12 MAŁP – polemika i kontranaliza | FILM.ORG.PL

12 MAŁP – polemika i kontranaliza

Polemika z analizą Kelleya








Tekst gościnny
23.11.2016


Autorem polemiki jest Marscorpio.

UWAGA! PRZED POLEMIKĄ PRZECZYTAJ ORYGINALNĄ ANALIZĘ I JEJ SUPLEMENT!

12 MAŁP to bez wątpienia jeden z najwybitniejszych filmów SF w dziejach kinematografii. W związku z tym zdecydowałem się rozprawić z błędnymi ustaleniami poczynionymi przez Edwarda Kelleya – KELLEYA (dalej – EKK) w analizie, do której powyżej odsyłam.

UWAGI TECHNICZNE: przytoczenia z analizy EKK umieszczam pochyłą, czerwoną kursywą (cytat), natomiast przytoczenia z filmu ’12 MAŁP’ (za polską edycją dvd) i z innych tekstów kultury bądź źródeł, a także wyrażenia i zwroty metaforyczne umieszczam w tradycyjnym cudzysłowie („cytat” lub „metafora”). W przypadku, kiedy znacząco modyfikuję któryś z cytatów, zaznaczam to nawiasem kwadratowym ([tzn. uzupełnienie lub usunięcie – marscorpio]).

1.

Przedłożona przez EKK interpretacja ’12 MAŁP’ wzbudziła wiele kontrowersji. Argumentuje on następująco: Terry Gilliam to artysta wybitny: mag kina. Tymczasem science fiction to wyłącznie merkantylne i rozrywkowe produkcje. Ergo, Gilliam nie mógł stworzyć filmu SF, ponieważ on (a w zasadzie jego talent) i ten nietypowy dla niego gatunek (w domyśle – tandetny i trywialny; najprawdopodobniej według autora analizy nawet ‚BRAZIL’, jako dzieło orwellowskie, doń nie należy), są wzajemnie niekompatybilne. W przeciwnym wypadku oznaczałoby to postępujący proces komercjalizacji [jego] twórczości, budziłoby zdziwienie. Dlatego też należy przyjąć, że ’12 MAŁP’ to nie żadna fantastyka naukowa, a coś zdecydowanie bardziej ambitnego. Najpewniej zawiera, niczym pisma gnostyków czy kabalistów, jakiś hermetyczny komunikat, ukryty przed widzem masowym, który z powodu umysłowego lenistwa nie zauważa, że reżyser porozumiewawczo mruga [do niego] okiem. Tym samym nie potrafi rozszyfrować prawdziwego znaczenia treści filmu, wykryć podtekstu, który Gilliam […] stara się przemycić. Oczywiście, zawsze znajdzie się ktoś, kto go w tym wspomoże lub nawet wyręczy…


2.

Zacznijmy od tego, co wprawdzie po wielokroć zostało już skonstatowane, ale jest tak istotne, że pominąć tego nie sposób. Otóż tak naprawdę niewielkie znaczenie ma to, czy Jamesa Cole’a można uznać za osobę niepoczytalną, czy też nie. Istotą jest, czy w przedstawionej nam rzeczywistości 1990/1996 odkrywamy taki ciąg wydarzeń, który uprawdopodabniałby tę wizję przyszłości 2035, jaką mu zawdzięczamy. Taki ciąg wydarzeń występuje i nie sposób go zakwestionować, co wytłumaczę w rozdziale 3.Przeprowadzona przez EKK analiza filmu – przyznać należy, iż nadzwyczaj solidna (obym częściej takie czytał!) – skłoniła go do dwóch konkluzji: (1) nie ma mowy o żadnych podróżach w czasie, a (2) James Cole jest chory psychicznie. Innymi słowy, świat przyszłości A.D. 2035 obłąkany bohater wymyślił. To w całości wytwór imaginacji, majaczenie, nieistniejąca, alternatywna rzeczywistość, rzeczywistość chorego umysłu. Realne są wyłącznie wydarzenia 1990 i 1996 roku. Tym samym mamy do czynienia nie z jakimś tam sci-fi, a ze studium szaleństwa. Oczywiście, tym podobna kwalifikacja nobilituje to dzieło, uwzględnia bowiem problematykę psychologiczną w stopniu, jakiego nie powstydziliby się Bergman, Fellini czy Tarkowski. W ten oto sposób EKK wyegzorcyzmował ’12 MAŁP’ i transponował je z rejonu kultury popularnej w rejon kultury elitarnej. Po prawdzie, odtąd to rzeczywiście jeden z najwybitniejszych filmów ostatniej dekady XX wieku. STUDIUM SZALEŃSTWA przecież, a czy może być coś równie poważnego w późnej nowoczesności?

Doskonale wiemy, że współcześni naukowcy „rozpracowują” różnego rodzaju wirusy czy bakterie. Tak te, jak i inne ich działania częstokroć wzbudzają, nie zawsze zasadny, niepokój opinii publicznej. O interesującym nas zagadnieniu Robert Cooke, członek Stowarzyszenia Pisarzy Naukowych NASW, wypowiadał się następująco: „Prowadzone są […] eksperymenty genetyczne, i to w warunkach niepełnego bezpieczeństwa. […] W obecnym stanie rzeczy wydaje się coraz bardziej prawdopodobne, że będziemy świadkami wyhodowania Ťbakteryjnego szczepu Andromedať [aluzja do powieści M. J. Crichtona], który może rozprzestrzenić się w największych miastach” (‚Wyzwanie naturze. Nowy wspaniały świat inżynierii genetycznej’, 1977, Warszawa 1983, s. 243).

Nie bez powodu akcja ’12 MAŁP’ z Baltimore przenosi się do Filadelfii – to tam w 1976 roku wybuchła niezidentyfikowana epidemia (tzw. „choroba legionistów”), która pochłonęła 34 ofiary, zaś ponad 150 osób odczuwało z tego powodu poważne dolegliwości. Cooke podaje: „Dla naukowców i obserwatorów wydarzeń Filadelfia stała się przerażającym symbolem tego, co może nastąpić – nawet na jeszcze większą skalę – z chwilą wydostania się na wolność jakiegoś nowo skonstruowanego, niedającego się opanować zarazka” (dz. cyt., s. 244). To jeden z bardziej medialnych tematów końca ubiegłego stulecia.

Obraz ten dopełniają przekonania najbardziej radykalnych przedstawicieli ruchów ekologicznych, których wyrazem może być na przykład publikowana w zbiorze esejów poświęconych etyce środowiska, wielokrotnie przytaczana i wciąż budząca konsternację wypowiedź Williama Aikena: „Czymś pożądanym byłaby masowa śmiertelność ludzi. Naszym zadaniem jest ją sprowokować. Obowiązkiem naszego gatunku wobec środowiska jest zmniejszenie liczby ludzi o 90%!” (cyt. za L. Ferry, ‚Nowy ład ekologiczny. Drzewo, zwierzę i człowiek’, 1992, Warszawa 1995, s. 80).


Podczas szkolenia, które Cole odbywa w 2035, dowiadujemy się, że wirus został rozprowadzony w Filadelfii około 13 grudnia 1996. Dalej wymienia on następne miasta, w których wystąpiła epidemia: San Francisco, New Orlean, Rio de Janeiro, Rzym, Kinszasa, Karaczi, Bangkok, Pekin. Natomiast w scenie na lotnisku obserwujemy, jak kasjerka przegląda wszystkie bilety, które zakupił przewożący „próbki biologiczne” asystent dr. Goines’a. Wylicza te same miasta i w identycznej kolejności. Tak zatem droga, jaką „przemierzył” wirus, powodując epidemię, to trasa jego „tygodniowej” podróży, która rozpoczęła się dokładnie 12 grudnia 1996 (tę datę możemy spostrzec na obu gazetach, ‚THE PHILADELPHIA INQUIRER’ oraz ‚USA TODAY’). Taki ciąg wydarzeń, jakkolwiek nie do końca przedstawiony w filmie, został jednoznacznie zasugerowany. Cole tego nie wymyślił – mamy do czynienia z „wiedzą historyczną”. Przekazać mógł mu ją wyłącznie ktoś, kto rozwój i przebieg epidemii przeanalizował w przyszłości.W tym też kontekście, z konieczności jedynie naszkicowanym, należy usytuować dzieło Terry’ego Gilliama pt. ’12 MAŁP’. Oto dr Leland Goines, ojciec Jeffrey’a, światowej sławy wirusolog, prowadzi badania, które stanowią zagrożenie dla ludzkości. Ma tego świadomość – „ostrzegał ludzi od lat o niebezpieczeństwach eksperymentowania z wirusami DNA”. Zresztą fragment jego przemówienia z okazji otrzymania Nagrody Nobla to podstawowe kwestie rozprawy Hansa Jonasa ‚Zasada odpowiedzialności. Etyka dla cywilizacji technologicznej’, filozoficznego bestsellera końca XX wieku: „wielka odpowiedzialność”, „niebezpieczeństwa nauki”, „Prometeusz”, „[obawianie się] mocy, jaką dysponujemy”, itd. Wystarczyła jedna telefoniczna rozmowa z niezrównoważoną według niego kobietą, by i tak zdecydował się „unowocześnić” i „wzmocnić” laboratoryjne zabezpieczenia. Zadanie to powierza swemu asystentowi, którego w filmie widzimy trzykrotnie. Ten jednak okazuje się socjopatą – „szaleńcem Apokalipsy”, któremu zawadza „komedia ludzka”.

Z wydarzeń ukazanych w filmie wynika zatem, że ludzkość czeka zagłada. Jeżeli rzeczywiście niezadługo wybuchnie epidemia, a wszystko na to wskazuje, to postapokaliptyczna rzeczywistość staje się prawdopodobna, więcej nawet – staje się faktem. Jedno wiąże się z drugim. Realia świata 2035 roku stanowią konsekwencję makabrycznej decyzji asystenta dr. Goines’a. Nawet jeżeli obraz przyszłości został w taki czy inny sposób zdeformowany za sprawą percepcji Jamesa Cole’a, idea ludzkości walczącej wówczas o przetrwanie jest jak najbardziej wiarygodna. Powiedziano: „[…] szaleństwo dnia dzisiejszego przygotowało cichy tryumf desperacji jutra”.

3.

Wobec powyższego, EKK mógłby utrzymywać, co zresztą czyni, iż (a) scena na lotnisku to jedynie sen, a (b) epidemia to wymysł pacjenta szpitala psychiatrycznego.

W pierwszym przypadku (a) przekonuje: Ludzie w terminalu mają twarze pokryte jakby teatralną szminką – maską. To sugeruje, że ta sekwencja nie dzieje się naprawdę, że w istocie jest jeszcze jednym tworem umysłu Jamesa. Oczywiście, tym podobnego spostrzeżenia zlekceważyć nie wolno, mimo że dotyczy tylko kilku osób (EKK je wykadrował), pozostałe zaś „wyglądają” normalnie. Według mnie jednak można to tłumaczyć na różne sposoby, przy czym sen wydaje się najmniej prawdopodobny. Zabieg nadmiernego makijażu w teatrze modernistycznym (Maeterlinck, Hauptmann, Ibsen, Strindberg, Witkacy i in.), w którym się upowszechnił, często sygnalizował kontakt ze śmiercią. Cole wyznał wcześniej: „Wszędzie widzę umarłych”. To najbardziej odpowiedni moment, by ci, którzy żyją, wydawali mu się martwi: niezadługo, jako 8-letni chłopiec, będzie tego naocznym świadkiem. Dalej, podróżowanie w czasie to czynność w zasadzie mentalna – naukowcy potrzebowali ludzi „silnych umysłowo”. Cole porzuca teraźniejszość/przeszłość każdorazowo w momencie utraty koncentracji: w 1990 roku po nafaszerowaniu psychotropami (dlatego tak protestuje: „Nie! Nie chcę żadnych prochów!”), a w 1996 – gdy dopuszcza do siebie myśl, iż być może oszalał i rozpoczyna ekstatyczny taniec w wodzie. A w tym miejscu – słusznie określonym jako doświadczenie graniczne – widzi dokładnie to, co już widział, gdy miał 7 lat; ponadto tu „odżywa” tak często prześladujący go sen. To mogło spowodować chwilowe rozkojarzenie, a nawet szok – przypomnijmy, że jak był oszołomiony lekami, twarze strażników, tego z 1990 i tego z 2035, nakładały się. Jak sam mówi: „Wszystko się mieszało […]”. Poza tym w żadnym wypadku nie mamy do czynienia z konwencją oniryczną. Homogeniczność przestrzeni i czasu nie została zerwana: bohaterowie wyruszyli na lotnisko w Filadelfii i tamże dotarli; wyruszyli w dniu, w którym Armia 12 Małp przeprowadziła swoją akcję w zoo i to jest bieżącym tematem prasy, itd. Rzeczywistość jest jak najbardziej stabilna, szczegółowa stopniu równym: ani bardziej, ani mniej niż wcześniej. Nie można też twierdzić, iż została podporządkowana Cole’owi, co zdecydowanie uwidacznia m.in. przedostatnia scena, która stanowi integralną część filmu, mimo że EKK odmawia jej prawa bytu, przypisując ją producentom. Natomiast inwazja agentów z przyszłości, cokolwiek podejrzana, znajduje uzasadnienie za sprawą logiki i dramaturgii wydarzeń, jak również jest konsekwencją PODPORZĄDKOWANIA SIĘ PIERWOWZOROWI, który stanowi ‚LA JETÉE’ (obszerniej na ten temat w rozdziale 5), gdzie występuje identyczny motyw. Wreszcie, o ile się nie mylę, Terry Gilliam ma w zwyczaju wyraźnie oddzielać to, co rzeczywiste, od tego, co urojone lub wyśnione – wystarczy przypomnieć zakończenie ‚BRAZIL’. I jeszcze jedno – w jaki to sposób Cole „wyśnił” asystenta dr. Goinesa, skoro w ogóle go nie zna? ROZPOZNAJE go nie on, a dr. Railly! Wcześniej EKK tak bezbłędnie nam logikę snu wyłożył, że nie powinien był tego przeoczyć. Bo przypuszczenie, że również ona sama jest wytworem jego imaginacji, to już kompletne nieporozumienie (na temat statusu ontologicznego postaci zob. rozdział 4).


4.

Zauważmy, że James Cole nie jest jedynym, który to wie i który w związku z tym podróżuje w czasie. Otóż w listopadzie 1996, w Baltimore, w ramach The Alexander Lectures dr Kathryn Railly wygłasza wymieniony wyżej odczyt. Podaje dwa przykłady, powołując się na zapiski średniowiecznych urzędników oraz sprawozdania lekarskie z okresu I wojny światowej.Z kolei w przypadku drugim (b) EKK poprzestaje na stwierdzeniu, iż otwierający film fragment „wywiadu z pacjentem, u którego zdiagnozowano schizofrenię paranoidalną”, wedle którego w 1997 wirus uśmierci 5 miliardów ludzi, pierwszy wskazuje na to, że to, co widz zobaczy […], niekoniecznie należy brać dosłownie. Bez trudu odkryć tu można błędne koło – ktoś, kto zapowiada apokalipsę, musi być wariatem, a skoro wariat zapowiada apokalipsę, apokalipsa to wariactwo. Przy tej okazji wypadałoby zacytować klasykę: „Na świecie było tyle dżum co wojen. Mimo to dżumy i wojny zastają ludzi zawsze tak samo zaskoczonych. […] Nasi współobywatele byli pod tym względem tacy sami jak wszyscy, myśleli o sobie, inaczej mówiąc byli humanistami: nie wierzyli w zarazy. Zaraza nie jest na miarę człowieka, więc powiada się, że zaraza jest nierzeczywista […]. Nasi współobywatele […] myśleli, że […] zarazy są niemożliwe”. Mowa oczywiście o mieszkańcach Oranu, „miasta bez podejrzeń”, jak je nazywa narrator powieści, której fragment przytoczyłem, czyli ‚DŻUMY’ Alberta Camusa. Takim samym „miastem bez podejrzeń” jest Baltimore, gdzie 12 kwietnia 1990 w tamtejszym County Hospital zdiagnozowano James’a Cole’a (bo domyślamy się, że wstępne przytoczenie to jego słowa). Przypomnijmy, co kelner powiedział Jeffrey’owi Goinesowi po tym, jak upuścił hamburgera: „Nie wierzę w zarazki. Zarazki zostały wymyślone […]”. Ci, którzy ogłaszają koniec świata, są postrzegani jako szaleńcy. Przypomnijmy tytuł wystąpienia dr Railly: ‚Madness and Apocaliptic Visions’, czyli ‚Szaleństwo i apokaliptyczne przepowiednie’. W pooświeceniowym porządku myślowym wydaje się to tożsame. Niejednokrotnie spotkałem się z całkiem rozsądną uwagą, że gdyby Chrystus zdecydował się na paruzję, czyli powtórne przyjście właśnie w naszym świecie, w naszej teraźniejszości – najpewniej zostałby zamknięty w klinice i poddany terapii psychiatrycznej. „Psychologia to nowa religia”. Tak zatem to, iż Cole’a uznano za niepoczytalnego, to „normalna” procedura psychiatryczna, kiedy ktoś ogłasza tym podobne rewelacje (od revelatio – objawienie). Dramaturgię w filmie buduje napięcie między tym, co postaciom z 1990/1996 wydaje się niedorzeczne, a tym, o czym Cole wie (a wraz z nim my, widzowie), że się stanie. Że nastąpi niemal całkowita zagłada ludzkości, w którą nikt nie wierzy.

Pierwszy przykład dotyczy kaznodziei, który pojawił się nagle w wiosce Wyle, niedaleko Stonehenge, w 1362 roku. „Używał nieznanych słów i mówił z dziwacznym akcentem oraz głosił straszne przepowiednie o zarazie, która, jak mówił, zabije ludzkość za około 600 lat”. My natomiast widzimy go w Filadelfii w 1996 niedaleko „opuszczonego teatru” i siedziby Armii 12 Małp. To dokładnie ta sama postać, którą przedstawiała rycina, tak samo ubrana oraz upozowana – w lewej ręce dzierży krzyż, w prawej dużą rozwartą księgę. Co więcej, podczas wykładu dr Railly przytaczała kwestię z XIV wieku: „I jedna z czterech bestii wręczyła siedmiu aniołom siedem złotych fiolek pełnych gniewu Bożego…”. Natomiast interesujący nas mężczyzna dopowiada: „Siódmy anioł opróżnił swą fiolkę w powietrze i pojawił się…”. Jak to wytłumaczyć? Oczywiście, można przyjąć, że korzystał z podobnych źródeł, co ona, a może nawet z jej książki, i naśladuje owego średniowiecznego kaznodzieję, który został przez nią wspomniany. Ot, amerykański folklor religijny. Zauważmy jednak, że do Cole’a, który dotąd nie zwracał nań w ogóle uwagi, tak bardzo był zaabsorbowany poszukiwaniem siedziby Armii 12 Małp, krzyczy on nagle: „Ej ty, jesteś jednym z nas”. Prawdopodobne zatem wydaje się założenie, że również pochodzi z 2035. Z drugiej strony, owszem, możemy to potraktować jako kolejny omam. Problem w tym, że odbywa się to w tzw. świecie realistycznym i obiektywnym, w którym bohaterowie posiadają autonomiczny byt. Przypomnijmy, że to podstawowe kryterium, które pozwalało EKK zidentyfikować, co realne, a co urojone. Odróżniając quasi-rzeczywistość 2035 od realiów 1990/1996, pisał, że w tym drugim przypadku postaci mają własne życie niezależnie od obecności głównego bohatera, a dzieje się tak dlatego, że istnieją Ťobiektywnieť, nie są nijak od niego zależne. Kaznodzieję widzimy zaś dwukrotnie: za pierwszym razem znajduje się poza horyzontem percepcji Cole’a i Kathryn, którzy dopiero wjeżdżają do miasta. Istnieje zatem niezależnie, obiektywnie, podobnie jak psychiatra czy asystent dr. Goines’a. Bardziej prawdopodobne wydaje się zatem założenie, że podróżuje w czasie i ogłasza koniec świata.


Kolejnym podróżnikiem w czasie jest mężczyzna, który informuje Cole’a, każdorazowo mianując go „Bobem”, że kontrola nad „ochotnikami” jest sprawowana poprzez „nadajnik” umieszczony w zębie – sam własne usunął. Odzywa się doń także w 2035, i to dwukrotnie. Za pierwszym razem podaje trzy możliwości: jest więźniem z sąsiedniej celi, wytworem wyobraźni lub członkiem Gabinetu, któremu powierzono obserwację Cole’a. To on podpowiada bohaterowi, jak namówić naukowców, by znowu odesłali go do 1996, a także uzmysławia mu, iż pragnie związku z Kathryn Railly. Niektórzy widzowie zapewne zorientowali się, iż to jeden z członków Komisji Dyscyplinarnej. Wcześniej – jako głos – pytał: „Dużo ćpania? Dużo ciupciania”, zaś podczas przesłuchania powtarza się: „Narkotyki? Kobiety?”. Zresztą, by dokonać jego identyfikacji, wystarczy porównać aktorów.Drugi przykład wiąże się z epizodem z 1917 roku, kiedy to tajemniczy żołnierz został zraniony szrapnelem podczas ataku gazem musztardowym. Przebywa on w szpitalu, w otoczeniu lekarzy, „prawdopodobnie w stanie histerii”, „straszliwie poruszony”. Utracił zdolność mówienia po francusku, za to biegle posługuje się angielskim, acz w nierozpoznawalnym dialekcie. Według relacji Kathryn: „Utrzymywał, że przybył z przyszłości, i że poszukiwał czystego zarazka, który ostatecznie wyniszczy rasę ludzką począwszy od roku 1996” (rozlega się szyderczy śmiech audytorium). Niedługo potem znika bez śladu. Rozpoznajemy w nim Jose, współwięźnia Cole’a z 2035, który nadto występuje w scenie na lotnisku. W trakcie działań wojennych, gdzie w skutek wadliwego działania aparatury do podróżowania w czasie obaj się znaleźli, także ze sobą rozmawiają. Wówczas zrobiono im zdjęcie, o którym mowa w rozdziale 6.

Wszyscy trzej podróżują w czasie, tak jak to czyni James Cole.

5.

EKK nie przystaje jednak na to. Urządza popularnonaukowy wykład z zakresu fizyki teoretycznej, przypominając jedną z hipotez, która rozwiązuje paradoksy związane z chrononautyką: Przyszłość, z której przybyliśmy, się nie zmieni, powstanie za to równoległy nurt rzeczywistości wywołany przeszkodą w postaci naszej ingerencji. Naukowcy z 2035 zdają sobie sprawę z niemożności zmiany już raz zaistniałej rzeczywistości, co znajduje bardzo wyraźne potwierdzenie w słowach kilkakrotnie wypowiadanych przez Jamesa [Cole’a], który jest przekonany, że czegokolwiek nie zrobi, przyszłość pozostanie niezmieniona. Tymczasem odsłuchują obu nagrań na automatycznej sekretarce, posiadają udokumentowane grafitti wykonane przez Kataryn na siedzibie Armii 12 Małp, itp. Według EKK tym podobne niekonsekwencje są wyprodukowane przez umysł Cole’a, którego schizofrenia popycha do konstruowania Ťrzeczywistościť podporządkowanej jego logice.

Autor analizy zdaje się jednak zapominać, iż po incydencie na uroczystości z okazji przyznania Nobla dr. Goines’owi Cole rozpacza: „Jeffrey Goines powiedział, że to był mój pomysł z tym wirusem. […] Sądzisz, że to ja wybiłem rasę ludzką?”. Gdyby naprawdę był przekonany, że czegokolwiek nie zrobi, przyszłość pozostanie niezmieniona, to powinien również wiedzieć, że jeśliby to on kogokolwiek zainspirował pomysłem wyniszczenia ludzkości za pomocą wirusa, to wówczas przyszłość, z której przybywa, nie doświadczyłaby żadnej epidemii. Ta wystąpiłaby dopiero w równoległym nurcie rzeczywistości wywołanym przeszkodą w postaci [jego, tj. Cole’a] ingerencji. Nic o niej nie wiedziałby ani on, ani Komisja Dyscyplinarna, ani nikt z „jego” 2035, gdyż tam nie zaistniałaby. Tym samym i podróże w czasie w celu znalezienia pierwotnej, „czystej” postaci wirusa byłyby bez-celowe. Wszystko byłoby jedynie wymysłem. Można odnieść wrażenie, że Cole to rozumie. Nie bez przyczyny w tym momencie po raz pierwszy przystaje na sugestię, iż jest obłąkany. Problem w tym, że się pomylił – za epidemię nie odpowiada ani Jefferey Goines, ani założona przezeń organizacja proekologiczna o nazwie Armia 12 Małp. Tym samym nie odpowiada za to on sam. Czyli niczego nie wymyślił. Jednak się ZDARZYŁO.


Na przekór temu, EKK odrzuca hipotezę, jakoby to scenarzyści pokpili sprawę i wykazali się zadziwiającą niefrasobliwością, zwłaszcza że – chociaż ja nie dostrzegam tu logicznego związku – Davidowi Peoples’owi zawdzięczamy ‚BLADE RUNNERA’. Tym niemniej w żadnym miejscu nie wspomina, że twórców ’12. MAŁP’ zainspirował francuski film krótkometrażowy z 1962 roku, u nas znany pod tytułami ‚POMOST’ lub ‚FILAR’ (oryg. ‚LA JETÉE’, reż. Chris Marker). Informacja ta pojawia się już na początku dzieła Gilliama: „INSPIRED BY THE FILM ‚LA JETÉE’ WRITTEN BY CHRIS MARKER”. W edycji dvd występuje także w tzw. PRODUCTION NOTES: „Screenwriters David (‚UNVORGIVEN’, ‚BLADE RUNNER’) and Janet Peoples drew their inspiration for ’12 MONKEYS’ from French filmmaker Chris Marker’s 1962 short film, ‚LA JETÉE’ (‚THE RUNWAY’)”. Scenariusz ’12. MAŁP’ w dużej mierze stanowi zatem odwzorowanie pierwowzoru. Przypomnijmy: „Jest to opowieść o mężczyźnie, prześladowanym przez obraz z dzieciństwa. Scena przemocy, która napełniała go smutkiem, a której znaczenie miał pojąć wiele lat później, wydarzyła się na tarasie widokowym Orly, podparyskim lotnisku, tuż przed wybuchem Trzeciej Wojny Światowej”. To wstęp, a teraz zakończenie: „Ponownie na głównym tarasie w Orly, […] z zakłopotaniem pomyślał, że dziecko, którym kiedyś był, również tam było, obserwując samoloty. Ale przede wszystkim szukał kobiecej twarzy na końcu tarasu widokowego. Biegł ku niej. I wtedy rozpoznał mężczyznę, który śledził go od podziemnego obozu. Zrozumiał, że nie było drogi ucieczki przed Czasem, a chwila, którą miał okazję oglądać jako dziecko, która nie przestawała go prześladować, była chwilą jego własnej śmierci”. Oto, co było najistotniejsze w ’12. MAŁPACH’ – historia człowieka, który zna własną przyszłość, a mimo to nie potrafi jej zapobiec.Jak wytłumaczyć inne niekonsekwencje?

Otóż EKK wskazuje pewną prawidłowość, z której czyni użytek wyłącznie wówczas, gdy mu to odpowiada. Stwierdza mianowicie, że film z definicji posługuje się uproszczeniami. Tak jest i w tym przypadku, chociaż autor analizy próbuje ten fakt „zagadać”. Przed laty śp. Stanisław Lem wypominał nawet najwybitniejszym pisarzom SF, że w ich utworach „kosmos jest sfałszowany”. Nic się nie zmieniło. Założenie, iż Gilliam wyrzekł się tradycji, jaką współtworzą takie produkcje jak ‚WEHIKUŁ CZASU’ czy ‚POWRÓT DO PRZYSZŁOŚCI’, jest bezzasadne. Przeciwnie, stosował się doń, przynajmniej częściowo, albowiem film powinien odnieść sukces komercyjny. Należy pamiętać, że widz, do którego adresowane jest ’12 MAŁP’, przedkłada fiction nad science. Dlatego reżyser pozostał wierny hipotezie naukowej, którą EKK scharakteryzował, w przypadku głównej idei: epidemia zaistniała i nic/nikt tego nie zmieni, ale odstępował odeń w tych szczegółach, które warunkowały rozwój akcji: nagrania, grafitti, zdjęcie. Ominął problem tak samo, jak większość twórców SF omija problem stanu nieważkości na statkach kosmicznych czy nawet w tzw. kapsułach ratunkowych: powinien być a go nie ma (czy trzeba przypominać ostatnią sekwencję z filmu ‚OBCY – ÓSMY PASAŻER ŤNOSTROMOť’?). To nie Cole jest schizofrenikiem – schizofreniczna jest niemal cała, nade wszystko kinowa, konwencja SCIENCE FICTION.

Być może coś przeoczyłem, wydaje mi się jednak, że jak dotąd nikt nie zwrócił uwagi na fakt, iż z punktu widzenia owej hipotezy naukowej, którą nam EKK zreferował, zarówno bohater ‚LA JETÉE’, jak i James Cole w ’12. MAŁPACH’ nie mają prawa śnić/wspominać tego, co śnią/wspominają, czyli własnych śmierci w dorosłym wieku, które widzieli jako dzieci. Po prostu śniliby/wspominaliby to wyłącznie inny bohater ‚LA JETÉE’ i inny James Cole w alternatywnych rzeczywistościach, które powstałyby w wyniku ich interwencji w przeszłość. Oni sami natomiast tym podobnych snów/wspomnień by nie posiadali! A to, że jednak posiadają, nie świadczy o tym, że obaj są schizofrenikami, lecz o tym, że od samego początku nikogo z twórców nie interesowała owa teoria, która w zamyśle EKK jakoby dyskwalifikuje fakt podróżowania w czasie Cole’a. To kino. Do tego – kino SCIENCE FICTION. Nauka, a nie nauka. Nibynauka. Zauważmy wszakże, że w ten sposób oba filmy nawiązują do idei tragedii antycznej – podejmują ARCHETYP EDYPA. Wiedza nie umożliwia zrozumienia. To zawsze przychodzi zbyt późno. Pozostaje się jedynie okaleczyć i udać na banicję… Lub zginąć. A dlaczego nie wysyłano agentów w celu likwidacji dr. Goines’a? Przede wszystkim dlatego, że to już było w doskonale wszystkim znanym ‚TERMINATORZE’, i to według tego schematu rozumuje EKK. Logika bohaterów filmowych niejednokrotnie wchodzi w konflikt z logiką dzieła sztuki: oni może i mogliby tak postąpić, ale nie mogą, gdyż zastosowanie zużytego pomysłu natychmiast naraziłoby ’12 MAŁP’ na zarzut wtórności. Oto co Harold Bloom nazwał „lękiem przed wpływem”.


6.

Nic bardziej nie kompromituje analizy EKK niż motyw fotografii […] z okresu I Wojny Światowej. Według niego nie ma tam Jamesa Cole’a. Kathryn widzi go, chociaż nie widzi. Udzielił jej się obłęd (autor analizy powołuje się na teorię folie a deux, tj. obłędu indukowanego), zatem podziela stany urojeniowe swojego pacjenta, który ją uprowadził i który stał się jej bliski. Sugeruje ponadto, że musiał on znajdować się pod jej opieką wcześniej. Fakt, w 1990 ma ona odczucie, jakby go znała: „Czy ja cię gdzieś widziałam?”, „Mam dziwne uczucie, że już się znamy”, „Mam jakieś dziwne uczucie w związku z nim. Widziałam go przedtem […]”. Wypytuje go, gdzie się wychował, w którym przebywał szpitalu itp. Tymczasem nad książką ‚DOOMSDAY SYNDROME’ pracuje później – wydaje ją dopiero w 1996. Jeżeli nie potrafiła w 1990, to teraz powinna była, chociażby przygotowując ją do druku, rozpoznać na załączonej doń fotografii swojego pacjenta, którego bez problemu zapamiętała z imienia i nazwiska po „dramatycznej” czy „wielkiej ucieczce” z izolatki szpitala psychiatrycznego.A teraz kilka uwag pod rozwagę. W rzeczy samej nie trzeba by od razu nikogo zabijać, wystarczyłoby do zespołu dr. Goines’a wprowadzić „własnego” asystenta, który pozyskałby niezbędne próbki. Nikt tego nie czyni.

Odnotujmy jednak, że podczas ostatniego szkolenia w 2035 pada kwestia: „Rozważmy ponownie nasze OBECNE informacje”. Natomiast Jose mówi do Cole’a na lotnisku: „Człowieku, GDYBY TYLKO DOSTALI twoją wiadomość WCZEŚNIEJ” (w obu cytatach wersaliki – marscorpio). Wynika stąd, że znaczenie posiada moment, w którym bohater dokonuje istotnego dla przyszłości odkrycia. Jeżeli dopiero 12 grudnia 1996 ustalił, iż za epidemię nie odpowiada Armia 12. Małp, to nie sposób kolejnego agenta wysłać w przeszłość, by wiedzę tę wykorzystał na przykład kilka miesięcy przed tym wydarzeniem. Interwencje – na przykład nagrania na automatycznej sekretarce – powodują, iż przedział czasu, który podlega manipulacji, jakby „zawęża się”, „skraca”. James Cole powraca do 1996 „kilka tygodni później”, a nie – kilka tygodni wcześniej, co wydawałoby się bardziej sensowne, gdyż wtedy dysponowałby więcej niż kilkoma dniami na wypełnienie misji. Nie jest jednak możliwe, by w życiu i świecie Kathryn pojawił się PRZED tym momentem, w którym ją poprzednio opuścił, chyba że wystąpi awaria chronometru, jak w epizodzie z 1917.

Dlatego „upragniony” przez EKK pomysł likwidacji kogoś, kto za epidemię odpowiada, realizowany jest tak desperacko – niemal w ostatnim momencie. Podejmuje go James Cole – po czym ta „wersja” rzeczywistości niemal wyczerpuje się. Niemal, bo teraz w 2035 będą posiadać zeznania Kathryn, która zaaresztowana przez policję wskaże asystenta dr. Goines’a jako głównego winowajcę przyszłej zagłady (tak jak posiadają zdjęcia zrobionego przezeń grafitti na siedzibie Armii 12. Małp, najpewniej także materiały śledczych). Będą orientować się, skąd i gdzie on się wybiera, zgodnie z jej rozumowaniem: „Następny lot do San Francisco odlatuje ze stanowiska 38. Jeżeli tam jest, na pewno bierze w tym udział”. Ostatniego agenta, członkinię Komisji Dyscyplinarnej, która przedstawia się jako sprzedająca polisy ubezpieczeniowe Jones, prześlą już bezpośrednio na pokład samolotu. Tak, ludziom z przyszłości udało się w końcu dotrzeć do pierwotnej formy wirusa. Wymagało to ofiary Jamesa Cole’a.

EKK wnioskuje, że nie uczyniła tego, gdyż Cole’a na zdjęciu nigdy nie było. Przyjmuje, iż problem rozwiązuje jego własna wypowiedź: „Myślę, że miałem o tym sen”. Ale jeżeli to tylko i wyłącznie koszmar senny osnuty wokół tej fotografii, to w jaki sposób Kathryn Railly skojarzyła z nim tę, a nie inną fotografię i w jaki sposób wyobraziła go sobie na tej, a nie na innej fotografii? Punktem odniesienia – niejako kontrolnym obu: rzekomego snu pacjenta i skojarzenia/urojenia psychiatry – nie jest Cole, lecz Jose: postać autentyczna, realna, której istnienie, oprócz zdjęcia, potwierdzają dokumenty i sprawozdania lekarskie (zob. rozdział 4)!

Niezrozumienie tego jest podstawowym błędem myślowym, pojawiającym się w niemal każdej wypowiedzi. Cole poinformował Railly jedynie, iż został postrzelony podczas „jakiejś wojny”. Gdyby po telefonie śledczego „dopowiedziała” go na jakimkolwiek przypadkowym „frontowym” zdjęciu, na którym go nie ma, jak utrzymuje EKK, nie byłoby to akurat to zdjęcie, wokół którego tenże osnuł własną fantazję. Znaczy to, że nie byłoby Jose bądź na zdjęciu, bądź we śnie Cole’a. Inaczej mówiąc, psychiatra – pod warunkiem, iż doświadczyła „obłędu urojonego” – widziałaby Cole’a obok Jose, ale we śnie Cole’a nie byłoby Jose. Przypadkowy „wybór” identycznego zdjęcia jest nieprawdopodobny lub wręcz niemożliwy. Aby Cole wyśnił tę frontową scenę w takim a nie innym kształcie (okoliczności, sceneria, postaci), musiał wcześniej widzieć DOKŁADNIE to zdjęcie, a zwłaszcza udokumentowanego nań Jose, który odtąd stał się dlań na tyle istotną postacią, że uroił go sobie nawet jako współwięźnia w 2035. Aby zaś dr Railly skojarzyła Cole’a z tym WŁAŚNIE zdjęciem i wyobraziła go sobie w towarzystwie Jose, musiałaby WIEDZIEĆ, iż Cole tam – obok niego, w tym miejscu, w tym czasie – się umiejscawia w swoich psychozach. Jest to możliwe wyłącznie, jeśliby UPRZEDNIO oboje równocześnie oglądali TO zdjęcie (tj. ona widzi i WIE, że on TO widzi), bądź też on UPRZEDNIO opowiedział jej o tym, że TO zdjęcie przedstawia/upamiętnia jego koszmar.

Wówczas jednak (a) o żadnym obłędzie udzielonym mowy być nie może oraz (b) psychiatra przez cały czas ma świadomość, iż na zdjęciu nie ma Cola i że on jedynie tam się „dośnił”. Z kolei wtedy scena z nagłym przypomnieniem sobie tej właśnie fotografii, dramatyczne jej poszukiwanie i „odkrycie”, że tam znajduje się Cole, byłaby totalnym, definitywnym absurdem i nonsensem. Jak lekarz, który od momentu spotkania pacjenta w 1990 doskonale go pamięta, miałby zapomnieć o tym, co on sobie uroił w związku z którąś tam wojenną fotografią i jak miałby nań szukać go, skoro przez cały czas uświadamia sobie, iż go tam nie ma? Bo EKK pomija to, że OBOJE RÓWNOCZEŚNIE widzą inkryminowaną fotografię dopiero post factum, kiedy Cole już osnuł DOKŁADNIE wokół niej swoją fantazję, a Kataryn, nie wiedzieć czemu, skojarzyła z tym jego domniemanym omamem to WŁAŚNIE zdjęcie. I, co ważne, pokazuje je Cole’owi tak, jakby on UPRZEDNIO nigdy go nie widział. A przynajmniej jakby ona nic nie wiedziała o tym, że on je UPRZEDNIO widział.


A dlaczego pani doktor nie skonstatowała tego wcześniej? Bo istniały DWA zdjęcia, nie jedno. Tym podobną rozprawę, jak ‚DOOMSDAY SYNDROME’, przygotowuje się częstokroć latami (zastanawiające, że EKK podkreśla to dwukrotnie). Railly, zanim spotkała Cole’a, czyli przed 1990, najpierw widziała fotografię, na której i on się znajdował – łysego golasa w okopach na froncie trudno przeoczyć. Jednak z naukowo-medycznego powodu interesował ją wyłącznie anonimowy mężczyzna, znany jako Jose, zatem wykadrowała zdjęcie i odtąd pracowała na tym fragmencie, co widać zresztą podczas ilustrującego jej wspomniany już wykład pokazu slajdów. Pierwsze zdjęcie, z Cole’em, z którego odtąd nie korzystała i nie zwracała nań uwagi (bo i po co?), było przypięte wśród innych materiałów źródłowych w jej mieszkaniu, wyjątkowo uporządkowanym i wyglądającym tak, jak gdyby kobieta przebywała tam od zawsze. Drugie – a dokładnie wykadrowany szczegół pierwszego – służyło w trakcie przygotowywania książki. To dlatego, kiedy nagle wszystko skojarzyła, TAM zagląda najpierw, po czym uzmysławia sobie, iż to jedynie część fotografii i że na całej, którą widziała przed 1990, jest TEN, kto przez cały czas wydawał jej się znajomy – James Cole. Zapamiętała go stamtąd, acz to ten typ pamięci, który określamy jako podświadomy. Dlatego nie opuszczało jej wrażenie, że go zna.Ten motyw fotografii to jeden z przejawów genialności Terry’ego Gilliama. Można przedstawić jedno jedyne jego wytłumaczenie. Na fotografii obok Jose znajduje się James Cole. Została wykonana w tym samym miejscu i tym samym momencie. Potwierdza, iż obaj podróżują w czasie, a nawet więcej – że ci, o których psychiatra wie, iż zapowiadali zarazę na koniec XX wieku, mówili prawdę, a nie oszaleli, tak jak prawdę mówi James Cole. Fotografia rozstrzyga o wszystkim. To nie był sen.

7. Interesujące wydaje mi się to, iż analiza EKK tak naprawdę niemal we wszystkich aspektach rozwija diagnozę postawioną przez dr Kathryn Railly. Wbrew temu jednak, co insynuuje jej autor, ona toczy heroiczny bój o to, by oddzielić urojenia od proroctwa. Wyznaje przełożonemu: „Tracę wiarę”. Zastanawia się bowiem nad istotą kompleksu Kasandry, czyli nad tym, czy rację mogli mieć ci, którzy zapowiadali koniec świata, a dokładnie – ludzkości. Tylko że takie postawienie kwestii już samo w sobie deprecjonuje ją jako psychiatrę. Nie rozważaliby tego ani jej zmanierowani koledzy ze szpitala okręgowego, ani też żaden lekarz, filozof czy sędzia, którzy jako „humaniści” znają „różnicę pomiędzy tym co prawdziwe i co nieprawdziwe”. Nigdy nie zarzuciliby teorii głoszącej, iż Cole to wariat podręcznikowy. Nawet on w to uwierzył: „Widzisz, miałaś rację. Jestem chory psychicznie. Wyobraziłem sobie te rzeczy, tych ludzi. Wiem, że naprawdę nie istnieją. […] Wróciłem, by się wyleczyć. […] Mówiłaś, że mam halucynacje, że wymyśliłem ten świat. Mówiłaś, że możesz wytłumaczyć. […] Chcę znowu być zdrowym człowiekiem”. Niczego nie pragnie bardziej niż tego, by okazało się, że oszalał: „Byłbym zachwycony, gdyby to było to”. Oboje z Kathryn niczego bardziej nie pragną jak tego, by szaleństwo wszystko tłumaczyło: „[…] będziemy tacy szczęśliwi, że ucieszymy się, kiedy nas znajdzie policja”.

Niestety, nie oszalał.

Tekst gościnny

Tekst gościnny

Jeśli potrafisz pisać recenzje lub artykuły filmowe (które zazwyczaj lądują w Twojej szufladzie), a chciałbyś zaprezentować się przed tysiącami czytelników, możesz gościnnie publikować na naszej stronie! Przy większej i regularnej liczbie tekstów, takie osoby takie dopisujemy do stałej współpracy.
Napisz do nas: wspolpraca@film.org.pl
Tekst gościnny











Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

MILCZENIE (Silence) – pierwszy zwiastun i plakat wyczekiwanego filmu Scorsesego

Następny tekst

8 najlepszych polskich filmów dokumentalnych 2016



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE