publicystyka filmowa

10 bram piekieł. 10 europejskich horrorów

Piekło jest puste. Wszystkie diabły są tutaj

Autor: Mariusz Czernic
opublikowano

Dla miłośnika kina grozy każdy wieczór jest dobry na oglądanie horroru, ale mimo tego zawsze szuka się pretekstu – jakiegoś znaku, który „mówiłby”, że teraz jest właśnie dobry moment: np. śmierć kogoś związanego z tym gatunkiem (Christophera Lee, Wesa Cravena i in.), rocznica śmierci lub urodzin, albo, tak jak teraz, zbliżająca się Wigilia Wszystkich Świętych (All Hallows’ Eve, czyli Halloween). Dla wielbiciela opowieści z dreszczykiem – w szczególności takiego, który zajmuje się pisaniem o filmach – to dobra okazja, by zarekomendować kilka ciekawych pozycji gatunku.

W robieniu filmów najtrudniejszym wyzwaniem jest wywołanie u odbiorcy konkretnych emocji. W tym przypadku chodzi o uczucie strachu. Czym właściwie jest strach? Jeśli na ekranie zostaną pokazane ludzkie wnętrzności, to wiele osób się skrzywi z obrzydzeniem, ale czy o taki efekt chodzi? Zdaniem znawcy gatunku, Stephena Kinga, tak – uczucie wstrętu zalicza się jak najbardziej do metod straszenia widza. Ci, którzy faworyzują Coś (1982) Carpentera, przyznają mu rację. Jednakże ludzka wrażliwość się zmienia i dzisiejsza publiczność zapomina o tym, że dawniej straszono klimatem. Do lat sześćdziesiątych obrońcy moralności dbali o komfort widza i osiągnęli tyle, że filmowcy nauczyli się budować nastrój grozy za pomocą wizualnych bądź dźwiękowych efektów, tj. burze z piorunami, skrzypiące drzwi, tajemnicze kroki, cienie na ścianach, ciemne piwnice, zaułki, złowieszcza muzyka.

Pozostaje jeszcze kwestia przynależności do gatunku. Wielu filmom odmawia się miana horroru ze względu na brak pierwiastka niesamowitości, a to w moim przekonaniu błąd. Wampiry, duchy czy demony symbolizują strach człowieka przed nieznanym i jak najbardziej mogą powodować niepokój i senne koszmary, ale źródłem strachu są często przyziemne sprawy: psychopatyczni mordercy, przedwczesne pogrzeby, sceny tortur. Jeśli to wszystko przedstawione jest z odpowiednim, działającym na widza ładunkiem grozy i emocji, to można film nazwać horrorem. Bo horror to nie tylko konkretne fabuły, ale też nastrój. Bywa i tak, że filmy o podobnej fabule reprezentują odmienne gatunki ze względu na odmienną atmosferę.

Przedstawiam moje zestawienie dziesięciu europejskich horrorów. Znalazły się wśród nich dwa filmy francuskie i dwa włoskie oraz sześć produkcji z innych krajów Europy. Kolejność chronologiczna.

1. Oczy bez twarzy (Francja 1960), reż. Georges Franju

aka Les Yeux sans Visage / Eyes Without a Face

eyes-without-a-face

Gdybym był miłośnikiem współczesnych ekstremalnych horrorów, to pewnie wybrałbym któryś film z nurtu New French Extremity, ale gdy spojrzę w przeszłość do swoich ulubionych dekad, to okazuje się, że francuskie horrory to rzadkość. Dlatego ten wybór jest oczywisty. Oczy bez twarzy znajdują się w każdym zestawieniu tego typu. Redaktorzy Taste of Cinema umieścili ten film na dwunastym miejscu najlepszych horrorów lat sześćdziesiątych, serwis Playlist dał go na pierwszą lokatę wśród horrorów nieanglojęzycznych, natomiast Empire ulokował go na dwudziestej drugiej pozycji w rankingu pięćdziesięciu najlepszych horrorów wszech czasów (to jedyny film francuski w tej klasyfikacji). Trochę dziwne, że pomijany jest film H.G. Clouzota Les Diaboliques (1955), który z kinem grozy ma wiele wspólnego, ale prawdą jest, że to dzieło Georgesa Franju wyprzedza swoje czasy i na długo pozostaje w pamięci.

Bardzo łatwo można by z tego tematu zrobić B-klasową ramotę. Wystarczyłoby sprzedać pomysł amerykańskim producentom, którzy w latach pięćdziesiątych specjalizowali się w fantastyczno-naukowych obrazach o szalonych naukowcach. Na przykład Rex Carlton i Joseph Green w 1959 zrealizowali film pt. Mózg, który nie może umrzeć. Jego fabuła z grubsza wygląda tak: młody chirurg powoduje wypadek samochodowy, w wyniku którego życie traci jego narzeczona. Facet zabiera jej głowę z miejsca wypadku i zanosi do laboratorium, gdzie udaje mu się ożywić mózg. Mózg chce umrzeć, ale uparty naukowiec próbuje znaleźć dla niego nowe ciało. Film z powodu prawnych i cenzuralnych problemów miał premierę dopiero w 1962, więc Franju nie mógł go widzieć wcześniej, a jednak fabuła jest podobna.

Szanowany chirurg, specjalista od transplantologii, spowodował wypadek, w którym córka została oszpecona. Gnębiony poczuciem winy próbuje naprawić błąd i przeszczepić jej twarz innej kobiety. W tym celu jego wierna asystentka zwabia młode dziewczyny do rezydencji, gdzie czeka je niemiłe zaskoczenie. W przeciwieństwie do wspomnianego amerykańskiego badziewia, ten film nie miał problemów z cenzurą, ale nie obyło się bez kontrowersji. Dość długa scena operacji chirurgicznej (w której obserwujemy zdejmowanie skóry z twarzy) może przyprawić o gęsią skórkę i z pewnością budziła największe opory ortodoksyjnych widzów i krytyków.

Georges Franju został doceniony z upływem czasu, gdy okazało się, jak wielki wpływ wywarł na przyszłe pokolenia reżyserów. I to na całym świecie, bo i John Woo w Bez twarzy, i Pedro Almodóvar w Skórze, w której żyję, i wielu twórców kina gore oraz horrorów cielesnych (np. Cronenberg) kontynuowali i rozwijali pomysły francuskiego Mistrza. Korzystając z tematów charakterystycznych dla tandetnej fantastyki grozy, Franju stworzył dzieło nowatorskie, ale też zupełnie odmienne od nowofalowych nurtów, które na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zdobywały powodzenie wśród krytyków i w kręgach festiwalowych.

Oczy bez twarzy to właściwie nie film, lecz dzieło poetyckie – liryczny utwór o miłości i szaleństwie. Główny bohater jest człowiekiem boleśnie doświadczonym przez los, który przez miłość do córki staje się potworem. Córka przeciwnie niż ojciec jest potworem na zewnątrz, zaś w środku to dziewczyna nieszczęśliwa, pragnąca umrzeć zamiast pełnić rolę królika doświadczalnego (nie mówiąc już o tym, że szereg niewinnych istot musi stracić twarz, by lekarz zakończył eksperyment).

Film jest kapitalnie sfotografowany, z wielu ujęć przebija oniryzm, a muzyka Maurice’a Jarre’a wzmacnia liryczny nastrój opowieści. Temat główny przypomina utwór Antona Karasa z Trzeciego człowieka (tym bardziej, że w obu filmach wystąpiła Alida Valli), a motyw szalonych eksperymentów jednoznacznie kojarzy się z nazistowską pseudo-medycyną. Przypuszczam, że Georges Van Parys (autor znakomitej kompozycji do Diaboliques) stworzyłby coś bardziej konwencjonalnego. Zatrudnienie niedoświadczonego, lecz utalentowanego Maurice’a Jarre’a miało na celu wprowadzenie nowoczesnego brzmienia do horroru. W późniejszych latach ten kompozytor nieraz udowadniał, że jest geniuszem i wielokrotnie zdobywał prestiżowe nagrody, ale już w tym wczesnym filmie widać jego wybitną osobowość i artystyczną wrażliwość.

2. I umrzeć z rozkoszy (Francja 1960), reż. Roger Vadim

aka Et Mourir de Plaisir / Blood and Roses

_041

Wampir to istota mocno zadomowiona w popkulturze, będąca przedmiotem niezliczonych analiz, książek i filmów. Źródło licznych metafor i porównań, np. w prasie wampir to często określenie seryjnego mordercy. Już w epoce kina niemego pojawił się typ kobiety określanej jako wamp. Chodziło o postać wyrachowanej kusicielki doprowadzającej mężczyzn do zguby. Postać wampa ma swój pierwowzór w prozie Sheridana Le Fanu – opowiadaniu Carmilla, które powstało jeszcze przed Draculą Stokera, ale już po Wampirze Polidoriego. Opowiadanie przenosili na ekran Duńczyk Carl Theodor Dreyer (Wampir, 1932), Brytyjczyk Roy Ward Baker (Kochankowie wampira, 1970) i Hiszpan Vicente Aranda (Suknia ślubna splamiona krwią, 1972).

Najsłynniejszy film Rogera Vadima to prowokacyjny debiut I Bóg stworzył kobietę (1956) ze zmysłową rolą Brigitte Bardot, ale prawdopodobnie najlepsza jest swobodna adaptacja Carmilli zatytułowana I umrzeć z rozkoszy (inny tytuł Krew i róże). W roli głównej Vadim obsadził swoją żonę, duńską modelkę Annette Strøyberg (wcześniej u niego w Niebezpiecznych związkach), którą poślubił po rozwodzie z Brigitte. Niestety, ani o filmie, ani o drugiej żonie Vadima w ogóle się nie słyszy, tak jakby nie istniały. Gdybym zapytał o francuski horror z 1960 roku, to chyba każdy pomyślałby o filmie Oczy bez twarzy w reż. Georgesa Franju. Ja chciałem jednak wyróżnić ten nie do końca oszlifowany, ale fantastyczny i mieniący się kolorami diament.

Korzystając z literackiej klasyki, francuski filmowiec opowiedział tak naprawdę kolejną historię o miłości. Gdy pojawia się to uczucie, wraz z nim przychodzi zazdrość. Wkrótce umysł zostaje opanowany przez nienawiść i dochodzi do zbrodni. Przez mroki nocy przenika erotyczna atmosfera, na białej sukni pojawia się krew, a czerwona róża zwiastuje nadciągającą tragedię. Charakterystyczny dla wampirów głód krwi wiąże się z typowym dla człowieka cielesnym pożądaniem, ale pocałunek, nawet jeśli jest pocałunkiem śmierci, okazuje się bardziej rozkoszny niż seks. Francuzi to romantycy, bo i tutaj z mrocznej tematyki wydobyli poezję (oryginalny francuski tytuł się nawet rymuje – Et Mourir de Plaisir) i tak jak poezję, nie każdy ją zrozumie i doceni.

Roger Vadim specjalizował się w estetyce kiczu i niektóre jego pomysły mogą uchodzić za tandetne (jak np. pojawiająca się znikąd krew na białej sukni), ale są tu także sekwencje będące autentycznym majstersztykiem. Surrealistyczny sen bohaterki granej przez Elsę Martinelli to niewątpliwie dzieło prawdziwego artysty. Annette Strøyberg bardzo dobrze zaprezentowała się w roli Carmilli. Kiedy trzeba, potrafi być lodowata, innym razem przeraźliwie smutna lub pełna namiętności. Elsa Martinelli też przyciąga uwagę, między tymi dwiema kobietami jest większe napięcie erotyczne niż między kobietą i mężczyzną. I o to zapewne chodziło! Natomiast odtwórca głównej roli męskiej, Mel Ferrer, tylko dzięki zabawnej scenie przy fortepianie zapada w pamięć. Skoro już wspomniałem o fortepianie, to muszę jeszcze dodać, że wydarzenia na ekranie ilustruje fantastyczna muzyka. Jej autorem jest Jean Prodromidès, artysta niezbyt dziś znany, ale niegdyś współpracował z Andrzejem Wajdą (Danton).

3. Krzyk strachu (Wlk. Bryt. 1961), reż. Seth Holt

aka Taste of Fear (bryt.) / Scream of Fear (amer.)

screamoffear020

Wielka Brytania to od drugiej połowy lat pięćdziesiątych potężna fabryka strachu, gdzie do lat siedemdziesiątych powstawały rok po roku liczne stylowe horrory. Filmy wampiryczne Dracula (1958), Dracula: Książę Ciemności (1966) i Dracula powstał z grobu (1968) należą do najlepszych. O Pladze zombie (1966) i Narzeczonej diabła (1968) też zapominać nie należy. Twins of Evil (1971) również zaskakująco udane. Ja wybrałem jednak psychologiczny dreszczowiec Krzyk strachu, w którym nie ma wampirów, zombie ani demonów, jest za to człowiek – potwór tym gorszy, że obdarzony rozumem, który służy do wymyślania perfidnych intryg.

Oczy bez twarzy zaczynają się od wrzucenia ciała martwej kobiety do rzeki. Krzyk strachu zaczyna się od wyłowienia martwej kobiety z rzeki… Fabularnie film przypomina klasyczny thriller, ale klimat, jaki udało się zbudować, przywodzi na myśl gotycką opowieść o budzących strach nawiedzonych domostwach. Wytwórnia Hammer specjalizowała się w barwnych filmach o potworach, więc taki czarno-biały spektakl mógł uchodzić za próbę wyłamania się z konwencji, próbę stworzenia czegoś ambitniejszego, kameralnego, bliższego rzeczywistości. I przez to bardziej przerażającego, bo wskazującego na ludzi jako źródło wszelkiego zła.

Czołowy scenarzysta Hammera Jimmy Sangster stworzył wyrafinowaną, pełną fabularnych wolt historię, która wciąga jak narkotyk, sprawia, że chce się oglądać więcej takich zakręconych fabuł. Reżyser Seth Holt genialnie przełożył tę historię na język kina. Poziom napięcia i niepokoju osiąga tu gigantyczną wartość, do samego końca historia absorbuje widza. Film nie kończy się jednak wraz ze sceną finałową – ta historia i związane z nią przemyślenia powracają jeszcze długo po seansie. Brytyjscy filmowcy brali przykład od najlepszych – Widmo Clouzota i Psychoza Hitchcocka były dla nich wzorem, jak uzyskać suspens, intensywność przekazu i specyficzną tonację.

Autorom filmu udało się chwycić widza nie tylko dzięki historii i jej atmosferze, ale także (a może przede wszystkim) dzięki zaangażowaniu wyjątkowo charyzmatycznej aktorki. Ułatwiło to identyfikację widza z postacią. Susan Strasberg (córka Pauli i Lee Strasbergów, słynnych nauczycieli aktorstwa) zagrała kobietę wrażliwą i słabą (symbolem jej słabości jest wózek inwalidzki). Kto nie jest z kamienia, ten będzie odczuwał ogromny niepokój o tę dziewczynę, która jest jak owca wśród wilków. W obcym środowisku, w obcym kraju, w Nicei… Lazurowe Wybrzeże – miejsce wymarzone na odpoczynek – okazuje się pułapką. Dodatkowego smaku dodaje filmowi obecność Christophera Lee w roli doktora Gerarda (tę samą postać grał w filmie Terence’a Fishera Człowiek, który oszukał śmierć).

4. Długa noc grozy (Włochy 1964), reż. Antonio Margheriti

aka Danza Macabra / Castle of Blood

553_danza-macabra

Wiktoriańskie ghost story zrobione przez Włochów. Między realizacją filmów peplum a spaghetti westernów Sergio Corbucci napisał scenariusz do gotyckiego filmu grozy inspirując się twórczością Edgara Allana Poego. Zaczął także reżyserować, ale na skutek konfliktu z producentem zastąpił go Antonio Margheriti, który miał już na koncie barwny gothic horrorDziewica Norymberska (1963, nawiasem mówiąc – znakomite dzieło). Margheriti zdobył wkrótce opinię mistrza gatunku, a omawiany obraz bardzo się do tego przyczynił.

W londyńskiej tawernie dochodzi do spotkania trzech mężczyzn: pisarza Edgara Allana Poego, lorda Blackwooda i sceptycznego dziennikarza Alana Fostera. Na skutek zakładu reporter ma spędzić noc w nawiedzonym zamku, należącym do lorda Blackwooda. To będzie wyjątkowo długa i nieprzespana noc. Noc pełna dziwnych zjawisk, których trzeźwy umysł nie jest w stanie pojąć. Bohater trafia w pułapkę, w jakiś koszmar senny, z którego nie może się obudzić. To, w co wierzy, przestaje się liczyć, gdy okazuje się, że fikcja literacka jest równie prawdopodobna co dziennikarskie reportaże.

W takich filmach liczy się przede wszystkim atmosfera, a nie aktorstwo, jednak nie można przemilczeć faktu, że w filmie tym wystąpiła królowa gotyku – Barbara Steele (Maska szatana, Studnia i wahadło, potem także kolejny film Margheritiego The Long Hair of Death). Rola Elisabeth Blackwood w Castle of Blood należy do jej najlepszych ról. Nie sposób też zapomnieć posągowej, tajemniczej blondynki – Margrete Robsahm. W głównej roli wystąpił Francuz Georges Rivière, znakomicie odgrywając przerażenie. Postać, którą zagrał, Alan Foster, walczy z własnymi lękami i słabościami, nie wierząc własnym oczom, licząc, że ten dance macabre okaże się mistyfikacją.

Skrypt, który Corbucci napisał wspólnie z Giovannim Grimaldim, dawał duże pole do popisu zarówno dla reżysera, jak i dla operatora. Jeśli dobrze policzyłem, Riccardo Pallottini pracował z Margheritim aż siedemnaście razy. Castle of Blood jest ich trzecim wspólnym filmem. Głębokie kontrasty czerni i bieli robią piorunujące wrażenie. Nie ma tu Hammerowskiego barwnika, tzw. Kensington gore, ale i tak jest nadzwyczaj upiornie. Efekt niepewności i grozy wzmacniają odpowiednie dźwięki. Nie tylko muzyka Riza Ortolaniego, ale też dziwne odgłosy i szumy, a nawet cisza – piekielnie złowieszcza, działająca na wyobraźnię. Takie filmy, które rozgrywają się w dawno minionych czasach, bardziej fascynują, bo przeszłość jest nieodgadniona i frapująca.

5. Palacz zwłok (Czechosłowacja 1969), reż. Juraj Herz

aka Spalovac Mrtvol / The Cremator

the-cremator

Wyrażenie czeski horror brzmi równie zabawnie co czeski film wojenny, ale filmowcy potrafią zaskakiwać. Czeski film wojenny powstał (choćby Ciemnoniebieski świat), czeski film grozy również. Trzeba jednak przyznać, że Palacz zwłok to horror transgresyjny, czyli wykraczający daleko poza gatunek. Z początku może się wydawać czarną komedią, z czasem okazuje się, że nie ma się z czego śmiać. Juraj Herz w dzieciństwie przebywał w obozie koncentracyjnym i tamtejszą traumę przeniósł do tej filmowej opowieści, której bohaterem jest zafascynowany śmiercią pracownik krematorium.

W przeciwieństwie do powyżej omówionych filmów Palacz zwłok kreuje atmosferę za pomocą dialogów, a właściwie monologów. Film jest więc przegadany i przez to czasem tak irytujący, że ma się ochotę walnąć w pysk trajkoczącego pajaca odgrywanego przez Rudolfa Hrusínskiego – aktora, który kiedyś bawił jako Dobry wojak Szwejk (wersja z 1957). Jest w tym jednak metoda – gadanie osłabia czujność i sprawia, że łatwiej widza zaskoczyć. Plusem jest także to, że dialog prowadzony jest z sensem, pomysłem i wyczuciem, czego wynikiem jest film trzymający w napięciu. Świat, który bohater nazywa świątynią śmierci, naprawdę wciąga, intryguje, pobudza do zastanowienia nad sprawami ostatecznymi.

Palacz zwłok to kolejny film z serii Nikt nic nie wie, ale ten cały absurd służy dobitnie przedstawieniu bezsensu wojny i związanych z nią problemów: faszyzmu, ksenofobii, antysemityzmu, okrucieństwa i śmierci. Wszyscy jesteśmy ofiarami systemu, wszyscy nie potrafimy wykorzystać życia tak jak należy. Nieważne jak umrzemy, i tak będzie to bezsensowna śmierć. Ogień nie oczyści naszych dusz. Ogień strawi tylko resztki nadziei. Zresztą nadzieja na nic się nie zda przeciwko naturze ludzkiej, która nie zmieniła się od zarania dziejów. W tę naturę wpisana jest zdolność do przemocy i czynienia zła. Pokojowe rozwiązywanie konfliktów jest oznaką słabości. A śmierć nie jest przecież niczym złym, skoro i tak wszyscy umrzemy.

6. Rezydencja (Hiszpania 1969), reż. Narciso Ibáñez Serrador

aka La Residencia / The House That Screamed

the-house-that-screamed

Telewizyjny twórca Chico Serrador stworzył dwa filmy kinowe należące do gatunku horroru. Bardziej znany jest drugi – Czy zabiłbyś dziecko? (1976) na podstawie powieści Juana José Plansa. Jednakże debiutancka Rezydencja jest warta zapamiętania z kilku powodów. Jeden z nich to źródło inspiracji dla Dario Argento, który pożyczył z niego fabułę do swojej Suspirii (1977). Inny powód jest taki, że w przeciwieństwie do Suspirii mamy tu gotycki klimat zamiast bogatej (niemalże barokowej) kompozycji kadrów. Nie bez znaczenia jest także kontekst polityczny. Akcja rozgrywa się w dziewiętnastowiecznej Francji, ale widoczne jest drugie dno – dyrektorka placówki wraz ze swoją imperatywnością przypomina rządzącego wtedy Hiszpanią generała Franco.

Osiemnastoletnia dziewczyna imieniem Teresa przybywa z Awinionu do szkoły z internatem prowadzonej przez madame Fourneau. W szkole panuje napięta atmosfera, dyrektorka dba o dyscyplinę, ale sporo niepokoju w relacje między dziewczynami wprowadza także bezwzględna Irene, znajdująca przyjemność w poniżaniu dziewcząt. Film wiele zyskał dzięki celnym wyborom obsadowym. Wyróżniają się trzy aktorki: Lilli Palmer, Mary Maude i Cristina Galbó, które nie miały łatwego zadania, ale wywiązały się doskonale.

Napięte relacje między bohaterkami to jednak temat dobry dla psychologicznych dramatów. U Serradora ten motyw służy tak jakby odwróceniu uwagi widza od prawdziwego horroru, który rozgrywa się na terenie placówki. Otóż, tak jak w Suspirii i licznych filmach giallo, grasuje w okolicy morderca, który ostrym narzędziem zabija uczennice. Atmosfera, jaka panuje w szkole, wywołuje klaustrofobię i sprawia, że jest gorąco nawet przy chłodnej, jesiennej pogodzie. Nic dziwnego, że dziewczyny próbują uciec. Podczas ucieczki dopada ich jednak morderca. W finale poznamy nie tylko jego tożsamość, ale i szokujące motywy postępowania.

7. Znak diabła (Austria/RFN 1970), reż. Michael Armstrong

aka Hexen bis aufs Blut Gequält / Mark of the Devil

vlcsnap-2014-10-13-20h30m32s68

Polowania na czarownice to dobry temat na horror, jednak wiele filmów zamiast ukazywać prawdziwe wiedźmy (jak w mrocznej baśni braci Grimm), skupia się na pokazaniu ludzkiej ignorancji panującej w dawnych czasach. Takie filmy jak Witchfinder General, Znak diabła i Krwawy sędzia zaliczane są do dramatów historycznych. Myliłby się jednak ten, kto twierdzi, że to temat przestarzały i nieaktualny. Trudno w to uwierzyć, ale w XXI wieku setki osób zostały zabite za czary, i to w równie okrutny sposób co dawniej. Do takich okrucieństw dochodzi głównie w Afryce Środkowej i Indiach, ale nie tylko. W Papui-Nowej Gwinei w roku 2013 spalono żywcem na stosie opon dwudziestoletnią kobietę (to była głośna sprawa, nagranie z egzekucji trafiło do internetu). Ludzie niczego nie nauczyli się z historii, głupota i ignorancja wciąż są groźne i regularnie dają znać o swoim istnieniu.

W czasach inkwizycji najwięcej „czarownic” zgładzono w krajach niemieckojęzycznych. Z Niemiec pochodzi słynny podręcznik dla witchfinderów Młot na czarownice. Ciesząca się złą sławą hiszpańska inkwizycja tępiła głównie heretyków, zaś w Niemczech i Austrii imadłem i pochodnią walczono ze sługusami diabła. W centrum historii (umiejscowionej w osiemnastowiecznej Austrii) jest trzech łowców, dwaj łączą się w relację mistrz-uczeń, dwaj są jak szefowie konkurencyjnych firm. Herbert Lom, Udo Kier i Reggie Nalder świetnie odnajdują się w mrocznych czasach ognia i krwi. Szczególnie ostatni z wymienionych tworzy kapitalną kreację, jedną z najlepszych w swojej karierze. Jego twarz jest zresztą tak poharatana, że pasował idealnie do ról czarnych charakterów. Niestety ten potencjał nie został wykorzystany, mało kto dziś kojarzy Reggiego Naldera.

Gdybym powiedział, że film został zakazany w trzydziestu jeden krajach, to chyba nie musiałbym dodawać nic więcej – to by wystarczyło, aby zachęcić do oglądania. Na niektórych plakatach można zobaczyć moment wyrywania języka młodej kobiecie. Ten plakat nie kłamie – najważniejszą atrakcją filmu są sceny tortur. Naprawdę ohydne! Ale niesprawiedliwe jest jednak postrzeganie tego filmu wyłącznie jako próbę zaszokowania widza. Znak diabła to kino dogłębnie przejmujące, które dosadnie i bez upiększeń pokazuje pewien wycinek z historii, by przestrzec przed rozprzestrzeniającą się w czasie i przestrzeni ignorancją, fanatyzmem i nieuzasadnioną nienawiścią. Diabeł dobrze maskuje się w ludziach, nie można go tak łatwo zidentyfikować. W całym tym okrutnym świecie znajdzie się coś pięknego. Cudowna jest muzyka Michaela Holma, piękne są kobiety (na przekór ogólnemu przekonaniu, że Niemki są brzydkie). Jako reżyser wpisany jest w czołówce tylko Michael Armstrong, ale duży wpływ na kształt filmu miał Adrian Hoven – producent, współscenarzysta i aktor – który kilka lat później wyreżyserował sequel Czarownic dręczonych aż do śmierci (tak brzmi oryginalny tytuł).

8. Dzieci nocy (Belgia 1971), reż. Harry Kümel

aka Les Lèvres Rouges / Daughters of Darkness

tumblr_np8uacgedv1qa409eo1_1280

W przeciwieństwie do Draculi Brama Stokera niewiele powstało klasycznych adaptacji Carmilli Sheridana Le Fanu, ale za to sporo było filmów inspirowanych tym opowiadaniem. W tym temacie najchętniej celowali Brytyjczycy i Hiszpanie. Belg Harry Kümel (Malpertuis z Orsonem Wellesem) zrealizował na początku lat siedemdziesiątych silnie oddziałujący na widza wampiryczny dramat o próbach zaspokajania swojego pragnienia i dzikiej namiętności prowadzącej do śmierci. Jest ogień, który w finale eksploduje.

Film wiele zyskuje dzięki temu, że w kluczowej roli hrabiny Bathory wystąpiła wybitna francuska aktorka teatralna i filmowa – Delphine Seyrig. Znana z ról u najwybitniejszych reżyserów-autorów (Resnais, Truffaut, Buñuel) zawsze przywiązywała wagę do wysokiej jakości artystycznej. U Harry’ego Kümela znalazła rolę dla siebie, dobrze wyczuwając intencje reżysera, którego celem była realizacja horroru salonowego i kusicielskiego. Na ekranie aktorka roztacza czar. Trudno oderwać od niej wzrok, bo oprócz naturalnego wdzięku i galanterii ma w sobie tajemniczość. Jest doskonałym medium, potrafiącym manipulować, uwodzić, wzbudzać pożądanie.

Córy ciemności fascynują od pierwszych do ostatnich minut. Cechują się bogatą oprawą wizualną. To kino zmysłowe, trochę krwawe i nieco perwersyjne, lecz eleganckie i gustowne jak drogi markowy garnitur. Nie każdemu będzie pasował, ale jakość materiału i wykonanie docenić trzeba. Francuski kompozytor François de Roubaix (niezwykle płodny, przedwcześnie zmarły artysta) sformułował niesamowicie hipnotyzującą ścieżkę dźwiękową, która swobodnie wkomponowuje się w intrygę, idealnie współgra z obrazem. Harry Kümel przefiltrował miłosną historię przez mroczne zwierciadło – mimo ładnej, dość krzykliwej kolorystyki zasugerował fatum czekające na dogodny moment do ataku. Czerwone usta (les lèvres rouges – tytuł oryginalny) symbolizują niebezpieczeństwo jak znaki ostrzegawcze przy drodze. Miłość jest egoistyczna i okrutna, ale mimo wszystko podniecająca.

9. Miasto żywej śmierci (Włochy 1980), reż. Lucio Fulci

aka Paura nella Città dei Morti Viventi / City of the Living Dead / The Gates of Hell

gates5

W latach 1979–82 Lucio Fulci zrealizował aż osiem filmów, w tym siedem horrorów. Moim zdaniem wszystkie te produkcje wybijają się ponad przeciętność. Ale na tę chwilę ulubionym dziełem Fulciego z jego najpłodniejszego etapu kariery jest Miasto żywej śmierci, rozpoczynające tzw. Trylogię Gates of Hell, w skład której wchodzą także Hotel siedmiu bram i Dom przy cmentarzu. Gwiazdą tych filmów była brytyjska aktorka Catriona MacColl, której reżyser nie oszczędzał, a ona dawała z siebie wszystko (w Mieście żywej śmierci zamknięta jest w trumnie na nowojorskim cmentarzu, a także m.in. oblepiona robalami).

Gdy ogląda się filmy Fulciego, nie opuszcza widza nieodparte wrażenie, że ów reżyser delektował się strachem. Nie kręcił horrorów dla celów komercyjnych, uwielbiał to robić, miał z tego perwersyjną przyjemność. Nie miał litości ani dla współpracowników ani widzów, dzięki czemu efekt na ekranie jest powalający. To kino zrobione z pasją i dbałością o realizm. Realizm polegał na tym, że jeśli w scenariuszu postać miała być zamknięta w trumnie na cmentarzu, to Fulci postanowił to nakręcić na prawdziwym cmentarzu, gdzie wykopano specjalny grób. Ale najgorsze i tak było co innego – w trumnę miał uderzyć potężny kilof! Dla aktorki traumatyczne przeżycie. Dla widza – jedna z najwspanialszych scen, jakie kiedykolwiek nakręcono.

W scenariuszu Sacchettiego i Fulciego jest tyle przeróżnych patentów, że wystarczyłoby na wiele filmów. Co tutaj mamy? Jest najobrzydliwsza scena w dziejach kina (Daniela Doria wymiotująca trzewiami), jest przedwczesny pogrzeb jak u Poego, jest Dunwich jak u Lovecrafta, jest wielkie wiertło, które przedziurawi męską facjatę. Są larwy, szczury i trupy – martwe i żywe. Wiele osób (przeważnie fanów Zombi: Pożeraczy mięsa) zarzuca twórcom, że za mało jest tu scen z żywymi trupami. Należy więc podkreślić, że to nie jest kolejny film o zombie – one są tylko jedną z wielu atrakcji. Pasjonaci pikantnej kuchni włoskiej powinni docenić tę produkcję, bo wielu fachowców zadbało o jej niepowtarzalny charakter i wysoką jakość. Nawet najwybitniejszy reżyser nie osiągnąłby wiele bez takich znakomitości jak operator Sergio Salvati, kompozytor Fabio Frizzi i twórca efektów specjalnych Gino De Rossi.

10. Wilczyca (Polska 1982), reż. Marek Piestrak

wilczyca

Na palcach jednej ręki można policzyć dobre polskie horrory. Za najwybitniejszy uważany jest film Jacka Koprowicza Medium (1985). Ja wybrałem Wilczycę, bo jest to horror czysty gatunkowo, bez nachalnej psychologii, która zabiła takie filmy z potencjałem jak Lokis. Rękopis profesora Wittembacha (1971) Majewskiego i Diabeł (1972) Żuławskiego. Medium też miesza różne gatunki, ale tutaj doskonale jednak zapanowano nad materiałem i powstał film oryginalny, nurtujący i precyzyjny. Wilczyca to również film szczególny – mniej więcej tyle samo osób uznaje go za kultowy i niepowtarzalny, co tandetny i nieprofesjonalny.

Film realizowano w Polsce w 1982, kiedy obowiązywał stan wojenny. Reżyser musiał walczyć z licznymi problemami, by ten film ukończyć. Często brakowało czasu na kręcenie dubli. Wpłynęło to negatywnie na kilka scen i kreacji aktorskich. Ale wbrew temu co mówią fani „bezbłędnych, do bólu poprawnych” dzieł Mistrzów nie jest wcale tragicznie. Powiem więcej – jest bardzo dobrze. Jest klimat, jest chłód, jest księżyc w nowiu i jest wilkołak, którego wygląd i przeraźliwy skowyt będą się śnić po nocach. Jest nawet tło historyczne (główny bohater walczył w powstaniu styczniowym).

W warstwie fabularnej można dostrzec inspiracje starymi legendami (np. japońską Opowieścią o duchach z Yotsui), w których więź między mężem a żoną była tak silna, że nawet śmierć jednego z małżonków nie mogła jej przerwać. Tutaj żona, która dla męża nie była niczym więcej niż suką, powraca po śmierci jako wilczyca. Nieboszczka za życia praktykowała czarną magię. I oto efekt! Efekt na ekranie nie jest powalający, ale mnie satysfakcjonuje. Film trzyma w napięciu, opowiedziany jest sprawnie, ze sprytem i fantazją. Dzięki odpowiednim miejscówkom i zimowej aurze udało się wykreować klimat izolacji, osaczenia i niepokoju. Dobrze działa tu także muzyka Jerzego Matuli – jest dopasowana i nastrojowa. Na chłodne wieczory przy pełni księżyca – seans w sam raz.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane