Igrzyska śmierci - książka a film | FILM.ORG.PL

O Igrzyskach Śmierci raz jeszcze, czyli co lepsze: film czy książka?








Tekst gościnny
24.09.2012


Autorem gościnnego wpisu jest Krzysztof Skory.

 

Film widziałem ledwie kilka dni temu i przed napisaniem opinii od razu postanowiłem chwycić za książkę autorstwa Suzanne Collins.

 

Głównie dlatego, że sam pomysł wydał mi się genialny w swojej prostocie: życie w biednych dystryktach, bogaty Kapitol, przerysowany chory świat karmiący się przemocą mającą przypominać o tym, kto tu naprawdę rządzi. Kupuję to, bo wydaje mi się, że nieodpowiednio poprowadzona polityka, złe wychowanie, wdrażanie niewłaściwych zasad moralnych, połączone z jakąś katastrofą naturalną, naprawdę mogłyby któregoś dnia doprowadzić do takiej sytuacji. Utopia i dystopia z zasady są wizjami mocno odrealnionymi, ale tę bez problemu łyknąłem. Widziałem jednak, że film nie wykorzystał w pełni możliwości, jakie daje kreowanie tego typu społeczeństw. Byłem zatem przekonany, że po prostu pominięto wiele wątków z powieści i to właśnie dlatego obraz był tylko niezły, a nie legendarny. Przecież historia miała potencjał.

Okazuje się jednak, że film jest bardzo dobrym odzwierciedleniem książki. Ba! Film jest lepszy niż książka, bo postanowiono pozbyć się spowalniaczy, czyli dni, w których Katniss siedziała na drzewie, rozmyślając o tym jaka jest głodna, jaka samotna i jaka smutna. To oczywiście dodawało trochę realizmu sytuacji, bo w powieści arcyważnym elementem historii są głód i jedzenie, cierpienie wywołane samotnością i wewnętrzną walką z potrzebą uśmiercania osób, które na to zwyczajnie nie zasługują. W filmie Rossa można odnieść wrażenie, że suto zastawione stoły nie robią na Katniss wrażenia, w powieści objada się do porzygu. Problem w tym, że wszystkie te przemyślenia bardzo nieumiejętnie hamują tempo akcji, rozładowują napięcie, dają poczucie, że niewielka zmiana stylistyki (dodanie większej ilości mroku tej historii) mogłaby uczynić powieść rewelacyjną.

Także forma narracji pierwszoosobowej w czasie teraźniejszym zawęża pole do popisu. Literacka Katniss raz po raz wspomina o tym, że ludzie w Kapitolu pewnie robią teraz zakłady, że sponsorzy najprawdopodobniej świetnie bawią się przed telewizorami, że w kolejnych dystryktach na pewno ktoś teraz zapłakał, bo zabito mu dziecko, że inni ryczą z radości i upijają się tanią gorzałą. A ja przez cały czas chciałem to zobaczyć, przenieść się do tych wszystkich zaniedbanych przez scenarzystę dystryktów, Kapitolu, stanąć w tłumie przed telebimem i zobaczyć wieczorne „podsumowanie dnia” z Areny. Przecież to było telewizyjne show! Twórcy filmowi trzymali się tak mocno książki, że stwierdzili, iż nie warto wchodzić z buciorami do dystryktów, skoro w oryginalnym tekście sztywno kroczono z postacią głównej bohaterki, skoro czytelnik JEST tą postacią i słyszy wszystkie jej myśli.

Kolejny element zaniedbany w filmie to sponsorzy. Na początku lektury można odnieść podobne wrażenie, ale tam sytuacja dość szybko się rozjaśnia. Wprowadzenie przedmiotu na Arenę kosztuje krocie i tak naprawdę wcześniejsza szopka z publicznymi treningami i prezentacjami przed publicznością miała niewielki wpływ na rzeczywistą pomoc z zewnątrz. Na stronach powieści, Katniss szybko zrozumie, że sponsorzy będą ją wspierać, tylko wtedy jeżeli dobrze odegra rolę kochanki Peety. Miłości na Arenie nie było nigdy wcześniej, to było coś nowego, coś co na pewno przyciągnie widza przez telewizor. Tak więc dostaje nagrody nie za zamordowanie kogoś, nie za spektakularne wysadzenie w powietrze zapasów tylko za buziaczki, przytulanki, zwierzenia i inne umizgi, do których musi się zmuszać wbrew własnej woli. W wersji filmowej wsparcie sponsorów pojawia się tak rzadko, że kinowy widz całkiem logicznie może założyć, że zabieganie o ich uwagę przed igrzyskami było właściwie bezużyteczne.

Ponadto wątek Peeta – Katniss też jest w książce lepiej rozpisany, gdyż koniec końców okazuje się, że najtragiczniejszą postacią w tej powieści jest Peeta, który nie miał zielonego pojęcia, że Katniss od początku udaje uczucie do niego i dowiaduje się o tym praktycznie w ostatniej scenie powieści, co mocno nim wstrząsa. On kochał ją praktycznie od zawsze. Dzięki temu pomimo oczywistego happyendu (w końcu oboje przeżyli, a to było najważniejsze), pierwszy tom tak naprawdę nie kończy się szczęśliwie. Bohaterowie odnoszą gorzkie zwycięstwo.

Z kolei to, co w książce bije kretynizmem całą resztę na głowę, to uczta przy Rogu Obfitości i motyw z dzikimi psami. W filmie tak naprawdę nie dowiadujemy się, co było w plecaku trybuta z Drugiego Dystryktu (dla przypomnienia, to ten największy zabijaka). W powieści chłopak znajduje w swoim tobołku… pancerz. Pancerz, chroniący jego ciało od kostek do szyi. Nie potrafię zrozumieć, jak organizatorzy mogliby pozwolić sponsorom na dostarczenie trybutowi pancerza. Równie dobrze mogliby komuś wysłać bazookę albo uzi. Dla mnie poważnie nieprzemyślany krok. Ale jeszcze głupsze są psy. Już w filmie coś nie gra w tym motywie. Ot nagle przenosimy się do bazy kontrolnej i kilku mężczyzn generuje znikąd zgraję wielkich psów. Otóż w powieści nie są to zwykłe psy. To psy-ludzie. Jest ich dokładnie dwadzieścia jeden i każdy z psów jest skrzyżowaniem trybuta, który umarł na Arenie. Jak to przeczytałem, myślałem, że padnę. Dobrze, że nie umieścili tej głupoty w scenariuszu.

Ostatnim elementem, który ostatecznie przeważył szalę na korzyść filmu to język, jakim została napisana powieść. Oczywiście kluczowy wpływ na to ma wspominana już pierwszoosobowa narracja. W każdym razie przyszło mi czytać e-booka i naprawdę przez pierwszych kilka rozdziałów zastanawiałem się, czy to nie jest jakieś amatorskie tłumaczenie. W końcu jednak zapoznałem się z oryginałem w języku angielskim i szybko okazało się, że ta książka faktycznie napisana jest bardzo prostym, pozbawionym klimatu językiem. Szkoda, po raz kolejny muszę napisać, że narracja trzecioosobowa mogłaby dodać dużo walorów tej historii.

Przed lekturą kolejnej części byłem pełen nadziei, że dzięki zwycięstwu Katniss w igrzyskach widzowi szybko uda się poznać również drugą stronę tego chorego świata. W końcu powinna zostać mentorką nowych trybutów. Byłaby to wspaniała okazja, żeby ukazać pogrążony w euforii, pijany od emocji Kapitol, środowisko sponsorów i mechanizm wspierania zawodników. Wygląda jednak na to, że autorka wymyśliła dla czytelników coś innego. Co? To niech zostanie już tajemnicą. W każdym razie zarówno z powieści, jak i z filmu dowiadujemy się, że Katniss w dalszym ciągu może spodziewać się kłopotów.

Mnie z kolei nie brak nadziei, że scenarzyści nie spotkają się z nimi przy tworzeniu scenariusza do wchodzącej w przyszłym roku kinowej kontynuacji „Igrzysk śmierci”. Przecież już raz udało im się udowodnić, że są w stanie stworzyć dzieło porównywalne, a może nawet lepsze od literackiego pierwowzoru.

Tekst gościnny

Tekst gościnny

Jeśli potrafisz pisać recenzje lub artykuły filmowe (które zazwyczaj lądują w Twojej szufladzie), a chciałbyś zaprezentować się przed tysiącami czytelników, możesz gościnnie publikować na naszej stronie! Przy większej i regularnej liczbie tekstów, takie osoby takie dopisujemy do stałej współpracy.
Napisz do nas: wspolpraca@film.org.pl
Tekst gościnny

Tekst gościnny - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Rafał Donica

    Fatalny film, żadnej sensownej akcji, zero napięcia i te z kosmosu wzięte zwroty akcji – może wygrac jedna osoba, albo nie, mogą wygrać dwie osoby, zmiana, może jednak wygrac jedna osoba – co za napięcie, ledwo dotrwałem do końca tego koszmarku. Nie rozumiem kultu, którym otaczane są książki, jeśli reprezentują ten sam poziom co film. Poza tym jedno i drugie zrzyna bezlitosnie z „Battle Royale”, ale w japońskim filmie były przynajmniej konkretne akcje, zaskakujący punkt wyjściowy, no i Takeshi Kitano ;)

    • yossarian

      Przecież zwroty akcji nie są z kosmosu, skąd taka myśl? To miało unaocznić kto tu naprawdę rządzi w kwestii zasad i że tak naprawdę zasady są zmieniane w zależności od potrzeb władzy.

    • Cellist

      Z Battle Royale IŚ łączy tylko bardzo ogólny szkielet fabuły. Lubię BR w wersji mangowej, ale film uważam za koszmarnie zagrany: aktorstwo na poziomie marnej telenoweli i nie ratuje tego nawet Takeshi Kitano. Odnoszę wrażenie, że tyle osób ma pretensje do Igrzysk Śmierci na zasadzie „że ci głupi Amerykanie”. Poza tym, skoro nie czytałeś książek, skąd masz pewność, że zrzynały z BR?

  • meeeee

    Fatalny ten artykuł widać, że autor przeczytał książkę powierzchownie nie doszukując się tego co było ważne, film był bardzo słaby w porównaniu z książką. Zero jakiegokolwiek napięcia, przywiązania do postaci itp. dlatego stwierdzenie że film był lepsze pozostaje bez komentarza, co on w ogóle sopbie myślał?;/

  • Ania

    Według mnie film był beznadziejnie zekranizowany. W ogóle nieoddany. Nie wiem, kto pisał ten artykuł, ale się nie zna. W tym przypadku jak i w większości stwierdzam, że książka jest sto razy lepsza od filmu np. W książce Katniss dostała broszkę od córki burmistrza a w filmie kupiła ją sobie na Ćwieku lub w filmie przed rozpoczęciem igrzysk Cinna w TAJEMNCY przyczepił jej broszkę pod kurtkę natomiast w książce każdy trybut mógł mieć ze sobą jedną rzecz ze swojego dystryktu…a. Jeszcze bym zapomniała wspomnieć o Effie Trinket. Podczas dożynek ma na sobie zielony kostium a nie jakąś sukienkę. Mam jeszcze uwagi, co do Haymitch’a. Nie dziwi was to, że w książce jest „brzuchatym mężczyzną w średnim wieku” z ciemnymi, kręconymi włosami a w filmie jest szczupłym blondynem? Tak samo w filmie nie pojawił się na dożynkach. Natomiast w książce, kiedy wszedł na scenę całkiem upity uściskał Effie a następnie zwymiotował… A jeszcze tylko wspomnę o zmiechach. W książce są to ogromne psy, które mają ścierać w kolorze włosów zmarłych trybutów i tak samo oczy. Jednak w filmie zmiechy są jednakowe. Tyle uwag chyba wystraszy. Teraz powiem o sowich wrażeniach. Na początku nie mogłam się doczekać filmu po tym jak przeczytałam całą doskonałą trylogię Suzanne Collins. Ale kiedy obejrzałam film nogi się pode mną ugięły… Chciałam wyjść z kina po pierwszych dziesięciu minutach. Jednak postanowiłam wytrzymać do końca. Kiedy film się skończył szybko wyszłam z sali kinowej. Byłam zbulwersowana. W mojej głowie kłębiły się tysiące pytań:, Czemu aktorzy nie przypominają bohaterów z książki? Dlaczego Katniss KUPIŁA sobie broszkę? Czemu w filmie Katniss nie dostała spadochronu z jagnięciną czy lekarstwem usypiającym dla Petty mogła iść po lekarstwo? I wiele więcej…Moim znaniem osobom, które nie czytały mogły być zachwycone filmem jednak książkomaniacy byli zawiedzeni jak ja tą beznadziejną adaptacją filmu.

  • Elerine

    Mnie film nie zachwycił ale mimo wszystko jakoś tak wyszło, że wzięłam się za książkę i nie żałuję. Oczywiście nie zgodzę się z autorem, że film jest lepszy od książki:) Dla mnie adaptacja w ogólne nie jest emocjonująca, nie mogłam się na tyle zżyć z bohaterami żeby naprawdę przejmować się ich losami, poza tym wszystko mi się dłużyło i nawet jak już była jakaś akcja to nie robiło to na mnie wrażenia. W książce natomiast postacie były bardziej rozbudowane, można było je zrozumieć i polubić. Zgodzę się jednak co do formy i języka użytego w książce, miałam identyczne odczucia:). Ogólnie to nie lubię tego typu narracji no ale w ciągu czytania jakoś się przyzwyczajam. Uważam też, że takie książki ciężko przenieść na ekran, bo w tym pierwszym mamy non stop kontakt z myślami i przemyśleniami bohaterki, widzimy wszystko to co ona, a w filmie tego nie ma. Nie jesteśmy już tak związani, film też nie obrazuję nam jej toku myślenia przez co wydaję mi się że bohaterka traci na barwności. Nie widzimy jak powoli odkrywa jak się gra w Głodowe Igrzyska. Przykładem niech będą właśnie prezenty od sponsorów, w książce nie tylko są one pomocne dzięki samej zawartości, poprzez nie wywiązuję się też komunikacja między Katniss a jej mentorem. Obecność lub brak prezentu wskazywały jej poniekąd kolejny krok. W filmie dostaje je dość przypadkowo.
    Ogólnie artykuł moim zdaniem jest dobry:) Jedyne czego mogłabym się czepić to stwierdzenie że pancerz i psy to taki straszny kretynizm. Jeśli chodzi o pancerz to można polemizować bo jednak głowę miał odkrytą więc nie był nie pokonany, tym bardziej dla kogoś strzelającego z łuku. Psy jednak to inna sprawa, jest wyjaśnione w kolejnych częściach ich pochodzenie i dlaczego miały cechy zmarłych dystryktów i moim zdaniem to było całkiem ciekawe, a nie kretyńskie.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

ParaNorman

Następny tekst

Najlepsze blockbustery wakacji 2012



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE