Recenzje

12 GNIEWNYCH LUDZI (1957). Najlepszy dramat sądowy w dziejach

Kompleksowy dramat sądowy i rewelacyjny dramat psychologiczny w jednym.

Autor: Karolina Chymkowska
opublikowano

Jednym z elementów prawniczej strategii podczas selekcji ławy przysięgłych jest zgadywanie na podstawie dostępnych informacji, który z kandydatów przysłuży się sprawie, a którego absolutnie trzeba wykluczyć. Ze strzępków biograficznych faktów należy wyciągnąć wnioski: który z członków ławy przysięgłych będzie sympatyzował z oskarżonym, a który nie i z jakich względów. Zadaniem prokuratury natomiast jest przedstawienie dowodów w taki sposób, by wybrana dwunastka uwierzyła, że nie zachodzi najmniejsza nawet uzasadniona wątpliwość. Nie jest łatwo wydać wyrok skazujący w sprawie, której stawką jest życie albo śmierć. To nie przelewki, żadne trzy lata w zawieszeniu za bójkę w klubie sportowym czy drobną kradzież.

Samego procesu nie widzimy. Towarzyszymy ławie przysięgłych w drodze do sali obrad i startujemy z punktu zero, rekonstruując fakty w oparciu o ich wypowiedzi. Jednak czy obiektywne orzeczenie wyroku jest w ogóle możliwe, kiedy ława przysięgłych patrzy na sprawę przez pryzmat własnych doświadczeń, własnego charakteru i własnej ułomności? Spośród dwunastu zgromadzonych w zamkniętej sali „gniewnych” tylko jeden, ten z numerem ósmym, ma wątpliwości. Czy będzie w stanie przekonać pozostałych, że być może ich perspektywa jest zaburzona i że nie wzięli pod uwagę wszystkich elementów, które powinny zostać uwzględnione?

Już pierwsze zdania wypowiedziane przez przysięgłych dają wstępną orientację, czego możemy się po nich spodziewać. Właśnie na to zapewne zwracał uwagę adwokat podczas selekcji. Pierwszy z nich polega na własnych wrażeniach, na emocjach, po prostu „czuł”, że ma do czynienia z winnym. Drugi przeciwnie, przedstawia się jako racjonalista skupiony na faktach, którego przekonały argumenty obrony. Trzeci… uwaga, trzeci może mieć jakieś uprzedzenia względem mniejszości, czy to wpływa na jego opinie względem oskarżonego? Czwarty wydaje się raczej chwiejny, nie ma do końca własnego zdania, prawdopodobnie podda się woli większości jako najbardziej podatny na wpływy. Dla piątego najistotniejszy jest problem motywu. Szósty natomiast przyjmuje postawę zblazowaną i lekceważącą – wszystko zostało już powiedziane, trudno o jaśniejszy obraz sprawy, poza tym spójrzcie na kartotekę oskarżonego: czego innego można się było spodziewać po takim dzieciaku, wyrosłym w takich okolicach!

Autorytatywna wypowiedź przysięgłego numer sześć to pierwszy moment, kiedy w dyskusji podnoszą się głosy sprzeciwu. Nagle okazuje się bowiem, że ktoś miał doświadczenia z problematyczną młodzieżą, ktoś inny z kolei sam wyrósł w slumsach i nie czuje się z tego powodu gorszy. To pierwszy, chociaż na razie jeszcze wątły sygnał, że nie wszystko zostało wystarczająco dogłębnie omówione. Dostrzega to przewodniczący ławy, przysięgły numer siedem, próbujący utrzymać ład, przez co zbiera cięgi za „niepotrzebne” przedłużanie debaty w niekomfortowym upale.

[quote]Wszyscy chcieliby ogłosić już wyrok i pójść do domu, ale na przeszkodzie staje im przysięgły z numerem ósmym – ten jeden, który nie jest przekonany.[/quote]

Nie chodzi o to, że całym sercem wierzy w niewinność oskarżonego. Być może jest on winny, ale posyłać osiemnastolatka na krzesło bez choćby omówienia tematu? To niewłaściwe, tak się nie robi. To beztroskie żonglowanie przeznaczeniem innego człowieka. Ta postawa robi wrażenie na najstarszym członku ławy, przysięgłym numer dziewięć, który w przeprowadzonym na szybko tajnym głosowaniu wyłamuje się i popiera ten jeden głos sprzeciwu, tym samym ustalając rozkład głosów na dziesięć do dwóch. Numer dziewięć doskonale zdaje sobie sprawę, jak trudno jest oprzeć się woli większości. Szanuje to, że ktoś się na to tak bezkompromisowo odważył.

Tymczasem wątpliwości się mnożą. Czy nóż, którym dokonano zbrodni, faktycznie był aż tak nietypowy, skoro w tej samej dzielnicy za sześć dolarów można kupić identyczny? Może chłopiec mówił jednak prawdę, twierdząc, iż go zgubił? A świadkowie, czy są wiarygodni? Czy jednym z nich mogła rządzić próżność i chęć zwrócenia na siebie uwagi po tym, jak całe życie był nikim? Czy wygrażanie komuś na głos to dowód jakiejkolwiek winy?

[quote]Czy chłopiec faktycznie wyszedł o tej porze, którą przytacza niepewny świadek?[/quote]

Zainicjowana przez przysięgłego z numerem osiem debata jednak się zawiązuje. Nagle zmęczeni i zniechęceni członkowie ławy zaczynają rozważać, kombinować, podawać kolejne elementy w wątpliwość. Innymi słowy robią to, co powinni robić od początku: patrzą krytycznie na kwestię uzasadnionej wątpliwości. Sięgają też do własnych doświadczeń, osobistych refleksji i obserwacji. Oskarżony osiemnastolatek przestaje być dla nich tylko pozycją w statystyce, niespodziewanie przeobraża się w żywego człowieka, za którego przyszłość wszyscy odpowiadają. Czyżby za szybko przyjęli pewne fakty po prostu na wiarę? Czy dali się przekonać argumentom prokuratury dlatego, że były niepodważalne, czy dlatego, że wpadli w pułapkę odgórnych założeń? Przecież nie można sądzić człowieka za czyn, który być może mógłby popełnić, ponieważ zakładamy, że byłby do niego zdolny…

Czy włączyli krytyczne myślenie? Czy byli odpowiednio uważni? Czy wywiązali się z obowiązku, który na nich nałożono, z wystarczającym zaangażowaniem? A może jednak zawiedli? Powołano ich przypadkowo, nie mają nic do stracenia ani do zyskania. Mają wybór, czy ulec uprzedzeniom i machnąć ręką, czy też jednak rozważyć na zimno, jak szybko porusza się wiekowy człowiek po wylewie i ile jest w stanie dostrzec krótkowidz, kiedy nie ma na sobie okularów. Wybór należy do nich i do nich też należy zdefiniowanie, czym w istocie jest uzasadniona wątpliwość.

Ile szczegółów nie zostałoby ujętych w dyskusji i dogłębnie rozważonych, gdyby nie dociekliwość przysięgłego numer osiem? A co wtedy, gdy takiej osoby zabraknie? Czy ludzie, którym powierza się niesłychanie ważne zadanie, naprawdę do końca rozumieją rozmiary swojej odpowiedzialności i przyjmują ją na siebie z całym dobrodziejstwem inwentarza?

Łańcuch jest tylko tak mocny, jak mocne jest jego najsłabsze ogniwo. To samo tyczy się systemu, którego rolą jest ferowanie wyroków winy i niewinności. Jeden z przysięgłych poddaje się woli większości bynajmniej nie dlatego, że dał się przekonać argumentom, ale dlatego, że w świetle osobistych i bolesnych przeżyć potrzebuje odrobiny nadziei również dla siebie. Dla innego istotniejsze od sprawiedliwego wyroku jest zdążenie na mecz…

Z dziewięćdziesięciu sześciu minut filmu zaledwie trzy rozgrywają się poza salą obrad. Narastają konflikty, ścierają się charaktery, wszystko w atmosferze narastającej klaustrofobii, która udziela się również widzowi. Każdy z przysięgłych wnosi indywidualny rys, każdy ma swoją historię i niejednokrotnie własny dramat, a przynajmniej bagaż, którego trudno jest mu się pozbyć. I chociaż w zasadzie wszystko opiera się na dialogach prowadzonych przez dwunastu mężczyzn w zamkniętej sali – trudno oderwać wzrok od ekranu i zapanować nad emocjami. Oglądanie tej rozgrywki jest nie tylko fascynujące, ale również prowokuje do refleksji wykraczających daleko poza tę konkretną sprawę i ten konkretny proces. Zastanawiamy się nie tylko nad istotą sprawiedliwości i funkcjonowania systemu sądowego, ale również nad siecią interakcji, która wytwarza się między obcymi sobie ludźmi, zmuszonymi do przeobrażenia się w jeden organizm. Jak w każdej zamkniętej grupie, ktoś przyjmie rolę lidera, ktoś będzie chorągiewką na wietrze, ktoś postawi się w opozycji, a jeszcze ktoś inny będzie milcząco oczekiwał na rozwój wydarzeń.

Dzięki specyficznej perspektywie zamknięcia mamy unikalną możliwość, by spojrzeć z bliska i z boku na dynamikę funkcjonowania grupy i zastanowić się nad tym, jakie wyciągnąć z tego wnioski. Poza wszystkim wreszcie, naprawdę trudno wyjść z podziwu, jak przy użyciu równie oszczędnych środków udało się zbudować jeden z najlepszych dramatów psychologicznych w historii kina.

Ostatnio dodane