"Ambassada" - koszmarek od Machulskiego | FILM.ORG.PL

„Ambassada” – koszmarek od Machulskiego








Grzegorz Fortuna
29.08.2013


4 października do naszych kin wejdzie film, w którym Robert Więckiewicz gra Lecha Wałęsę. 18 października do naszych kin wejdzie film, w którym rzeczony aktor gra Adolfa Hitlera. I będzie to chyba jedyna zabawna rzecz związana z „Ambassadą”. Bo trailer zapowiada beton, jakich mało.

O nowym filmie Juliusza Machulskiego Rafał pisał już kilka miesięcy temu. Wtedy do sieci wyciekł zupełnie nieśmieszny zlepek paru scen, a wczoraj pojawił się pierwszy oficjalny zwiastun. Pamiętam, że oglądając poprzedni materiał, miałem nadzieję, że twórcy cokolwiek poprawią, zmienią, że będzie to ostatecznie choć trochę lepsze. Nowy trailer zupełnie te nadzieje rozwiał.

„Ambassada” wygląda jak tania komedia z gatunku „ludzie przenoszą się w inne czasy”. Machulski już raz coś takiego robił – w „Ile waży koń trojański?” – a efektem był jeden z najgorszych filmów w jego karierze. A jako że reżyser nie nakręcił od wielu lat niczego dobrego (ostatnim fajnym jego filmem był chyba „Vinci”), trudno spodziewać się, że tu będzie lepiej. Żarty są słabe, Więckiewicz przerysowany, a śmiech mogą wywoływać co najwyżej efekty komputerowe przywołujące na myśl minione stulecie.

 

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Latest posts by Grzegorz Fortuna (see all)







  • Oj, Machulski… To naprawdę wygląda źle i nieśmiesznie. W tekście, który powstał na początku roku, oskarżyłem Bartosza Porczyka o „sękowatość”, a trailer zmusza do podtrzymania opinii o drewnianym aktorstwie tego gościa.

    • janisz

      Porczyk nie musi być dobrym aktorem, wystarczy, że jest bożyszczem polskich nastolatek (i nie tylko). Cóż, całość faktycznie zapowiada się dość przykro. A efekty komputerowe wyglądają jak z ubiegłego stulecia… Tyle, że w grach komputerowych.

  • The Baron

    Hitler się w grobie przewraca :) (*to dobrze czy źle?)

    • Jaro

      na szczęście go spalili

  • Adi

    A mnie rozśmieszył, choć bardziej pasowałoby określenie rozrechotał. Dla Machulskiego to już czwarta fabuła o przenosinach w czasie. W 1999 roku zrobił teatr telewizji „Od czasu do czasu”, oparty na bardzo podobnym pomyśle przechodzenia między czasami w obrębie tego samego budynku. Czyli chłop się bezwstydnie powtarza, na dodatek kopiując motyw dublera Hitlera z „Dyktatora” (przynajmniej tak sugeruje trailer). Ciekawe, czy zrobi coś konstruktywnego z aryjską twarzą Nergala, bo swojska japa Krystiana Wieczorka w mundurze nazisty to gwóźdź do trumny.

  • apolinary

    Mhm, i na podstawie zwiastuna oceniacie film?
    Akurat na filmy Juliusza Machulskiego czekam z zainteresowaniem, w przeciwieństwie do tych „Wojtka” Smarzowskiego (nie tylko zresztą niego).
    Co do zwiastuna – nie widzę w nim nic co by miało świadczyć, że to „koszmarek”, jak raczyłeś się wyrazić.
    Widzę natomiast, że znaleźliście sobie chłopca do bicia i z radością się nad nim pastwicie.
    Tyle.

    • oceniamy zwiastun i to, co zwiastun pokazuje. To po prostu słabe.

      • apolinary

        A moim zdaniem nie słabe.

        I na tym moglibyśmy zakończyć, gdyby nie kilka faktów:

        – ton lekceważenia wobec Machulskiego, jakie nie doświadcza choćby wspomniany „Wojtuś” Smarzowski, a który przebija z Waszych wypowiedzi, a który jest, w moim przekonaniu, nieuprawniony

        – to mnie dręczyło od jakiegoś czasu i wreszcie mam okazję o tym napisać, a dotyczy to Ciebie osobiście. W Twoim tekście pt. „Hitler w Warszawie, czyli ile może być wart nowy film Machulskiego? ” napisałeś coś takiego: „Podobno Machulski jest znany z promowania nowych twarzy, choć nie wydaje mi się, żeby miał aż takie zasługi dla kreowania polskiego gwiazdozbioru.” Wymienię tylko nazwiska debiutantów z Vabanków: Chmielnik, Kiersznowski, Zającówna, Worcławski. Mało?

        Biorąc to wszystko pod uwagę, stwierdzam, że jednak nie, Wasze pisanie o AmbaSSadzie nie spełnia wymogów rzetelności.

        • a) Nikt nie lekceważy dorobku Machulskiego, bo się lekceważyć go nie da. Natomiast po raz kolejny ironizujesz z imienia Smarzowskiego i odwołujesz się do jego dorobku, jakby miało to przy „Ambassadzie” jakiegokolwiek znaczenie.
          b) Chmielnik, Kiersznowski, Zającowna – polski gwiazdozbiór? Serio? Zasługi dla odkrywania nowych twarzy – tak. Kreowanie gwiazd – nie. Czy to źle? Nie.

          To, co napisałem o „Ambassadzie” to tylko moje subiektywne wrażenia nie roszczące sobie praw do oświecenia narodu polskiego, w tym Apolinarego osobiście.

          • apolinary

            Akurat wspominanie Smarzowskiego doskonale pokazuje dysproporcję, z jaką się traktuje różnych twórców na Waszych łamach. Gdy pojawia się cokolwiek Smarzowskiego zostają odpalone fajerwerki i na scenę wbiegają dzieci w strojach ludowych. Ale Machulski już nie jest godzien tego zaszczytu.

            Piszecie dużo o tym, że wypowiadacie tylko własne zdanie, i ja również właśnie to robię. Twierdzicie, że ostatnie jego (Machulskiego) filmy to słabizna – a ja z kolei tak nie uważam.
            A propos jeszcze tej kwestii o odkrywaniu nowych nazwisk przez Machulskiego, co poddałeś w wątpliwość, to akurat było to bardzo niefortunne z Twojej strony, bo tak się akurat składa, że promowanie nowych nazwisk to cecha charakterystyczna tego reżysera.

          • Gdyby Smarzowski wypuścił zwiastun tej klasy, jak Ambassada, to nikt by go nie bronił, bo ocenie podlega przecież zwiastun właśnie, nie gotowy film, który może się okazać całkiem sympatyczny przecież (co stoi w opozycji do wrażeń, jakie wywołuje trailer).
            Poza tym, na Smarzowskiego o tyle łatwiej pozytywniej spoglądać, bo facet zajmuje się kinem poważnym, podczas gdy Machulski z powagą ma niewiele wspólnego. I to już implikuje trudności w sprzedaniu filmów – u jednego liczy się klimat i temat, u drugiego pomysł i humor (uogólniając). Jeśli dostaję zwiastun/foto z filmu Smarzowskiego, który potwierdza zapowiedzianą jakość (czyli klimat i temat), to miauczeć nie mogę. Jeśli dostaję zwiastun/foto z filmu Machulskiego, który sprzedaje mi absurdalny pomysł (chwała mu!) ale w sposób nieśmieszny, to jak się mam czuć? Machnąć na to ręką, zbyć zdawkowym „eee tam”? Nie muszę i wcale nie musi być sprawiedliwie.

            No i ja nie poddałem w wątpliwość faktu odkrywania nowych talentów (gdzie?!). Doceniam, lecz nie przeceniam.

          • Jokullus

            „Piszecie dużo o tym, że wypowiadacie tylko własne zdanie, i ja również
            właśnie to robię. Twierdzicie, że ostatnie jego (Machulskiego) filmy to
            słabizna – a ja z kolei tak nie uważam.”

            Tylko do tego sprowadza się ta cała dyskusja? Do tego, że dwie osoby mają dwa różne zdania nt. ostatniej twórczości Machulskiego – ok, zdarza się – ale co dalej z tego wynika? Jakakolwiek debata z użyciem argumentów, z przykładami, albo odniesieniami? Nie ^^ „ja uważam A”, „a ja uważam B” – i tak możecie się trzymać nawzajem w dyskusyjnym szachu po wsze czasy. Jak już się podważa rzetelność artykułu/felietonu/etc. to z użyciem argumentów, a nie osobistych odczuć nt. filmu/twórcy – bo przecież każdy jest człowiekiem i każdy patrzy na świat na swój sposób – a zwłaszcza na kino ^^

            Z tego co kojarzę ta podstrona KMFu zajmuje się zwiastunami, a zwiastun „AmbaSSady” niestety nie powala na kolana. Ani nie zachęca do obejrzenia nowej produkcji Machulskiego, ani nie przekazuje nam fabuły filmu (to o czym on jest już wiadomo od dawna) i w sumie sam nie wiem, czy ten klip w pełni załapuje się na definicje „zwiastunu”. Zamiast tego serwuje kilka żartów, które chyba wyciągnięte ze środka filmu w ogóle nie działają oraz opisy, które nie odkrywają nam niczego nowego w kontekście filmu. Jedyne co ten zwiastun ma w sobie ciekawego to Robert Więckiewicz – to może być naprawdę udana rola i fajnie, z chęcią obejrzę „AmbaSSadę” aby się o tym przekonać.

  • Kazik

    Będę bronił Apolinarego, Ani obecny Machulski nie jest tak zły, ani Smarzowski nie jest godzien aby pisać najbardziej wzniosłe peany, ku czci jego twórczości. Podejrzewam, że sam Machulski nie ma raczej złudzeń co do jakości swoich najnowszych filmów. To jest naprawdę inteligentny facet i doskonale wie, że robi kino jednorazowego użytku. „Ambassada” to po prostu zwyczajna farsa i jako taka wydaje się spełniać swoją rolę, nie mniej, nie więcej. KacWawa, który jako żywo stał się już synonimem polskiej filmowej tandety i jako taki, wszedł na stałe do historii polskiego kina, był zły przede wszystkim dlatego, że od pierwszego do ostatniego kadru starał się być nędzną kopią amerykańskiego hitu, niczym podrabiane sportowe obuwie sprzedawane za grosze i w związku z tym po prostu nie mógł się udać. Ambassada jawi się jako w dużej mierze autorski projekt Machulskiego a to, że widać w nim odniesienia do „Człowieka w żelaznej masce” czy Chaplinowskiego „Dyktatora”, żaden to dla Machulskiego powód do chwały, ale też żadna wtopa. Nie on pierwszy i nie ostatni.
    W każdym razie, ile razy oglądam filmy Machulskiego, także najnowsze, bo wiadomo, że te pierwsze to wszyscy uwielbiają, tyle razy wiem, że mogę liczyć na to, że reżyser mnie czymś zaskoczy, jakimś drobnym elementem filmowej układanki. Machulski nie trzyma się kurczowo „jednej klamki, która za każdym razem prowadzi do tych samych drzwi”, opowiada o różnych światach, różnych ludziach, różnych czasach. I to jest ciekawe, czasem mniej, czasem bardziej, ciekawe a niekiedy nawet więcej niż śmieszne.

    Ze Smarzowskim niestety jest zupełnie inaczej. Ta nieszczęsna totalna przewidywalność jego filmów po prostu dobija. Myślisz: „Smarzowski? Aha” I od razu widzę jeden obraz, nawet nie kilka, czy kilkanaście jak u Tarantino, ale jeden: „Wóda, rzyganie i ogólnie wszystko chuja warte” Po szykującym się, czwartym a właściwie piątym, licząc debiutancką „Małżowinę”, filmie opowiadającym wciąż o tym samym, mam dosyć. Mam dosyć kina Smarzowskiego i jego filmowego, śmierdzącego szamba do którego wciąga swoich widzów. Smarzowski jako reżyser ma jedyną, bardzo poważną wadę. Brakuje mu dystansu do swoich bohaterów. To bezwolne kukły, którym Smarzol przybija na czole swój bagienny stempel. Te postacie, nie żyją własnym życiem jak u Tarantino, nie da się ich ani polubić ani znienawidzić, są po prostu wygodnie obojętni. Wyjdą na scenę, pogapią się, podrą mordę, rzucą mięchem, łykną czystej z gwinta (obowiązkowo!), porzygają sobie i pójdą spać w pijackim amoku, aha, jeszcze wcześniej podupczą. W całej tej materii z pewnością Smarzowski nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, bo przecież szykuje się istne Tour de Force filmowych rzygowin w postaci ekranizacji prozy Pilcha. I Smarzowski znowu będzie taki sam, przewidywalny, czy wręcz prostacki, nie mający pojęcia czym jest granica dobrego smaku.

    Zdecydowanie wolę Machulskiego i jego nawet mało śmieszne komedie. Dlaczego? Bo to fajny gość i przede wszystkim lubiący i szanujący widza, który nie pcha się z transparentem na którym jest napisane:
    „Patrzcie i podziwiajcie, jaki jestem, kurwa, zajebisty!”.

    • Jokullus

      Jak podasz przykład sytuacji kiedy Smarzowski stał z transparentem „Patrzcie i podziwiajcie, jaki jestem, ku$wa, zaj#$isty!” oraz w jaki sposób on nie lubi widza i go nie szanuje, to będę wdzięczny. Bo jeśli stwierdzasz to wszystko na podstawie obejrzanych filmów Smarzowskiego to „wow”, jak to zrobiłeś?

      A czepianie się Smarzowskiego o to, że jego filmu przekraczają granicę dobrego smaku (subiektywna kwestia, argument w dyskusji trudny do obrony i podważenia) czy są przewidywalne/prostackie lekko się mija z celem, ponieważ czepiasz się w tym momencie jego stylu. To jest reżyser, który tak widzi opowiadane przez siebie historie – ma być brudno, brutalnie, bez przypadkowych uśmiechów losu, możliwie jak najbardziej prawdziwie – i to wszystko osadzone w polskiej (lekko przekrzywionej) rzeczywistości. To tak jakbyś się czepiał u Tarantino, że ciągle są jakieś dialogi, a u Malicka jakieś długie ujęcia – taki ich styl opowiadania historii.

      Ciężko przywiązywać się do bohaterów filmów Smarzowskiego nie ze względu na to, że są kukłami, ale według mnie z powodu otaczającej ich rzeczywistości oraz tego jak ich przedstawia sam reżyser – jako postacie pozytywno-negatywne z dużym akcentem na „negatywne”. Jedynym wyjątkiem jest „Róża” – tutaj los bohaterów w żaden sposób nie pozostawia widza obojętnym.

      • Kazik

        Pisz sobie co chcesz, kładź się plackiem, rozrywaj koszulę na piersiach a ja mam kino Smarzowskiego gdzieś. Tarantino mi odpowiada, bo bywa jednak różny, pozostając naprawdę wciąż ten sam, i to jest dopiero sztuka, coś czego Smarzowski nigdy nie będzie umiał, bo popadł bardzo szybko w przesadną manierę z której już się nie wyzwoli. Lubię Koterskiego, ponieważ umie w ciekawy sposób łączyć wręcz przaśną, przejaskrawioną farsę z poetycką aurą, coś o czym Smarzowski również nie ma pojęcia. Niestety w przeciwieństwie do Ciebie, lubię lubić filmowych bohaterów. Na tym, powiedziałbym zasadza się jedna z głównych idei kina. Tobie widać jest to obojętne i masz do tego prawo.

        • Jokullus

          Hm, po prostu ciekawią mnie historię bohaterów „dających się lubić” jak i nie – tak po prostu. I nie mam zamiaru oddawać robić żadnej z wymienionych rzeczy, aby spowodować u Ciebie jakieś cieplejsze uczucie względem Smarzowskiego – spokojnie, każdy ma prawo do swoich opinii i gustów. Tyle.

        • Kazik

          A co do samej „Róży”, to spoko. Tyle, że bardzo symboliczną dla mnie rzeczą jest to, że to nie jest jego scenariusz. A że sam Smarzowski uprawia typowe kino autorskie, daje to sporo do myślenia. Znakiem tego, Smarzowski nie umiałby po prostu napisać takiego scenariusza, w którym, UWAGA! ludzie są dla siebie… dobrzy. On umie niestety jedynie, (a dla mnie osobiście, jest to dowód na naprawdę spore ograniczenie), opowiadać brudne, zachlane i zarzygane historyjki z przewidywalnym finałem. A to, że jest hołubiony przez większość polskich krytyków i nie tylko, nie jest dowodem na jego geniusz, ile tłumaczy to jak bardzo, polskie kino jest przaśne, prowincjonalne i bez pomysłu. Wystarczy zatem, że pojawi się ktoś, kto zdradza jakieś większe lub mniejsze elementy twórcze, w sensie własnego osobistego stylu, a więc, czegoś co w zachodnich kinematografiach jest po prostu normą, niejako definiującą zajmowanie się kinem, od razu podnoszą się głosy uwielbienia. Jednym zdaniem, na bezrybiu itd. Amen.

  • Asperia

    Na plakatach AmbaSSada nie zachęca, ale byłem, widziałem, produkcja godna polecenia. Świetna gra młodych aktorów, wartka akcja, ciekawa fabuła. Widz się nie nudzi. Rzadko się zdarza, że film podoba się i mężczyznom i kobietom, starszym i dorastającym. Chętnie obejrzę go jeszcze raz przy jakiejś okazji.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Szybki cash 2

Następny tekst

Fota #68 - Will Ferrell



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE