej historii) mogłaby uczynić powieść rewelacyjną.

Także forma narracji pierwszoosobowej w czasie teraźniejszym zawęża pole do popisu. Literacka Katniss raz po raz wspomina o tym, że ludzie w Kapitolu pewnie robią teraz zakłady, że sponsorzy najprawdopodobniej świetnie bawią się przed telewizorami, że w kolejnych dystryktach na pewno ktoś teraz zapłakał, bo zabito mu dziecko, że inni ryczą z radości i upijają się tanią gorzałą. A ja przez cały czas chciałem to zobaczyć, przenieść się do tych wszystkich zaniedbanych przez scenarzystę dystryktów, Kapitolu, stanąć w tłumie przed telebimem i zobaczyć wieczorne „podsumowanie dnia” z Areny. Przecież to było telewizyjne show! Twórcy filmowi trzymali się tak mocno książki, że stwierdzili, iż nie warto wchodzić z buciorami do dystryktów, skoro w oryginalnym tekście sztywno kroczono z postacią głównej bohaterki, skoro czytelnik JEST tą postacią i słyszy wszystkie jej myśli.

Kolejny element zaniedbany w filmie to sponsorzy. Na początku lektury można odnieść podobne wrażenie, ale tam sytuacja dość szybko się rozjaśnia. Wprowadzenie przedmiotu na Arenę kosztuje krocie i tak naprawdę wcześniejsza szopka z publicznymi treningami i prezentacjami przed publicznością miała niewielki wpływ na rzeczywistą pomoc z zewnątrz. Na stronach powieści, Katniss szybko zrozumie, że sponsorzy będą ją wspierać, tylko wtedy jeżeli dobrze odegra rolę kochanki Peety. Miłości na Arenie nie było nigdy wcześniej, to było coś nowego, coś co na pewno przyciągnie widza przez telewizor. Tak więc dostaje nagrody nie za zamordowanie kogoś, nie za spektakularne wysadzenie w powietrze zapasów tylko za buziaczki, przytulanki, zwierzenia i inne umizgi, do których musi się zmuszać wbrew własnej woli. W wersji filmowej wsparcie sponsorów pojawia się tak rzadko, że kinowy widz całkiem logicznie może założyć, że zabieganie o ich uwagę przed igrzyskami było właściwie bezużyteczne.

Ponadto wątek Peeta – Katniss też jest w książce lepiej rozpisany, gdyż koniec końców okazuje się, że najtragiczniejszą postacią w tej powieści jest Peeta, który nie miał zielonego pojęcia, że Katniss od początku udaje uczucie do niego i dowiaduje się o tym praktycznie w ostatniej scenie powieści, co mocno nim wstrząsa. On kochał ją praktycznie od zawsze. Dzięki temu pomimo oczywistego happyendu (w końcu oboje przeżyli, a to było najważniejsze), pierwszy tom tak naprawdę nie kończy się szczęśliwie. Bohaterowie odnoszą gorzkie zwycięstwo.

Z kolei to, co w książce bije kretynizmem całą resztę na głowę, to uczta przy Rogu Obfitości i motyw z dzikimi psami. W filmie tak naprawdę nie dowiadujemy się, co było w plecaku trybuta z Drugiego Dystryktu (dla przypomnienia, to ten największy zabijaka). W powieści chłopak znajduje w swoim tobołku… pancerz. Pancerz, chroniący jego ciało od kostek do szyi. Nie potrafię zrozumieć, jak organizatorzy mogliby pozwolić sponsorom na dostarczenie trybutowi pancerza. Równie dobrze mogliby komuś wysłać bazookę albo uzi. Dla mnie poważnie nieprzemyślany krok. Ale jeszcze głupsze są psy. Już w filmie coś nie gra w tym motywie. Ot nagle przenosimy się do bazy kontrolnej i kilku mężczyzn generuje znikąd zgraję wielkich psów. Otóż w powieści nie są to zwykłe psy. To psy-ludzie. Jest ich dokładnie dwadzieścia jeden i każdy z psów jest skrzyżowaniem trybuta, który umarł na Arenie. Jak to przeczytałem, myślałem, że padnę. Dobrze, że nie umieścili tej głupoty w scenariuszu.

Ostatnim elementem, który ostatecznie przeważył szalę na korzyść filmu to język, jakim została napisana powieść. Oczywiście kluczowy wpływ na to ma wspominana już pierwszoosobowa narracja. W każdym razie przyszło mi czytać e-booka i naprawdę przez pierwszych kilka rozdziałów zastanawiałem się, czy to nie jest jakieś amatorskie tłumaczenie. W końcu jednak zapoznałem się z oryginałem w języku angielskim i szybko okazało się, że ta książka faktycznie napisana jest bardzo prostym, pozbawionym klimatu językiem. Szkoda, po raz kolejny muszę napisać, że narracja trzecioosobowa mogłaby dodać dużo walorów tej historii.

Przed lekturą kolejnej części byłem pełen nadziei, że dzięki zwycięstwu Katniss w igrzyskach widzowi szybko uda się poznać również drugą stronę tego chorego świata. W końcu powinna zostać mentorką nowych trybutów. Byłaby to wspaniała okazja, żeby ukazać pogrążony w euforii, pijany od emocji Kapitol, środowisko sponsorów i mechanizm wspierania zawodników. Wygląda jednak na to, że autorka wymyśliła dla czytelników coś innego. Co? To niech zostanie już tajemnicą. W każdym razie zarówno z powieści, jak i z filmu dowiadujemy się, że Katniss w dalszym ciągu może spodziewać się kłopotów.

Mnie z kolei nie brak nadziei, że scenarzyści nie spotkają się z nimi przy tworzeniu scenariusza do wchodzącej w przyszłym roku kinowej kontynuacji „Igrzysk śmierci”. Przecież już raz udało im się udowodnić, że są w stanie stworzyć dzieło porównywalne, a może nawet lepsze od literackiego pierwowzoru.

Ostatnio dodane